MASAKRA W KLASZTORZE OJCÓW JEZUITÓW - 2 sierpna 1944

Od świtu 2 sierpnia 00. Jezuici zaczynają odprawiać nieustające Msze święte w kaplicy ogólnej i domowej. Nie wiadomo, co mogą przynieść późniejsze godziny, więc każdy chce spełnić swój kapłański obowiązek. W zapełnionej z;.vykle o tej porze kaplicy ogólnej znajduje się teraz zaledwie kilka osób. Około godziny szóstej O. Sawicki spotyka na korytarzu Ojca superiora Kosibowicza. Ostatnie wypadki ogromnie go zmieniły.
Wiele razy Dom przeżywał groźne chwile, ale O. Superior powtarzał zawsze:
"Rektorem naszym jest św. Andrzej Babola. W Jego ręce złożyłem rządy tego Domu i bez woli Bożej włos nam z głowy nie spadnie...
W ogródkach działkowych, obok naszego domu, przebywa oddział ss-mański. To nie wróży dla nas nic dobrego".
O. Kosibowicz udaje się do zakrystii, przywdziewa czarny ornat i wychodzi z Mszą św. przed główny ołtarz. Po nim Mszę odprawia Q. Mońko. Nagle jakiś bliski wybuch wstrząsa murami, po nim następuje drugi, trzeci i dalsze. Z sufitów, ze ścian sypie się tynk i gruz, szyby wypadają z brzękiem, a przez wybite okna przedostają się kłęby wapiennego kurzu. Robi się ciemno. Wszyscy uciekają z kaplicy. Mały chłopiec, ministrant chroni się do zakrystii. O. Mońko pozostaje sam przy ołtarzu. Gwałtowna kanonada artyleryjska trwa aż do Agnus Dei.
Kto strzela? - zastanawiają się Ojcowie, Niemcy kwaterują zaledwie kilkaset metrów dalej, w budynku szkoły Wawelberga. Są to oddziały broni SS. Czyżby powstańcy mieli artylerię? Ale dlaczego ostrzeliwują klasztor?
W ścianach widnieją coraz to nowe wyrwy. Kaplica domowa jest absolutnie zniszczona. Kłęby gęstego kurzu unoszą się nad klasztorem. Ze swojego pokoju O. Pawelski wychodzi na korytarz, jest ogromnie wzburzony.
- Zbliżyłem się do okna - mówi - i jakiś żołdak, idący chodnikiem, strzelił do mnie, kula bzyknęła mi koło ucha. Szczęściem - chybił.
Do pokoju, w którym mieści się administracja wydawnictw, ss-mani wrzucają granaty. We wszystkich pomieszczeniach i korytarzach powybijane szyby, wszędzie pełno gruzu. Około godziny 9.00 O. Mieczysław Wróblewski wychodzi z Mszą św., służy mu O. Władysław Wiącek. Przy innym ołtarzu O. Henrykowi Wilczyńskiemu służy O. Jędrusik.
Nagle z pobliskiego Pola Mokotowskiego artyleria przeciwlotnicza otwiera ogień na Dom 00. Jezuitów. Pada pocisk za pociskiem, mury drżą i dymią jak wulkany. W kaplicy staje się ciemno i duszno. Wrażenie jest tak niesamowite, że O. Wiącek - jak szczerze później wyzna -- w pierwszej chwili chce uciekać z kaplicy, tylko wzgląd na celebransa powstrzymuje go od tego zamiaru. Natomiast O. Wilczyński, jak gdyby nie dostrzegając, co się dzieje wokół niego, spokojnie odprawia do końca Mszę ŚW., po czym schodzi do schronu i zatapia się w modlitwie brewiarzowej. ,
Około godziny 10 kanonada cichnie i w końcu milknie zupełnie. Nagle rozlega się gwałtowne dobijanie do głównego wej ścia. Brat furtian otwiera drzwi, przez które wlewa się banda uzbrojonych ss-manów.
- Wer hat hier geschossen? - pytają.
Brat furtian wzrusza ramionami... Doprowadza to ss-manów do wściekłości.
- Ja, verfluchten Polen! Wo sin d Banditen?
