Cudem ocaleni z rzezi Starówki (2 września - 6 październik 1944)
Grupa rannych w tym
czasie ukrywała się się w piwnicy na ulicy Freta i Mostowej. W
grupie tej był plut. pchor. "Elegant" (Mieczysław
Gałka) i wielu, wielu innych. Opiekowała się nimi st. strz.
"Blondynka" (Danuta Slązak). Piwnice Freta 1 zaczęły
się palić, bo wpadły tam dwie "szafy". Było to 1
września. Ranni przeczołgali się na ulicę Mostową. .
W nocy z 1 na 2 września zjawił się tam jakiś pijany oficer
powstańczy z łączniczką. Był on w stopniu porucznika. Ubrany
w panterkę. Wzrostu dość wysokiego. Łączniczka będąca w
jego towarzystwie również ubrana była w panterkę, wzrostu
średniego, młoda. Oficer ten był mocna pijany. Wysyłał ją z
meldunkiem do "Czwartaków" AL. Dziewczyna opierała
się mówiąc: "Ja nie pójdę, tam są Niemcy". Wtedy
oficer brutalnie pchnął ją w lej po bombie i strzelił da
niej. Upadając, krzyknęła: "O mamo". Dalsze dwa
strzały zbrodniarza uciszyły dziewczynę... Ta straszne
widowiska oglądała ludność cywilna. Odchodząc, oficer ten
kazał ludziom zakopać ciała łączniczki.. Przykryto ją
blachą i zasypana ziemią.
Po tej strasznej scenie nikt nie mógł przyjść do siebie.
Następnego dnia wpadli tam Niemcy. Była ta w południe 2
września. Ludność cywilna ukryła się w piwnicach.
Przy ulicy Mostowej 3, w mieszkaniu na parterze, znajdowali się
ranny plut. pchor. Elegant, chora staruszka i zakonnik. Do
mieszkania tego weszli Niemcy. Zaczęli szukać kosztowności.
Kazali staruszce zejść z łóżka, bo przypuszczali, że ma ona
jakieś wartościowe przedmioty. W obranie chorej stanął
zakonnik. Wtedy zastrzelili staruszkę i zakonnika. Przyszło
jeszcze kilku Ukraińców. Jeden z nich złapał za ręce
Blondynkę i ciągnął ją na górę, by wskazała, gdzie
ukrywają się powstańcy. Tam usiłował ją zgwałcić. Na
szczęście rozpoczęła się strzelanina. Ukrainiec dopadł da
okna, a wtedy Blondynka uciekła na dół. W tym czasie wszedł
Niemiec i zobaczywszy Eleganta. kazał mu wyjść na ulicę.
Elegant wskazał nogę - nie może wstać. Wtedy Niemiec
przyprowadził cywila i księdza, którzy zabrali Eleganta na
nosze. Zanieśli go do lokalu restauracyjnego "Pod
Krzywą Latarnią". Wtedy dołączyła do nich Blondynka.
"Pod Krzywą Latarnią" było około 200 rannych.
Około gadziny 10 wszedł tam oddział Niemców, którzy zaczęli
wszystkich rewidować, zabierając kosztowności, jak
pierścionki, kolczyki itp. Elegantowi zabrali portfel Niemiec
przeglądając go, upuścił na ziemię prawa jazdy i fotografię
siostry, na której była dedykacja: "Mojemu
Najdroższemu Bratu, aby Bóg miał w swojej opiece, Warszawa,
dnia 27.VII.44 r." Otrzymał ją wtedy, gdy szedł na
powstanie. Data pierwszego alarmu.
Po chwili weszła duża pijanych Ukraińców. Wyglądali jak
zbóje. Wyciągali lżej ranne kobiety i gwałcili na oczach
wszystkich. Krzyki i rwetes niesamowity. Blondynka ukryła się
pod noszami i nakryta została kocem. To ją uratowało. Wtem
wpadł Niemiec i krzyczał łamaną polszczyzną: "Lekko
ranni wyjść, ba szpital będzie spalony". Wyszło
wtedy około 50 rannych, którzy mogli się jako, tako poruszać.
Z trudem wyczołgiwali się po schodach. Pozostało przeszło stu
ciężko rannych. Wtedy usłyszeli strzały coraz bliżej.
