
Przejście przez Ogród Saski - 30/31.08.1944
Szturm rozpoczął mjr "Jan"
podrywając pierwszy rzut natarcia. Pamiętamy, że pierwszy
miał ruszyć kpt. "Trzaska" ze swojego miejsca na rogu
Daniłowiczowskiej i Bielańskiej. Gdy się wysunął, gwałtowny
ogień karabinów maszynowych i granatników wzdłuż ul.
Bielańskiej powoduje natychmiastowe straty, uderzenie załamuje
się. Na rozkaz kpt. "Trzaski" oddział podrywa się
znowu, znowu jednak z tym samym skutkiem. Niemiecki ogień idzie
z dwóch kierunków: od strony Tłomackiego i z drugiej strony od
Senatorskiej i placu Teatralnego. Por. "Jerzy", który
kierował kolejnością ruszania oddziałów z podstawy
wyjściowej, podrywa następną grupę - miotaczy płomieni. Za
nimi idą plutony "Zośki": "Felek",
"Alek", "Sad", ppor. "Poraj" z
resztką kompanii "Maciek", pluton ppor.
"Śnicy". Jasne rakiety oświetlają schylone postacie
powstańców wyskakujących z załomów gmachu Banku i
przebiegających pędem wzdłuż barykady ul. Bielańską. Kpt.
"Trzaska" z resztkami swoich żołnierzy skacze po raz
trzeci. Za nim por. "Jerzy" ze swoim pocztem i resztą
"Zośki", za "Jerzym" mjr "Jan" ze
sztabem "Brody". Była wtedy krótka przerwa w ogniu
karabinów maszynowych, stwarzających ciągłą zaporę nad
jezdnią ul. Bielańskiej.
Po dopadnięciu gruzów na drugiej stronie ulicy dowództwo
"Brody" wpadło na zaczajone stanowisko nieprzyjaciela
w domu przy ul. Senatorskiej. W ogniu oddanym z odległości
kilkunastu kroków giną: mjr "Jan", kpt. Józef
Hłasko "Podhorecki" - oficer operacyjny i por. Ewaryst
Jakubowski "Brat" - adiutant dowódcy
"Brody".
Chwilę przedtem poległa drużyna miotaczy płomieni, załamało
się przy przebieganiu ul. Bielańskiej natarcie resztek kompanii
"Maciek"; ginie jej kolejny dowódca ppor.
"Poraj" i czterech żołnierzy (sierż. pchor. Tadeusz
Kieliszczyk "Technik", plut. Bogdan Kowalski
"Tygrys", sanitariuszka Wanda Sulerzycka
"Wanda", sanitariuszka Maria Dziak "Bronka"),
jest wielu rannych, wobec tego reszta kompanii wycofuje się na
stanowisko wyjściowe. Wycofują się także, po stratach przy
próbie przeskoku, oddziały por. "Topolnickiego" i
por. "Leny".
Batalion "Parasol" wyruszył ze swych pozycji przy ul.
Długiej, lecz poniósłszy ciężkie straty również się
wycofał.
Po drugiej stronie ul. Bielańskiej znalazły się tylko
zdziesiątkowane plutony 2. kompanii: "Sad",
"Alek", "Felek" pod dowództwem
"Andrzeja Morro" i pluton "Snicy". Wraz z
por. "Jerzym" i kpt. "Trzaską" (obaj ranni w
czasie przeskoku) grupa liczyła niewielu ponad
sześćdziesięciu żołnierzy, wśród nich wielu było rannych.
Klucząc pośród ruin, osaczony ze wszystkich stron, oddział
przedzierał się ku Senatorskiej - przedostał się na posesję
jednego z domów naprzeciwko kościoła Św. Antoniego. Były to
ruiny jakiegoś sklepu. Natychmiast ubezpieczono się jakoś,
żołnierze zajęli wyznaczone stanowiska. Na rozkaz
"Jerzego" "Morro" przesuwa do przodu
żołnierzy z pm-ami, którzy od czasu do czasu puszczają serie
w kierunku gniazd niemieckich rkm-ów. Por. "Jerzy",
nie mając żadnych szans na łączność z innymi oddziałami,
decyduje się zmienić kierunek natarcia: przez Ogród Saski chce
dotrzeć do ul. Królewskiej, gdzie wiadomo, że są już nasi.
Natarcie to można jednak poprowadzić tylko nocą. Ale
utrzymanie się do nocy w ruinach sklepu jest niemożliwe.
Pierwszym zadaniem, jakie "Jerzy" ustala, jest zatem
opanowanie kościoła Sw. Antoniego

Przeskok przez ul. Senatorską uniemożliwiał silny ogień
zaporowy z kierunku Pałacu Błękitnego, opanowanego przez
Niemców, oraz od strony placu Teatralnego.