Głosy Niemców sprowadzają z góry O. Kosibowicza.
- O co chodzi? - zwraca się świetną niemczyzną do ss-manów.
- Z tego domu padły strzały - mówią Niemcy.
- To niemożliwe. W całym budynku klasztornym nikt niema broni! - odpowiada Ojciec.
- A jednak ktoś strzelał z tego domu! - krzyczy jeden z ss-manów.
- Przez cały czas przebywamy w suterenach.
- Gdyście tam byli, ktoś strzelał z okna na piętrze - twierdzą z uporem Niemcy.
- Swoją głowę daję, za to, że nikt nie strzelał. Dom nasz jest zamknięty. Zróbcie rewizję, to sami się przekonacie.
Padają rozkazy. SS-mani przeprowdzają rewizję, zresztą bardzo powierzchowną i powracają.
- Wszystko w porządku - stwierdzają. - Ale teraz pan pójdzie z nami, do naszego dowódcy i to wszystko powtórzy mówią do O. superiora.
W otoczeniu ss-manów O. superior wychodzi. Ojcowie oddychają z ulgą. Wierzą, że O. superioe wyjaśni nieporozumienie i ss-mani dadzą spokój klasztorowi.
Zegar wybija godzinę jedenastą, kiedy znów rozlega się tupot żołnierskich butów. SS-mani powracają. O. superiora nie ma z nimi. Ojciec Sawicki pyta:
- Gdzie jest O. superior?
Zamiast odpowiedzi słyszy rozkaz.
- Schodzić na dół.
O. Sawicki zwraca się do innego ss-mana:
- Co się dzieje z O. superiorem, który z wami wyszedł?
SS-man milczy. To milczenie przeraża Ojców.
O. superior Kosibowicz więcej nie powrócił. W pobliżu klasztoru został zabity strzałami w tył głowy.
- Wszyscy do kotłowni! - krzyczy jakiś ss-man.
Ktoś uspakaja, że jeden z ss-manów mówił, aby niczego się nie obawiać. Nikomu nic nie grozi. Ojcowie są jednak niespokojni. O. Wiącek, kierownik duchowy Domu 00. Jezuitów ubrany w stułę, rozpoczyna modlitwy, najpierw Litanię do Matki Boskiej.
W drzwiach kotłowni stoi ss-man, z peemem w ręku i granatami za pasem. Wygląda, jak gdyby przysłuchiwał się modlitwie tej strwożonej gromady. Nagle ss-man wskazuje palcem na O. Henryka Wilczyńskiego, który znajduje się naj bliżej i każe mu wyjść na korytarz. Ojcowie są przekonani, że ss-mani będą po kolei wszystkich wyprowadzać na korytarz i tam mordować strzałem w tył głowy. Mijają minuty, długie jak wieczność. Strzałów nie słychać, więc może nożem?..
SS-man ukazuje się znów w drzwiach i patrzy na zdrętwiałą gromadę. Wreszcie daje znak O. Lubińskiemu, który siedzi na krześle. Starzec podnosi się z trudem.
- Mam reumatyzm - mówi po niemiecku na usprawiedliwienie, że tak powoli się porusza. SS-man macha ręką i daje do zrozumienia starcowi, że nie będzie się długo męczył. Wychodzi.
Po chwili ss-man znów jest w drzwiach, znów patrzy na następną ofiarę, O. Rosiak pyta, czy to o niego chodzi? SS-man potakuje głową. Na korytarzu zatrzymuje Ojca, pytając o godzinę.
Więc o to chodzi! Ojciec odpina zegarek, daje go rabusiowi i idzie dalej korytarzem. Inny ss-man wskazuje mu drzwi. Jest to pokój, w którym mieszka woźnica Stanisław .zwan, pracujący od dawna w Domu 00. Jezuitów. Coraz to nowi Ojcowie, bracia i inne osoby napływają do tego pokoiku.
O. Wiącek mówi:
- To nasza ostatnia godzina... Jesteśmy skazani na śmierć.
Za chwilę znajdziemy się przed Panem Jezusem. Musimy być przygotowani... Każdy może się wyspowiadać.