Wreszcie zjawili się Ukraińcy i Niemcy i zaczęli strzelać do
ciężko rannych wewnątrz "Krzywej Latarni". Później
następowały wybuchy wrzucanych granatów. Cały szpital oblany
został benzyną. Wrzucali jakieś płytki, które samoczynnie
zapalały się po zetknięciu z benzyną. Rozpoczęły się sceny
nie do opisania. Elegant i Blondynka, będąc przy ścianie
przeciwległej do schodów wejściowych, nie byli rażeni
odłamkami granatów. Ci, którzy ocaleli, zaczęli odmawiać
modlitwy, śpiewano "Jeszcze Polska nie zginęła".
Jakiś zakonnik pocieszał rannych: "Czeka nas wolność
na drugim świecie, gdy zginiemy w płomieniach".
Dym przenikał wszędzie, coraz więcej go było, coraz bardziej
był gryzący. Ludzie mdleli. Ciężko ranni poczęli się
wyczołgiwać ku wyjściu na ulicę.
Blondynka ciągnęła Eleganta w tym samym kierunku. Gdy dotarli
do schodów, zobaczyli, że przy wyjściu stał Niemiec i
strzelał do rannych. Widzieli, jak strzelił do czołgającego
się przed nimi młodego powstańca lat około trzynastu.
Chłopiec spadając po schodach krzyknął: ,,O mamo".
Z kolei Niemiec kieruje lufę w Eleganta i Blondynkę. Pistolet
mu się zadął. Szarpie i ciągnie za spust. Moment ten
wykorzystała Blondynka, pociągnęła Eleganta na bok i
zauważyła, że przed schodami na prawo było wyjście.
Pchnęła drzwi - była tam toaleta. Dymu już tyle było w
"Krzywej Latarni", że prawie jeden drugiego nie
widział. Niemiec strzelał na ślepo, później sam wycofał
się, bo dym go dusił. .
Niebawem płomienie zajęły próg i drzwi. Wtedy Blondynka
przypomniała sobie, że w szpitalu został jej plecak, a w nim
środki opatrunkowe i suchary. Nie zastanawiając się pobiegła
po niego. Po omacku natrafiła... Jest. Wracając potrąciła
jakieś ciało. Płomienie zaczęły ją obejmować. Wycofując
się, słyszała straszne jęki. Niektórzy jeszcze wołali:
"Siostro, ratuj. Nie zostawiaj nas!" Jakieś
rozpalone ręce, gorące jak ogień, łapały ją za nogi. Czym
wtedy można było pomóc? Pożar wdzierał się wszędzie.
Z trudem udało jej się wydostać. Była na pół omdlała.
Rzuciła się do wody, która była w toalecie.
W toalecie też było pełno dymu. Znalazła tam drugie drzwi.
Było to boczne wyjście na podwórko, jak się później
okazało, ślepe. Zobaczyła tam około piętnastu rannych. W
głębi roztaczał się okropny widok. Wszyscy lekko ranni,
których Niemcy wyprowadzili z "Krzywej Latarni",
zostali tu rozstrzelani.
Wokół podwórka wszystko się paliło, również i zwłoki
pomordowanych. Blondynka musiała ciała przeciągać na boki,
aby zrobić przejście dla czołgających się rannych. Pomagała
każdemu jak mogła. Tak dotarli do długiej arkadowej bramy, nad
którą mieszkania były objęte pożarem. Po przeczołganiu się
dalej zauważyli drugie podwórko. Tu było też kilku rannych,
którzy zdołali się uratować ze szpitala Długa 7.
Między tymi rannymi był powstaniec, który miał obie nogi
złamane. Wyskoczył z drugiego piętra na bruk w chwili, gdy
plamienie obejmowały jego ubranie. Wyglądał okropnie:
zakrwawiony, z kością piszczelową na wierzchu. Widok straszny.
Miał przy tym postrzelone oko, które wypłynęło na wierzch.
Postrzał ten otrzymał od Niemca w chwili, gdy zeskakiwał z
okna.
