Pierwsze strzały na ulicy Suzina

9 Kompania Dywersji Bojowej "Żniwiarz" (dawniejszy Kedyw 17) miała największy magazyn broni przy ulicy Kochanowskiego, w pobliżu Instytutu Chemicznego- SS Truppenwirtschaftslager, przy ulicy Łączności, obsadzonego przez oddział 200 dobrze uzbrojonych esesmanów. Magazynem zawiadywał strz. "Janek" (Jan Pohoski). Ze względu na trudności z przeniesieniem broni niemal do ostatniej chwili odkładano rozładowanie magazynu. W skrytce pod klepiskiem obszernego strychu znajdowały się dwa erkaemy typu Browning, jeden niemiecki MG 34, 11.karabinów, kilka peemów, parę tysięcy sztuk amunicji karabinowej i pistoletowej.
Rano 1 sierpnia ppor. "Szajer" (Bogdan Kunert), dowódca 226 plutonu, wydaje rozkaz kpr. pchor. "Świdzie" (Zdzisław Sierpiński), aby ze swoją drużyną przeniósł broń do willi przy zbiegu ulic Gomółki i Sułkowskiego. Idą z nim kpr. pchor. "Mały" i strz. "Krzysztof" (Maciej i Krzysztof Dobruccy), kpr. pchor. "Zawada" (Bohdan Stremer) i strz. "Józek", który niedawno powrócił z oddziałów leśnych.
Chłopcy kpr. pchor. "Świdy" pakują sprawnie broń w worki, niektórzy kładą peemy i pistolety wprost pod płaszcze, za marynarki lub do kieszeni. Grupkami opuszczają magazyn. Minęło południe, na ulicach panuje sierpniowy upał, jest duszno i parno.
Na spotkanie drużyny kpr. pchor. "Świdy", jako ubezpieczenie dodatkowe, ppor. "Szajer" wysyła pchor. "Korwina" (Kazimierz Weloński) wraz z trzema powstańcami: strz. "Longinusem" (Jan Wasowski), strz. "Horodeńskim" (Zbigniew Sawicki) i strz. "Wilkiem" (Jan Domaniewski). Dochodzą do ulicy Krasińskiego. Pchor. "Korwin" pozostawia strz. "Wilka" i strz. "Horodeńskiego", a sam idzie ze strz. "Longinusem" na spotkanie chłopców kpr. pchor. "Świdy".
Tymczasem na skrawku trawnika przy ulicy Krasińskiego chłopcy idący za kpr. pchor. "Świdą" spostrzegają w odległości około 60 metrów samochód wiozący niemieckich lotników. Teren otwarty. Za późno na odwrót, tym bardziej że Niemcy już zwrócili uwagę na chłopców dźwigających worki i paczki. Samochód zbliża się. Obok szofera siedzi oficer. Odchylony do tyłu hełm odsłania młodą, starannie ~goloną twarz. Zapewne zorientował się, że chłopcy niosą broń. Lecz dlaczego nie reaguje? Chłopcy obładowani workami i paczkami zwalniają kroku, sięgając jednocześnie po kolby pistoletów i po granaty.
Jeszcze trzydzieści, dwadzieścia, dziesięć kroków. Może Niemcy - również zaskoczeni - nie będą chcieli zaczepić? Może przejadą?
Młody oficer dyskretnie, jak gdyby z rezygnacją, odwraca głowę w bok, ale w tej samej sekundzie jego wzrok spotyka się z oczami kierowcy, wbitymi z nienawiścią w grupę chłopców. Może to przeważyło. Może wstyd lub lęk przed podkomendnym. A może pruski nawyk do wojskowego drylu? Oficer zrywa się z miejsca, sięga do kabury i poprzez zgrzyt hamulców krzyczy:
- Halt! Hiinde hoch!