O. Madaliński odczytuje z brewiarza błogosławieństwa apostolskie na godzinę śmierci.
Nagle otwierają się drzwi, ukazuje się oficer SS, ogarnia wzrokiem zebranych i rzuca rozkaz: Los!
SS-mani odbezpieczają granaty i rzucają w stłoczonych ludzi. Cała gromada zrywa się, uciekając ku ścianie, w stronę okna. Następują straszne wybuchy. Sypią się odłamki cegły, tynku" drewna i szkła, słychać straszliwe krzyki grozy i bólu, wzywanie pomocy. Jak gdyby w odpowiedzi na nie, ss-mani stają w drzwiach i kropią z peemów w kłębowisko ciał, które się powoli ucisza 6. SS-mani odchodzą w głąb korytarza, pozornie nie interesują się zamordowanymi i rannymi. Tymczasem spod krwawego stosu ktoś usiłuje wypełznąć. Dwóch chłopców ucieka z pokoju, zaledwie jednak znaleźli się na korytarzu, znów słychać serię z automatu i łoskot padających ciał.
O. Kisiel leży twarzą do podłogi i stara się uwolnić spod ciężaru zabitych. Żyje też O. Sawicki. Dym, kurz i pierze z rozprutej pościeli wypełniają mały pokoik. O. Sawicki nie może rozpoznać osób leżących obok niego. Ciała w krwawych strzępach, porwane ubrania. Obok głucho jęczy O. Wilczyński, O. Wróblewski kona. O. Lubiński siedząc na krześle podnosi ręce, wydaje się, jak gdyby udzielał ostatniej Absolucji.
Głosy i jęki rannych zwabiają ss-manów. Rzucają kilka granatów, a następnie seria za serią - strzelają w tych, którzy się jeszcze poruszają. Ciężko ranny ministrant Zbyszek, wzywa pomocy - zamiast niej dostaje serię z automatu. O. Lubiński już nie żyje, ma strzaskaną czaszkę. Następną serię otrzymuje brat furtian. Krew cieknie obficie z ciał. Coraz bardziej powiększa się kałuża, w której leżą pomordowani.
J eden z ss-manów stoi w drzwiach i uważnie obserwuje krwawą stertę. Depcząc po leżących, podchodzi do łóżka, ściąga poduszkę i rzuca ją na O. Kisiela. Leżący na łóżku ciężko ranny O. Jan Pawelski, dawny redaktor Przeglądu Powszechnego coś mówi. Znów krótka seria. Zakonnik milknie na wieki.
Po chwili przychodzi jeszcze kilku ss-manów. Rozkoszują się swoim dziełem. Zaczynają wyciągać ciała, przewracają je i oglądają. Jeśli Jeszcze gdzieś znajdą. odrobinę tlącego się życia lub usłyszą jakiś głos - strzelają.
W pewnym momencie dostrzegają brata Bajdaka, kucharza w białym fartuchu.
- O, siehe! Der Koch, Er atmet...
I seria...
- Ein schoner Kopf, dem gibt auch zwei Kugeln!
I znowu seria.
Do pokoju wpada jakiś mały chłopiec z niemieckiej rodziny, który przyplątał się do ss-manów i nie odstępuje ich na krok.
Jego dziecięcy głos rozlega się co jakiś czas.
- Achtung! Der lebt noch! O hier, hier, er atmet noch!
Za ruchem jego rączki idą ss-mani, a potem rozlega się seria, której towarzyszy dziecięcy śmiech i klaskanie w ręcę.
Znów wchodzą ss-mani.
- Merkwilrdig, sie haben keine Uhren - dziwi się jakiś ss-man z nowej grupy zbirów. Nie wie, że jego poprzednicy ograbili ofiary przed zamordowaniem. Lecz nie daje za wygraną. Chodzi po trupach i szuka. Może jeszcze ktoś ma zegarek? Gdy dostrzega żyjącego, strzela z bliska w głowę. Podchodzi do okna, pod którym siedzą Ojcowie Rosiak i Jędrusik. Udają zabitych. SS-man wyciąga skrwawioną rękę O. Jędrusika; mimo straszliwego bólu Ojciec ani drgnie, O. Rosiak trzyma głowę bezwładnie opuszczoną na ramię O. Sawickiego. SS-man bierze go za ucho, unosi głowę Ojca w górę i patrzy.