Ranni byli ogromnie wycieńczeni. W otaczającym ich dymie
mdleli. Blondynka poszła po wodę do toalety. Rozdzieliła po
trochu każdemu. Wkrótce brama pod arkadami także zaczęła
się palić i ranni przed nacierającymi płomieniami musieli
dalej się czołgać na drugie podwórko.
Powstaniec z połamanymi nogami i kością piszczelową na
wierzchu me mógł poruszyć się z miejsca. Wołał pomocy.
Tymczasem, płomienie go zakryły. Słychać było jego krzyki:
"Koledzy, nie zostawiajcie mnie. Ratujcie!"
Przeraźliwy ten głos, wydobywający się z płomieni, długo
jeszcze słyszeli Elegant i Blondynka. Z drugiego podwórka
można było przejść na ulicę Długą 7. Przechodziło się
przez lokal cukierni "Majestic". Z okna tutaj
Obserwowali widok, jakiego chyba nikt w życiu nie widział.
Ulica była w płomieniach, i to na całej długości.
Rozszalałe płomienie wyrywały i topiły wszystka, co było na
ich drodze. Powstał niesamowity wicher. Różnica temperatur
wywołała potworny szum. Palące się głównie futryn, drzwi i
okien unoszone były na dużą wysokość w powietrze. Fala
wichru pędziła naprzód wszystko, co był na drodze:
Było to potworne widowisko. Ca chwila coś runęło, a
płomienie buchały z większą silą i wciskały się w każdą
szczelinę. Czyżby to ostatnia chwila? Dom się zatrząsł.
Widać w powietrzu kawałki papy, blachy, deski, pierze i
szczątki ubrań. W ocalałym lokalu "Majestic"
zgrupowani zostali ranni, pozostało ich tylko dwudziestu dwu z
ogólnej liczby dwustu. Niedługo tu mogli zostać. Płomienie i
tam się przedostały. Teraz ranni znów musieli się czołgać
na przeciwną stronę Długiej, zakrywając twarze zmoczonymi
szmatami. Oddech trzeba było wstrzymywać z powodu dymu.
W domu Długa 4 mogli nieco odpocząć. Blondynka znów poszła
po wodę. W nocy, około trzeciej nad ranem, wszczęła alarm, bo
oficyna domu była już cała w płomieniach. Trzeba było
gdzieś uciekać. Ale paliła się wszędzie. Wtedy Elegant
przypomniał sobie, że dom przy Freta 1 dwa dni temu spalił
się, ale ocalały piwnice. Wszyscy zgodzili się tam
przenieść. Nie było ta łatwe. Zgruzowaną odległość stu
metrów forsowali ranni aż dwie godziny, było to rzeczą
nadludzką ciągnąć za sobą kikuty rąk lub nóg. Trzeba się
było jak najprędzej ukryć w piwnicach, bo w każdej chwili
mogli wpaść Niemcy i Ukraińcy. Ranni, wyczerpani tą potworną
podróżą, byli u kresu sił i każdy legł, gdzie mógł.
W piwnicach panowała ciemność, trzeba było poruszać się po
omacku. Od czasu do czasu słychać było mowę niemiecką.
Niemcy i Ukraińcy chodzili po piwnicach i plądrowali.
Dnia 3 września Blondynka rozdała każdemu rannemu po parę
kostek cukru, trochę sucharów i wodę znalezioną w garnkach i
czajnikach. Widocznie ludność cywilna pozostawiła ją w
piwnicach do gaszenia pożarów lub po prostu jako zapasy.
To był ich jedyny posiłek w ciągu dwu dni.
Rany teraz zaczęły dokuczać, słychać było jęki. Nie dało
się zachować całkowitej ciszy. W pewnym momencie przechodzący
Niemcy usłyszeli je. Bojąc się jednak wejść do piwnicy,
krzyczeli: "Raus!... Raus!..." Niektórzy
ranni zaczęli się wychylać, szczególnie ci, którzy leżeli
blisko wejścia. Wyczołgało się wtedy dziewięciu rannych
powstańców. Wśród nich był Andrzej Dybaś, lat 17. Mieszkał
na Filtrowej. Ojciec jego był oficerem w Wojsku Polskim na
Zachodzie. Miał siostrę, która również była łączniczką w
powstaniu. .