Na rozkaz por. "Jerzego" "Andrzej Morro"
formuje patrol, który ma osłonić rzutami granatów przeskok
oddziału. Zgłaszają się na ochotnika: Jan Kulczycki
"Argos", Stanisław Lechmirowicz "Czart",
Józef Nycz "Ziutek". Dowódcą osłony jest Witold
Morawski "Witold Czarny".
"Witold dostaje gamon, a Argos świecę dymną, ja
filipinkę - opisuje "Czart". - Omawiamy sposób
przeskoku. - Rzucamy w kierunku erkaemu, wyskakujemy, przebiegamy
ulicę i przez bramę wpadamy na dziedziniec kościoła -
wyjaśnia Witold. Zdenerwowani czekamy rozkazu. Witold wychyla
się lekko i bada drogę przeskoku. Gwałtowna seria z Pałacu
Błękitnego odrzuca go zaraz do tyłu [...] Ustawiamy się
według kolejności rzucania..."
Por. "Jerzy" daje znak gwizdkiem. Huk granatów rozrywa
powietrze, a dym tworzy zasłonę, pod którą oddział prze
biega 'do kościoła, ostrzeliwując zaskoczonych Niemców.
Przeskok się udał, są wprawdzie ranni, wśród nich
"Andrzej Morro" (przestrzelony nos).
W kościele oddział zajmuje stanowiska niedługo, ostrzeliwana
przez czołgi świątynia nie daje odpowiedniego zabezpieczenia.
Por. "Jerzy" de. cyduje się opuścić kościół;
wysyła patrol na rozpoznanie (chyba pod dowództwem
"Słonia"), po czym wraz z "Andrzejem Morro'"
i "Śnicą" ustala, że w odpowiednim momencie wszyscy
przejdą do wypalonego gmachu pobliskiej Biblioteki Zamoyskich.
Moment taki się zbliża - następuje atak bombowców na Bank
Polski i okolice Bielańskiej; w huku rozrywających się bomb
oddział przebiega posesje - ogrody na tyłach kościoła Sw.
Antoniego i wpada do piwnic pałacu Zamoyskich przy zbiegu ul.
Al. berta (obecnie Niecała) i Fredry. Tutaj, po spenetrowaniu
miejsca, por. "Jerzy" zgromadził większość
żołnierzy w wąskim korytarzu między piwnicami i kazał
pozamykać drzwi wszystkich piwnic. W ten sposób korytarz stał
się ciasnym bardzo i niewygodnym, ale bardziej bezpiecznym
schronieniem. Sam "Jerzy", po wystawieniu ubezpieczeń,
pozostał we frontowej piwnicy, obserwując pilnie wszystko
wokół. "W wypadku próby zaatakowania nas przez Niemców -
wspomina - mamy wyskoczyć na zewnątrz. W tym celu
przygotowaliśmy, z zachowaniem możliwie największej ciszy,
wyjścia przez okna."
W miejscu tym oddział przeczekał aż do zmierzchu. W
korytarzyku było gorąco i duszno, wśród żołnierzy
większość stanowili ranni, nie było wody, aby zaspokoić
pragnienie. Nie było też środków, aby uśmierzyć cierpienia
ciężej rannych. Sanitariuszki i łączniczki: Maria Całka
"Wika" , Lidia Daniszewska "Lidka", Ewa Ott
"Ewa", Barbara Gac "Bagna", Danuta Mancewicz
"Danusia", Barbara Niklewska "Wandzia", Irena
Wnękówna "Irys", Zofia Kasperska "Wanda",
czuwały nad rannymi, zmieniały im opatrunki, dwoiły się i
troiły, same będąc w większości ranne.
"Andrzej Morro", ranny w nasadę nosa, spał z
otwartymi ustami - nie sposób było uciszyć jego jęków,
podobnie jak jęków innych rannych, przeważnie
gorączkujących. A Ukraińcy i Niemcy przetrząsający teren
wokół mogli usłyszeć te odgłosy. Jednakże nic nie
usłyszeli, trzeba zresztą przyznać, iż większość ludzi
potrafiła zachować idealną ciszę.
"W ten sposób zaczął się jeden z najbardziej
dramatycznych dni, jakie przeżyłem - wspomina po wojnie kpt.
"Jerzy" - dzień, który wrył się głęboko w
pamięć, stając się symbolem karności i dyscypliny
silniejszej niż śmierć, bo płynącej z głębokiego zaufania
dowódcy do żołnierza i odwrotnie, zaufania, które zrodzić
mogła głęboka przyjaźń i wspomnienie przeżytych
niebezpieczeństw."