"... Wstrzymuję oddech - wspomina O. Rosiak - oczy mam zamknięte, nie widzę jego twarzy, lecz wiem, że bada, czy żyję. W każdej chwili czekam na strzał i ciemność, która mnie ogarnie. Strzeli, czy nie strzeli? Nie, puścił, pozwoliłem opaść głowie tak, jak upada głowa trupa. I znów chwila oczekiwania. Może strzeli w czaszkę z tyłu? ,I tym razem nie. Odchodzi. Bogu Najwyższemu dzięki" .
O. Sawicki czuje blisko oddech ss-mana. - Teraz czas na mnie - myśli. Ale jak tu udawać umarłego, gdy serce wali jak młotem.
Rodzi się rezygnacja. "Podniosę się, niech raczej strzela prosto w głowę, nie będę się długo męczył - myśli - Boże, zmiłuj się nade mną, grzesznym. Zdaje mi się, że śnię".
W głębokiej ciszy słychać oddalające się kroki ss-mana. Mijają, długie jak wieczność, chwile oczekiwania. Spod ściany dobywa się długi, stłumiony jęk. Jakiś mężczyzna, przywalony ciałami pomordowanych, prosi:
- Ojcowie, pomóżcie mi się wydobyć spod ciał! Jak boli - Cicho, cicho, usłyszą ss-mani i będzie koniec - uspokaja ktoś rannego.
- Jesteście bez serca, oni są lepsi, bo przynajmniej dobijają. Ojciec Jędrusik rozgląda się i szybko wstaje. Odwala z rannego trupy i powraca na swoje, miejsce. I znów głęboka cisza
Przy ścianie rozlega się szmer. Spod stolika wysuwa się młoda kobieta. Spod sterty ciał wydobywają się żyjący. O. Mońko wydostaje się spod stosu przykrywających go papierów, staje przy oknie i rozgląda się. Twarz ma bladą jak opłatek, O. Jędrusik podnosi się też z podłogi. Nagle, tuż obok nóg rozlega się spokojny głos:
- Ojcze Jędrusrik, proszę uważać, aby nie nastąpić mi na twarz.
O. Jędrusik poznaje - to O. Kisiel. A więc żyje! Twarz jego ocieka krwią. O. Kisiel podnosi się z ziemi, błyskawiczna decyzja: jak najprędzej stąd uciec! Stąpając po ciałach - Ojcowie Kwas, Jędrusik, Rosiak i Sawicki oraz owa młoda kobieta - wydostają się na długi korytarz. Na lewo, za kotłownią znajduje się skład węgla i tam idzie Ojciec Mońko, a inni podążają na prawo, gdzie u wylotu korytarza jest szopa z drewnem i słomą. Mijają kuchnię, wchodzą do szopy bez dachu. Jest to piętrowy budynek, w którym do września 1939 roku mieściła się klasztorna drukarnia. Dopadają do wąskiej sterty, wdrapują się na wierzch, odwalają bierwiona, drążą w stosie dziury. O. Rosiak usadawia się między ścianami, a sągami drzewa. Aby go ukryć - O. Sawicki, zapominając o sobie - zarzuca otwór bierwionami. Potem razem z O. Jędrusikiem ukrywają się również w drewnie i przykrywają szczapami. Chwila odprężenia.
Powróćmy jednak do owego pokoju śmierci. Stojący na środku pokoju młody człowiek zwraca się do O. Kisiela:
- Niech mi ksiądz pomoże wyciągnąć mojego ojca.