Stojący przy wejściu do piwnic Niemiec strzelał do rannych i w
pewnej chwili zmierzył do Andrzeja, ten zaś błyskawicznie
odtrącił pistolet i kula zboczyła, raniąc go lekko w szyję.
Andrzej upadł udając zabitego. Inni ranni powstańcy prosili
Niemców o darowanie im życia. Nie bacząc na to strzelali po
kolei. Później na chwilę odeszli od pomordowanych, aby
przynieść benzynę do spalenia ciał.
Andrzej tymczasem wycofał się z podwórka do piwnic.
Przyłączył się do reszty rannych ukrytych w głębi piwnic. .
Teraz cudem ocaleli: Elegant, Edek, Blondynka, Zieliński,
Władysław, Skrzypek, Jurek, Marian, Andrzej i jedna kobieta z
ludności cywilnej, która dołączyła do nich w piwnicach
Długa 4.
Obawiając się dalszych penetracji Niemców ranni musieli to
miejsce opuścić i przez wybity w murze otwór dostali się do
piwnic Freta 5. Tam przez dwa dni leżeli kompletnie wyczerpani,
tak fizycznie, jak i psychicznie. Na zewnątrz nie można było
wychodzić pod żadnym pozorem.
Po dwóch dniach cywilna kobieta wyszła jednak na poszukiwanie
żywności i już do nich nie wróciła.
Zostali sami ciężko ranni, a wśród nich tylko jedna osoba
"Blondynka" - zdolna do udzielania opieki i pomocy oraz
robienia opatrunków. Było jeszcze wtedy czternastu rannych. W
takich potwornych warunkach nie można było mówić o higienie.
Opatrywać rany bez medykamentów było rzeczą nad wyraz
bohaterską.
Następnego dnia, 7 września w tej piwnicy znalazła Blondynka
cukier, wódkę, papierosy i francuskie wina. Wszyscy
przeklinali: "Dlaczego to nie woda, a wódka".
Okazało się później, że i wódka przydała się rannym,
służyła bowiem do obmywania ran i chroniła przed zakażeniem.
10 września Niemcy wpadli do sąsiednich piwnic. Zobaczyli
Mietka i kazali mu się wyczołgać. Potem słychać było
strzały. 16 września Blondynka w towarzystwie Edka zmieniała
opatrunki rannym. Wtedy stwierdziła, że znów jeden ubył. Był
,to Jurek Skrzypek. Zmarł prawdopodobnie z zakażenia. Długi
czas cierpiał. Bóle uśmierzał proszkami od bólu głowy.
Znalazł całą paczkę. Zjadł podobno aż sto proszków.
17 września sytuacja stawała się coraz groźniejsza. Nie było
co jeść. Blondynka wyszła na gruzy rozejrzeć się. Od kilku
dni panowała względna cisza. Sądziła, że Niemcy się
wycofali po spaleniu Starego Miasta. Wtedy zdecydowała się
pójść po żywność nad Wisłę. Edek zaofiarował swoją
pomoc. Wiedział, gdzie nad rzeką są ogrody z warzywami.
Posuwał się na czworakach. Po drodze znalazł szczotkę na
kiju, która posłużyła mu jako kula.
Z trudem doszli do Wisły. Od tylu dni pierwszy raz zobaczyli
piękne, czerwone pomidory. Była tam też cebula. Zabrali z
sobą tyle, ile mogli unieść. Z tamtego miejsca obserwowali
Pragę, wtedy już wolną. Gdyby tak przedostać się na drugą
stronę? Doszli do przekonania, że przeprawa jest możliwa
tratwą. Trzeba tylko znaleźć deski, dwie ,belki i gwoździe.
Wracając na Freta natrafili na zrzutek ze spadochronem. Była w
nim amunicja do pistoletów.
Wieczorem Blondynka rozdzieliła każdemu jedną cebulę i
porcję pomidorów. To miało starczyć na dwa dni. Miała
jeszcze kawałek chleba znaleziony w czasie wyprawy nad Wisłę.
Był on talk spleśniały i tak twardy, że dzielenie go na
kawałki nastręczało duże trudności.