Niemcy wyskakują z wozu na przeciwną stronę, ale chłopcy z bronią gotową do strzału padają na ziemię. Kpr. pchor. "Mały" zdejmuje spokojnie pokrowiec z erkaemu i stawia go na ziemi. Strz. "Janek" błyskawicznie odbezpiecza gramłt i rzuca go w grupę Niemców. Zajadle terkoczą peemy.
Kpr. "Mały" oddaje z erkaemu kilka serii i zaczyna mocować się z zamkiem, który zaciął się. Nie może go odciągnąć. Co za pech! Naraz odzywają się strzały . To "Wilk" i "Horodeński", z owej dodatkowej osłony, kropią celnie do Niemców. Zaskoczeni celnym ogniem od tyłu lotnicy całą swoją uwagę skierowują na nich. W lot wykorzystują to chłopcy "Świdy", wbiegają w ulicę Kochowskiego. Są bezpieczni. "Horodeński" został ranny, lecz na szczęście niegroźnie. Ludność pospiesznie znika z ulic. Niemcy są zdezorientowani i nie wdają się w dłuższą walkę. Pod osłoną ognia peemów wciągają na wóz swoich rannych i szybko odjeżdżają w stronę Instytutu Chemicznego. Należało się spodziewać, że lada chwila zjawi się niemieckie pogotowie policyjne. Odgłosy walki z lotnikami zaalarmowały nie tylko oddziały policyjne, ale cały niemiecki garnizon Warszawy.
Chłopcy rozdzielają się na grupy i szybko rozchodzą w różne strony. Jedna grupa pod dowództwem kpr. pchor. "Świdy" poprzez tereny bloków WSM dociera do parku Promyka na Dolnym Żoliborzu, gdzie koncentruje się 9 Kompania Dywizji Bojowej "Żniwiarz". Reszta z kpr. "Mirskim" (Janusz Spoczyński) i kpr. pchor. "Małym" wycofuje się na ulicę Brodzińskiego, potem ukrywa się w jakiejś willi na Bielanach i około godziny 10 wieczorem dołącza do kompanii.
Starcie tej grupy żołnierzy dywersji AK z lotnikami w czasie przenoszenia broni miało tragiczne następstwa dla akcji powstańczej na Żoliborzu. Przyspieszyło ono o trzy godziny wybuch powstańczych walk w Warszawie, bowiem natychmiast po tej potyczce Niemcy rozpoczęli akcję represyjną. Czołgi stojące na ulicy Krasińskiego przy placu Wilsona, na Dziennikarskiej i na wiadukcie nad torami kolejowymi koło Dworca Gdańskiego, robiące wrażenie zepsutych i opuszczonych, obsadziły natychmiast załogi i od razu rozpoczęły one patrolowanie ulic i placów oraz ostrzeliwanie ulic z cekaemów. Natomiast czołg stojący na wiadukcie nad torami kolejowymi zamknął ogniem wszelki ruch, odcinając Żoliborz, Marymont i Bielany od reszty stolicy. Oddziały policyjne, rozpoczynające akcję represyjną w budynkach przy ulicy Suzina, natknęły się na batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego, koncentrujący się w kotłowni WSM.
Ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.
Minęła godzina 1. Na ulicy Krasińskiego rozlega się znany ryk syren i warkot samochodów ciężarowych.
Nadjeżdża pogotowie policyjne, Bereitschaft des Oberfallkommando, zaalarmowane zapewne przez żandarmów uczestniczących niespełna godzinę temu w potyczce z chłopcami z 9 Kompanii Dywersji Bojowej "Żniwiarz".
W kilka minut później na ulicy Krasińskiego rozlegają się pierwsze serie cekaemów, po czym zalega długa, dręcząca cisza. Po pewnym czasie jacyś chłopcy przebiegają przez ulicę Suzina, niosąc ciężką walizkę. Spod ich płaszczy wyglądają Błyskawice. Znów zrywa się strzelanina - ubezpieczenie otwiera ogień. Dowódca kpr. "Feliks" strzela z Colta.