Wspólnymi siłami uwalniają nogi ciężko rannego spod ciężaru zabitych i ostrożnie wychodzą na korytarz. Jest jasno, Niemcy pozostawili zapalone światło elektryczne. Ojciec wchodzi do kotłowni, która dla tylu ludzi była pierwszym przystankiem na drodze do śmierci, a potem wiedziony intuicją wchodzi do składu węgla' i kładzie się na hałdzie miału węglowego pod ścianą, aby odpocząć i odetchnąć powietrzem, w którym nie ma mdłego zapachu krwi. Z odrętwienia budzi go tupot i trzaskanie drzwi, szczęk wiader i głośne rozmowy. W węglami obok O. Kisiela znajduje się jakaś młoda kobieta i młody człowiek. Trwożliwie wsłuchują się w zbliżające się, ściszone kroki. To chyba swój. Po chwili na hałdę węgla wspina się starszy pan, który schronił się do klasztoru - krwawe widmo z pokoju śmierci. Siada obok O. Kisiela i mówi szeptem:
- Niemcy poleli ciała benzyną i podpalili je. Ledwie wydostałem się z płomieni.
W kotłowni słychać plusk wody i odgłosy rozmów. O. Kisiel poznaje głos O. Pieńkosza. Zaczynają nawzajem informować się, gdzie kto teraz jest i kto ocalał...
Rano Dom 00. Jezuitów ożywia się. Słychać wyłamywanie drzwi w spiżarni, rozbijanie talerzy, szkła. Banda rabusiów grasuje po klasztorze. Przed główne wejście zajeżdża kilka samochodów. Niemcy zajęci są rabunkiem.
W węglami ukrywa się 10 osób, którym udało się ujść śmierci. Miał węglowy zasklepił rany, ale palą, jak rozpalone żelazo. Ranni majaczą, krzyczą przez sen. Starszy pan oddycha ciężko, rzęzi i kaszle. Na szczęście, chlupot wody w kotłowni głuszy kaszel, jęki rannych i majaczenia. Woda ta jest błogosławieństwem. Dochodzi już do węglarni i wsącza się przez wejście. Może Niemcy nie pojawią się tutaj!
Tak upływa druga noc. Głód zaczyna dawać się we znaki. O. Pieńkosz wyprawia się po żywność, zachowując maksimum ostrożności. Ranna kobieta przypomina sobie, że w kotłowni zostawiła trochę marchwi i pomidorów ze swej działki. Teraz niedojrzałe pomidory smakują wszystkim, jak najlepsze specjały. Po kilku godzinach wraca O. Pieńkosz z wiadrem kawy i pudełkiem cukru. Mówi, że w kuchni jest wiele żywności, ale trzeba z niej tak korzystać, aby Niemcy się nie zorientowali.
Razem ze światłem dnia w klasztorze znów pojawiają się Niemcy. Krzątanina, bieganie, krzyki budzą rannych z bolesnego odrętwienia. Pali się część klasztoru, w której znajdują się pokoje mieszkalne. Jeśli Niemcy podpalą cały budynek, to i węglarnia przestanie być schronieniem. Po dłuższym czasie znów w całym budynku nastaje cisza, w której echem rozlega się kaszel. Zwraca to uwagę Niemców, domyślają się, że ktoś żywy jest jeszcze w budynku. Trzeba go znaleźć. Nie może być świadka zbrodni. Odgłosy rozmów są coraz bliższe...
- Niemcy już o nas wiedzą. Tylko patrzeć, jak tu przyjdą!
O. Kisiel zastanawia się nad środkami obrony. Może obrzucić ich, kiedy przyjdą, bryłami węgla? A może przemówić im do sumienia? A może w ogóle czekać w spokoju? To chyba najrozsądniejsze: zdać się na opatrzność Bożą.
Mija pół godziny, godzina. Niemcy widać zrezygnowali z poszukiwań. O. Kisiel zastanawia się nad wyjściem z węglarni, ale czy mu siły dopiszą? Źle słyszy, prawie nie widzi, a zresztą, jak odejść? Po dłuższym wahaniu decyduje się pozostać na miejscu.
Przez małe okienko węglarni sączy się świt nowego dnia. Więc to już sobota - trzeci dzień straszliwej udręki. Ten dzień zaczyna się chrzęstem gąsienic pod ścianami domu. Gdy wszelkie odgłosy milkną - grupa ocalałych ludzi wychodzi z węglarni na korytarz. Usta chciwie chwytają powietrze. Od Pola Mokotowskiego wieje świeży, ciepły wiatr. O. Kisiel siada pod ścianą i głęboko oddycha. Słyszy kroki, nagle zrywa się i biegnie z powrotem do węglarni. To O. Pieńkosz, wychyliwszy nieopatrznie głowę do ogrodu, aby rozejrzeć się wokoło, sprowadził posterunek niemiecki z budynku Wawelberga. Niemcy wpadają do klasztoru, ale nikogo nie znalazłszy, szybko oddalają się. I znów zapada głęboka cisza.