20 września Blondynka nagle rozchorowała się. Dostała bardzo
silnej gorączki. Chwilami majaczyła. Edek i Zieliński
wykonywali teraz codzienne obowiązki nadspodziewanie gorliwie,
mimo że obaj byli ranni w nogi. Obsługiwali, bandażowali i
obmywali rany. Reszta rannych była całkowicie unieruchomiona.
23 września Zieliński znalazł w piwnicach zagubioną patelnię
i trochę mąki. rozpalił ognisko i ugotował zupę.
Był wieczór, gdy ogień jeszcze się żarzył. Nagle usłyszeli
kroki. Nadsłuchują. Pewnie Niemcy... Słychać głosy:
"Hans... Hans... Feuer!..."
Wtedy dwóch Niemców wpadło do piwnicy i zobaczyli
Zielińskiego tuż przy drzwiach. Zabrali go na górę.
Następnie wpadli jeszcze raz. Leżący w pobliżu wejścia
Marian udawał zabitego. Mimo to strzelali do niego i tak
zginął na miejscu.
Zaczęli szukać dalej. Mieli maleńkie świeczki i w ich słabym
blasku nie dostrzegli w głębi piwnicy pozostałych rannych.
Byli oni ukryci za rożnymi gratami. Każdy z nich zachował
wtedy kompletną ciszę.
Ciągłe nachodzenie Niemców działało deprymująco. Powstańcy
byli pod wrażeniem, że lada chwila spotka ich los
Zielińskiego, Mariana i wielu innych.
Po zastrzeleniu Zielińskiego i Mariana nikt teraz już nie
zabiegał o żywność, wszyscy głodowali, czekając na jakiś
cud. 25 września znów przyszli Niemcy. Wpadli do przeciwległej
piwnicy. Wyważyli drzwi i zaczęli plądrować. Zjawienie się
ich było tak nagłe, że ranni powstańcy byli zupełnie
zaskoczeni. Na szczęście nie dostrzeżono ich. Hitlerowcy
zobaczyli trupa Mariana i prawdopodobnie dlatego na drugą
stronę piwnicy nie wchodzili.
27 września Blondynka rozdzieliła każdemu po łyku wody.
Gotowała ją nad świecy w małym żelaznym garnuszku. Nad
płomieniem świecy mogła zagotować tylko bardzo maleńką jej
ilość.
Andrzej, nie mogąc doczekać się swojej kolejki, napił się
wody nie przegotowanej z beczki LOPP. Była to woda nie wiadomo
odkąd stojąca, brudna, pokryta pleśnią i mchem. Kolor jej
przypominał czerwono żółty płyn. Woda ta wywołała krwawą
dyzenterię. Chłopak cierpiał bardzo.
Dnia 29 września Andrzej przeprosił wszystkich, że tyle
sprawia im kłopotu swoją chorobą i swymi opatrunkami.
Powiedział, że może niedługo przestanie ich dręczyć.
Wieczorem Blondynka zmierzyła mu temperaturę, miał 35°. W
nocy zmarł. Cicho, nawet bez westchnienia odszedł. Pozostały
teraz tylko trzy osoby: Blondynka, Elegant i Edek. Reszta
zginęła od kul hitlerowskich lub ukraińskich albo zmarła z
ran.
Ci, którzy pozostali, mówili między sobą: "Kto
następny?" Czyż już nie ma dla nich drogi ocalenia?
Postanowili zabarykadować piwnicę. Blondynka i Edek usunęli
ciało Andrzeja, które już zaczęło się rozkładać.
Umieścili je przy samym wejściu, by trup zagradzał drogę do
piwnic. Elegant od dłuższego czasu nie mógł po nocach spać.
Rany paliły go bardzo. Dostawał z bólu szoku nerwowego.
Działało to deprymująco i wywoływało utratę przytomności.
W takim szale zrywał się, krzyczał. Blondynka prosiła go i
błagała o ciszę. To nie pomagało. Toteż z Edkiem kneblowali
mu usta, by krzyki nie przedostały się na zewnątrz.
Pewnego razu w takim szale Elegant złapał błąkającego się,
miauczącego kota. Rzucił go z całej siły o ścianę. Kot się
już nie podniósł.