Przed oknami piwniczek coraz częściej pojawiały się patrole
niemieckie. Około godziny 11 Niemcy zaatakowali kościół Św.
Antoniego i zdobyli go. Po pewnym czasie zaczęli wrzucać
granaty do piwnic; powtarzali to systematycznie.
"Stan nerwowego napięcia osiąga kulminacyjny punkt, gdy po
obrzuceniu piwnic granatami Niemcy zaczynają pruć w okna
krótkimi seriami z Ikm-u. Drzwi piwnic są niewystarczającą
ochroną i trzeba mieć wiele hartu, by znieść ogień pocisków
uderzających metr nad głowami wtulonych w ziemię
chłopców."
Była godzina 22, zmrok już zapadł zupełny, gdy
"Jerzy" dał rozkaz do wyjścia. "Witold
Czarny" z patrolem ubezpieczał wychodzący przez okienka
oddział. Niemców nie było w pobliżu. Cicho, ostrożnie
wychodzono po stole przystawionym do jednego z okienek,
pomagając sobie wzajemnie. Nieprzytomnemu "Andrzejowi
Morro", którego stan opóźniał wyjście grupy, wlano do
ust trochę wódki. Poskutkowało i "Morro" mógł
wyjść.
"Jerzy" dał rozkaz, aby się rozproszyć, iść rojem
przez. Ogród Saski w kierunku Królewskiej. Na ewentualne
zaczepki Niemców reagować mieli tylko znający język
niemiecki.
A oto jakie przygody spotykały przemykających przez Ogród
Saski powstańców: "...przedzierając się przez szpaler
bzu dochodzimy do uliczki. Po drugiej stronie jeszcze nasi. Nagle
w uliczkę, obok której stoimy, wjeżdża samochód, jeden...
drugi... W odkrytych wozach bojowych siedzą Niemcy. Języki
reflektorów ślizgają się po skamieniałych w bezruchu
postaciach, oświetlając blade, zakrzepłe twarze. Jesteśmy
zaledwie parę metrów od alejki i widać nas zupełnie
dokładnie, ale żandarmi przyglądają się nam obojętnie, bez
zainteresowania i mijają. Oczywiście zwiodły ich nasze
esesmańskie mundury i brak opasek."
"Jerzy" daje znak i wszyscy łączą się w grupę.
Wszyscy mają broń i granaty gotowe do użytku, w tyle i po
bokach ubezpieczają grupę ci z bronią maszynową. Dziewczęta
idą w środku, na czele "Jerzy", za nim "Andrzej
Morro" i "Drogosław".
Najcichszym szeptem "Jerzy" wydaje dyspozycje, aby
rozmawiali ci którzy znają dobrze niemiecki. Za chwilę
słyszą wszyscy "Witolda Czarnego" i
"Drogosława", którzy specjalnie głośno rzucają do
siebie krótkie zdania po niemiecku.
Kiedy żołnierze minęli główną aleję i znajdowali się na
wysokości Palmiarni, zauważyli, że przy barykadzie ruszali
się ludzie - swoi czy obcy? Siatka płotu oddzielała oddział
od ulicy. "Wysuwam się naprzód, by znaleźć przejście -
opisuje "Jerzy". - Od strony barykady pada zdanie po
niemiecku: "Tędy nie przejdziecie, musicie się
cofnąć." "Drogosław" bezczelnie odpowiada w
języku niemieckim: "Wiemy, którędy mamy iść!" I
idziemy dalej, defilując przed zdziwionymi Niemcami w kierunku
Marszałkowskiej. W ciemności nie rozpoznali nas!
Już jesteśmy w zasięgu broni naszych kolegów, obsadzających
domy na Marszałkowskiej i Królewskiej. Nakazuje nam to
zwiększyć ostrożność i wykorzystywać przesłony, jakimi są
drzewa. Nasi mogą bowiem wziąć nas za Niemców i ostrzelać.
Za chwilę wyraźnie rysują się ruiny Giełdy. Z radością
stwierdzamy, że Giełda jest pusta. Niemców nie ma, a od
Polaków dzieli nas tylko szeroki, pusty pas ulicy Królewskiej.
Nagle seria z km-u, bijącego ze stanowiska polskiego, uderza w
mury Giełdy. Podrywam się wołając: "Zgrupowanie
Radosława, Starówka, nie strzelać!" Wypadamy z Giełdy,
przecinamy ulicę i wpadamy wprost w ramiona swoich - Polaków.
Doszło nas sześćdziesięciu."
"Krótka dziękczynna modlitwa i uczczenie pamięci
poległych - opisuje ten moment "Leszczyc". - Podobno
poszedł patrol po rannego na Królewską. Oddzielają
rannych."
Źródło: Batalion "Zośka" - Anna Borkiewicz-Celińska