Węglarni nie można opuścić, w każdej chwili mogą zjawić się Niemcy. O. Kisiel postanawia usypać z miału coś w rodzaju kanapy, aby można wygodnie usiąść. Praca idzie bardzo powoli, trudno bowiem oddychać w pyle węglowym i poranionymi rękami rozgarniać usypisko węgla. Naraz rozlega się głos kobiety: - Ludzie, gdzie jesteście? Wychodźcie!
- Nie odzywać się! To może być prowokacja Niemców - mówi ktoś.
- Ludzie!
Wołanie jest coraz bliższe i chlupot wody pod nogami wyraźniejszy. O. Kisiel staje pod ścianą i czeka. Widzi dwie kobiety, oświetlające sobie drogę latarką. I kiedy obie kobiety mijają go, zagradza im drogę i mówi ostro:
- Proszę o latarkę.
Jedna z kobiet oddaje mu ją bez słowa.
- Kto was tutaj przysłał? - pyta Ojciec, świecąc w twarz stojącej przed nim dziewczynie.
- Ojciec Pieńkosz.
- Jak on wygląda?
- Średniego wzrostu, blondyn... W okularach.
- A kim panie są?
- Sanitariuszki. Z państwowego punktu sanitarnego profesora Lotha. Uczucie ogromnej radości napełnia serca. Więc są uratowani!
- Czy możemy stąd wyjść? Czy można przejść bezpiecznie? - Tak, chłopcy są blisko. Niemców nie ma. Natychmiast opatrzymy rannych.
Na korytarzu O. Kisiel spotyka Ojca Mońko. Spoglądają na siebie i jednocześnie wybuchają dzikim, niemal obłąkańczym śmiechem. Są zarośnięci i czarni, na głowach zakrzepła krew, zmieszana z pyłem węglowym. Zbliżają się do pokoju, który stał się zbiorowym grobem Ich braci zakonnych. Ogień jeszcze tli się. Płomienie liżą opalone kikuty rąk, nóg, resztki ubrań... Obydwaj księża klękają. Dziewczęta naglą do wyjścia .
Ocaleni od męczeńskiej śmierci Ojcowie, umyci już i opatrzeni dowiadują, się, że dziewczęta, które ich wyprowadziły, nie są żadnymi sanitariuszkami, że nie ma w pobliżu chłopców z AK i że Niemcy są na dawnych stanowiskach. Dzielne dziewczęta wszystko to wymyśliły, aby ich uspokoić i wyrwać z domu śmierci.
W kilka godzin później ktoś przynosi wiadomość, że Niemcy znów weszli do klasztoru.

JAK NAJDALEJ OD PIEKŁA

Ojcowie Stanisław Jędrusik, Hugon Kwas, Jan Rosiak i Karol Sawicki ukrywają się w składzie drewna. Miejsce to jest mniej bezpieczne niż węglarnia, ale przez okienko łatwiej można wydostać się do ogrodu klasztornego. W domu i ogrodzie od kilku godzin nie słychać ani rozmów niemieckich, ani ukraińskich. Ściemnia się zupełnie. Deszcz jest duży, z dachów z pluskiem spływa woda. Sprzyja to ogromnie ucieczce. O. Sawicki wychodzi z kryjówki, aby zorientować się w sytuacji. Ostrożnie uchyla drzwi. Kłęby gęstego, gryzącego dymu uderzają w usta i oczy. Ojciec widzi złoto-sine płomienie, wydobywające się z pokoju kaźni. Polane benzyną ciała nieszczęsnych ofiar palą się, jak pochodnie. Dreszcz przechodzi go na myśl, co by się stało, gdyby dłużej pozostał w owym pokoju.