30 września zdawało się, że zbliża się kres męczarni. Nie
było już wody.
l października słyszeli od czasu do czasu zbliżające się
kroki. To stałe nadsłuchiwanie powodowało ogromne napięcie
nerwów. 2 października mieli jeszcze parę kostek cukru. Jedyne
pożywienie. Mdłości ich targały, gdy ktoś wspomniał o
jedzeniu. 4 października od rana zaczęli opowiadać sobie,
jakie mieli sny. Edkowi śniło się, że był w domu z
rodzicami, że wszyscy się cieszyli. Nie czuł głodu. Czy
rodzice ich w tej chwili wiedzą, gdzie oni są? Czy przyjdą z
pomocą?
6 października opanowała wszystkich całkowita rezygnacja. Już
nie myślą o tym, że ktoś przyjdzie z pomocą. Drogi ocalenia
nie ma. Teraz myślą tylko o tym, czy rodziny znajdą ich ciała
w piwnicach. Zaczynają pisać adresy.
W tej chwili całkowitej rezygnacji Blondynka postanawia wyjść
z piwnicy. Może gdzieś znajdzie wodę? Wiedziała, że po
przeciwnej stronie ulicy jest przysypany gruzem sklepik tuż przy
kościele św. Jacka.
Gdy wychodziła, wszystko wydawało jej się w innych kolorach,
zapewne na skutek dłuższego przebywania w ciemnościach.
Rozglądała się na wszystkie strony. Nagle zobaczyła Niemców
idących od Rynku. Cofnęła się, ale nie weszła do piwnic,
tylko wbiegła na gruzy, by nie zdradzić piwnic z rannymi.
W tym czasie wyszła z kościoła siostra szarytka i mężczyzna
w białym fartuchu. Za nim wyszły jeszcze dwie niewiasty.
Blondynka zaczęła do nich krzyczeć: "Nie wychodźcie,
nie wychodźcie... Niemcy!" Myślała, że oni talk
samo się ukrywają. Wtedy jedna z niewiast zbliżyła się z
zapytaniem, co ona tu robi." 'Ukrywam się i mam pod opieką
rannych powstańców. Nie chcieli wierzyć. Jedna z kobiet
weszła do piwnic i zobaczyła uciekinierów.
Życie Blondynce i jej podopiecznym uratowali pracownicy szpitala
na Płockiej. Mieli oni specjalne przepustki uprawniające do
wyszukiwania na Starówce rzeczy przydatnych dla szpitala. Tego
dnia wózek mieli już załadowany i nie mogli zabrać rannych.
Przyrzekli, że przyjadą następnego dnia i zabiorą ich. Był 8
październik. O świcie Blondynka ukryta za gruzami czekała na
nich. I tym razem wózek był jednak załadowany różnymi
rzeczami. Postanowiła więc iść z nimi do szpitala i tam
błagać o pomoc. Rannych pozostawiła na opiece boskiej.
W szpitalu na Wolskiej dr Woźniewski nie chciał dać wózka w
obawie, że Niemcy mogą go zatrzymać, proponował, żeby ranni
jeszcze jedną noc spędzili w gruzach. Na to nie mogła się
zgodzić Blondynka. dopiero jeden z pracowników, pełniący w
szpitalu funkcję posługacza oficer AK, ofiarował swoją pomoc.
Zabrał jeszcze da pomocy dwóch innych mężczyzn i pojechał,
chociaż już zapada! zmrok.
Wracając z rannymi zostali zatrzymani przez wojskowy patrol
sanitarny Czerwonego Krzyża. Jeden z Niemców widząc na wózku
rannych powiedział: "Mein Gott... Mein Gott..."
Gdy ranni dojechali do szpitala, płakali ze szczęścia.
Zaraz następnego dnia, a było to 9 października, a godzinie 12
w południe wzięto Eleganta na salę operacyjną. Amputacji nogi
dokonał dr Manteufel. Cały czas przy operacji asystowała
Blondynka.
Dnia 27 października rannych odesłano do Krakowa.

Dzisiaj ci młodzi ludzie żyją w swym mieście, które tak
bardzo ukochali, za które oddawali swą krew.
Źródło: fragment książki Lucjana Fajera "Żołnierze Starówki - Dziennik bojowy kpt. Ognistego"