Ukazuje się tyraliera żandarmerii. Posuwa się ostrożnie koło okien kotłowni WSM przy ulicy Suzina. Przez szpary w zamalowavych niebieską farbą oknach chłopcy widzą hełmy żandarmów. Granaty mają zatknięte za pasem, a w rękach gotowe do strzału peemy. Kpr. "Feliks" stojący przyoknie widzi, jak Niemiec wyciąga granat zza pasa i odbezpiecza go, więc kolbą wybija szybę i serię z peemu ładuje w głowę żandarma, który wali się na ziemię, a eksplodujący granat rozrywa go na strzępy. Z okien kantorku odzywa się powstańczy karabin maszynowy. Żandarmi uchodzą w stronę ulicy Krasińskiego. Padają rozkazy.
- Pierwsza kompania posuwać się ku Prochowni w stronę Fortu Bema!
Chłopcy wypadają na dziedziniec kotłowni. Na hałdzie węgla stoi por. "Borowicz"
(Aleksander Loewenstein) i pistoletem wskazuje kierunek marszu. Grupki powstańców znikają za furtką.
Żandarmi ochłonęli z przerażenia, ustawili erkaem przy wejściu do sutereny i strzelają długimi seriami. Por. "Borowicz" woła:
- Stary, wybierz chłopców z karabinami, niech ostrzeliwują żandarmów i nie dadzą im wychylić nosa.
Po chwili chłopcy usadowienie za murem, między kasą kina a kotłownią, kropią zawzięcie. Ogień nie jest bardzo skuteczny. Niemiecki erkaem strzela ponad głowami powstańców. Chłopcy przebiegają przez Suzina, wpadają na dziedziniec VII Kolonii WSM. Niespodziewanie otrzymują z bliskiej odległoŚci ogień cekaemów. Pada plut. pchor. "Bogdan" (Lech Krzysztoń), zastępca dowódcy kompanii ,im. Komuny Paryskiej. Pierwszy zabity. Kpr. "Feliks" (Aleksander Ostrowski) zostaje ranny.
Przez Sierpecką powstańcy dostają się do ogródków działkowych na Prochownię. Ppor. "Zając" (Zygmunt Grudziński) pozostawia kilku chłopców uzbrojonych w karabiny w rowie przy drodze, aby ogniem osłaniali wycofywanie się powstańców. Grupka chłopców biegnie poprzez tyły zabudowań Ośrodka Zdrowia. Plac przed gmachem Straży Ogniowej przy zbiegu Słowackiego i Potockiej świeci pustką. Na pętli stoi samotny wóz tramwajowy. Siedzą w nim jedynie motorniczy, konduktor i lotnik niemiecki. Chłopcy podejmują decyzję; dopaść w kilku skokach tramwaju, uruchomić go, jechać nim w stronę Bielan, a potem na przełaj przez pole na Powązki i Fort Bema. Wpadają szczęśliwie do tramwaju. Śmiertelnie przerażony lotnik wyjmuje z kabury pistolet i oddaje go, powtarzając na pół przytomnie:
- Nicht schiessen! ,
Ktoś wali go kolbą swojego Stena po głowie. Dwóch chłopców z peemami staje na platformie wozu, inni przy otwartych oknach. Pada rozkaz:
- Jazda!
Przerażony motorniczy zakreśla korbą łuk; wóz zadrgał, lecz równocześnie z silnika zaczyna wydostawać się ogień. Czuć swąd spalenizny. Tymczasem nadciągają coraz to nowe grupki powstańców.
Chłopcy wyskakują z tramwaju i spychają go z pętli na główny tor.
Od strony Bielan ukazuje się kolumna nieprzyjacielskich samochodów ciężarowych. Zza tramwaju i pobliskiego płotu chłopcy otwierają ogień w ich kierunku. Kierowcy wyskakują z szoferek, uciekają w stronę ogródków działkowych i nikną w głębi ulicy Włościańskiej. Pada rozkaz:
- Chłopcy, spychamy tramwaj z szyn!