O. Sawicki powraca do kryjówki i opowiada o tym, co widział. Przez okienko w ścianie wychodzi znów na dziedziniec, lecz nie może dalej przejść, rozgląda się więc na wszystkie strony, szukając drogi do ucieczki. Nagle z głośnym szczekaniem doskakuje do niego pies Nawrot. Stare, wierne psisko poznaje domownika, łasi się i raduje. O. Sawicki chce zbadać możliwości wyjścia na ulicę św. Andrzeja Boboli. Trzeba przejść obok szopy, przy której pali się silna lampa elektryczna. Ojciec udaje się do sutereny. Przez korytarz pełen gryzącego dymu idzie do pokoju, gdzie znajdują się liczniki i po ciemku wszystko wykręca. W całym budynku gasną żarówki. Ojciec przechodzi obok szopy, w starym parkanie odnajduje furtkę, lecz nie może jej otworzyć; jest mocno zakręcona drutem. Szuka więc w płocie jakiejś luźnej lub wyrwanej deski, lecz na próżno. Powraca do kryjówki. Ojcowie Kwas, Jędrusik i Rosiak oraz kobieta, która w tym domu się schroniła czekają na niego. Wspólnie naradzają się, co robić. O. Sawicki proponuje, aby w tej kryjówce przeczekać kilka dni. O. Rosiak jest stanowczo przeciwny. Argumentuje rzeczowo i przekonująco.
- Niemcy podpalą budynek, a wówczas wszyscy usmażymy się w tej drwalni.
O. Sawicki chciałby dostać się do wsi Skoroszy, gdzie mieszka ich znajomy, pan Boczkowski. Bywał tam często wraz z O. superiorem. Miejscowość ta oddalona jest o dwie lub trzy godziny drogi od Warszawy.
Ojcowie wreszcie decydują się wydostać na pobliskie pola, a następnie schronić się u znajomego ogrodnika.
Wkrótce będzie północ. Wszyscy opuszczają kryjówkę, po ciemku schodzą z sągów drewna na ziemię. Otwierają drewniane drzwiczki w okienku. O. Sawicki wychodzi pierwszy do ogrodu. Na wszelki wypadek bierze siekierę, może się przydać. Zatrzymują się pod parkanem z drucianej siatki, odgradzającym klasztor od ulicy A. Boboli. Co robić? Nagle w ciemności rozlegają się kroki. Od strony Okęcia idzie trzech mężczyzn w kierunku Rakowieckiej. Zapewne powstańcy. Przechodzą obok, nie dostrzegają Ojców. W tym momencie Niemcy rzucają rakietę. Równocześnie na rogu Rakowieckiej i A. Boboli zaczyna terkotać nieprzyjacielski cekaem. Mężczyźni uciekają. Gdyby nie oni wszyscy Ojcowie weszliby na gniazdo cekaemu i zginęli. Bóg nad nimi czuwa. Przypadają do ziemi i leżą bez ruchu. Wiedzą już, że tędy nie uda się im przejść. Idą wzdłuż parkanu, znajdują niższą partię żywopłotu, zarzucają nań worek i tak udaje im się przedostać na drugą stronę. Przypadają znów do ziemi. Nic nie słychać, więc zrywają się i przebiegają przez jezdnię. Niemcy słyszą jednak ich kroki, znowu oświetlają teren rakietą, a cekaem pruje wzdłuż ulicy. Trzej Ojcowie i uciekająca z nimi kobieta układają się w kartoflisku. O. Rosiek nie zdążył przebiec, leży na płytach chodnikowych między trawnikami. Gdy tylko cekaem milknie, Ojciec zrywa się, biegnie kilkanaście kroków i wpada w zagon kartofli. Kierując się słuchem, przyłącza siędo Ojców. Droga jest bardzo uciążliwa i męcząca. Ulewny deszcz pada nieustannie; nogi plączą się w mokrych jarzynach i badylach, ślizgają po błocie. Uciekinierzy idą wzdłuż ogrodów miejskich. Oddalają się od miasta.
- W domu, na Narbutta, zostawiłam bez opieki dzieci. Muszę do nich iść - mówi nagle kobieta.
- Wszystkie ulice obstawione przez Niemców. Wpadnie pani w ich ręce i zginie! - ostrzegają Ojcowie.
- Ja muszę do dzieci...