Naraz rozlega się warkot gąsienic. Za kolumną samochodów ukazuje się czołg.
Chłopcy nie mają ani Piata, ani butelek zapalających. Muszą zrezygnować ze zdobycia samochodów. Kierują się teraz ku Szkole Gazowej przy ulicy Gdańskiej, obsadzonej przez Niemców. Przedostają się na ulicę Bieniewicką i próbują stąd uderzyć. Niemcy usadowieni w oknach i na dacąu otwierają silny ogień z cekaemów, który skierowują w przerwy między domami. Powstańcy tną nożycami ogrodzenie terenu Szkoły Gazowej i przedostają się na teren budynku, a następnie wykonują skok do klatki schodowej. Wszyscy są obciążeni nie tylko własną, ale także bronią po zabitych i rannych towarzyszach walki. Kpr. pchor. "Biały" (Ryszard Wojda), dowódca drużyny, starając się strzałami swego Stena spędzić z okna obsadę nieprzyjacielskiego erkaemu, dostaje serię z cekaemu. Niemal w tej samej chwili giną strz. "Papkin" (Karol Golecki) i strz. Jan Rosieński.
Przy skoku przez nieosłonięty teren giną strz. "Maślak" (Mieczysław Joffe) i ppor. "Włodek" (WłodzImierz Kaczanowski), dowódca plutonu z Socjalistycznej Organizacji Bojowej, obydwaj dzielni żołnierze podziemia. Ppor. "Zając" (Zygmunt Grudziński) otrzymał kilka ciężkich postrzałów w nogi. Zginął st. strz. "Jeremi" (Tadeusz Baranowski).
Równocześnie biegnie druga grupa powstańców z por. "Borowiczem" na czele. Zatrzymują się przy Ośrodku Zdrowia. Pod ścianami domu Straży Ogniowej dostrzegają patrol żandarmerii, posuwający się ostrożnie i czujnie. Seriami peemów wybijają wszystkich schupowców, zabierają zabitym broń i amunicję oraz oporządzenie, po czym skokami przebiegają przez szerokość ulicy Słowackiego i zajmująstanowiska na fundamentach nie wykończonego domu za gmachem Straży Ogniowej.
Od Bielan nadjeżdżają czołgi, strzelając z dział i cekaemów wzdłuż ulic i domów. Od strony ulicy Słowackiego rusza tyraliera żandarmerii.
Powstańcy obrzucają czołgi butelkami zapalającymi i granatami, ale niewiele im szkodzą. Załogi czołgów nie chcą ryzykować i oddalają się, aby zatrzymać się w ogródkach działkowych przy ulicy Drużbackiej. Stąd rozpoczynają ostrzeliwać powstańców z dział i cekaemów. Ogień jest bardzo skuteczny.
Po półtoragodzinnej walce, w czasie której kilku chłopcom udaje się wycofać i zaszyć w działkach przy ulicy Drużbackiej - pisze "Andrzej Czarny" (Andrzej Czystowski) - polegli, strzelając do ostatniego naboju: por. "Borowicz" (Aleksander Loewenstein), dowódca drużyny, strz. "Zawierucha ", dowódca kompanii, kpr. pchor. "Stary II" (Jan G'zystowski), bracia strzelcy: Tadeusz i Adolf Osińscy, strz. "Figus" (Józef Miecznikowski) i strz. "Królik" (Ryszard Rocki). Przy zabitych znaleziono następnego dnia broń nie zabraną przez żandarmów. Na miejscu ostatniej walki w kieszeniach zabitych nie znaleziono amunicji. Kilku, żyjących jeszcze, kiedy doszła do nich druga tyraliera, Niemcy dobili strzałami w tył głowy .

Źródło: fragment książki Stanisława Podlewskiego "Wolność krzyżami się znaczy"