Żadne argumenty nie zdołają jej przekonać. O. Rosiek daje jej błogosławieństwo. Kobieta ginie w ciemnościach.
Tymczasem skończył się teren miejskich ogródków działkowych, Ojcowie wchodzą na rozległe ścierniska. W ciemnościach majaczą sterty żyta. Zaczyna świtać. Dalsza droga wydaje się niemożliwa. Ojcowie decydują się zagrzebać w stertach, wypocząć nieco i przeczekać cały dzień. Ojcowie Jędrusik i Kwas ukrywają się w jednej stercie, Ojcowie Sawicki i Rosiak w drugiej. Ubrania mają przemoczone, ogarnia ich przejmujący chłód, szczękają zębami. Przywierają ciałem jeden do drugiego. Nieustannie słychać strzały karabinowe, motory samochodów i charakterystyczny chrzęst gąsienic. Ojców zaczynają dręczyć złe myśli, ogarnia ich niepokój. Zapewne Niemcy będą chcieli przeszukać okoliczne pola i stojące na nich sterty. Mogą wtedy puścić czołgi. Z pobliskich stert słychać przytłumiony, astmatyczny kaszel, ktoś tam pewnie ukrywa się przed siepaczami.
W różnych stronach pola rozlegają się strzały, słychać nawet przelatujące kule. Ojcowie głębiej chowają się w stertach. Odnoszą wrażenie, że pociski uderzają już w słomę. Zapewne nieprzyjaciel urządził polowanie na ukrywających się tu mieszkańców stolicy.
Ojcowie czekają z utęsknieniem, aby jak naj prędzej zapadł wieczór. Strzały powoli oddalają się. Przestaje nareszcie padać deszcz i czerwony księżyc wychyla się spoza czarnych, ciężkich chmur. Nad Warszawą wisi krwawa łuna, szaleje kilka wielkich pożarów. Z pobliskich fortów wzbijają się co chwila rakiety, oświetlając teren. Ojcowie decydują się na dalszą ucieczkę. Biorą na ramiona snopki, i pod ich osłoną biegną przez pole. Przy przejściu przez szeroką Aleję Żwirki i Wigury pozostawiają snopki i idą w stronę rysujących się w ciemnościach bloków. Mijają jakieś ogrody, przechodzą przez ogrodzenia, druty i zasieki. Widzą tablice z napisami przestrzegającymi przed wchodzeniem na ten teren. Nie zdają sobie sprawy, czym to grozi i gdzie się znajdują. Bloki domów pozostawiają za sobą; idą wzdłuż jakiegoś wysokiego nasypu. Nie widzą, że to wały fortów. Wszyscy są ogromnie spragnieni. O. Jędrusik radzi, aby wstąpić do najbliższego domu i napić się wody. Wchodzą tam, lecz nikogo nie spotykają, ani nie znajdują wody. Po lewej stronie, przy szosie, stoi samotny domek. Gdy Ojcowie mijają go, w odległości około 60 m rozlega się seria peemu, równocześnie w pobliżu eksploduje granat. Ojcowie rzucają się w bok, przeskakują przez rów pełen wody i ukrywają się w krzakach pomidorów. Ojciec Rosiak wpada do rowu, nie może się wygrzebać, przeciwny brzeg rowu jest stromy, woda chlupocze. Niemiec strzela, pociski przelatują nad głową. Ojciec całym ciałem przywiera do ziemi, chwyta jakieś zielska, wydostaje się na brzeg i ukrywa się w krzakach pomidorów.
Teraz Ojcowie naradzają się nad planem dalszej ucieczki. Przede wszystkim odejść stąd jak najdalej! Postanawiają omijać wszystkie drogi i maszerować na przełaj przez pola. Przechodzą znów przez jakiś rów, przez drogę, tory tramwajowe i wydostają się na rozległe pole kalafiorów. W ciemności rysuje się wzgórze i wysoki komin fabryczny. Ojcowie wchodzą do rowu i brną w ciemnościach przez błoto. Orientują się, że są w pobliżu cegielni. Nasłuchują i obserwują. Widzą jakieś długie, ciemne szopy i mały domek. Od strony pola wchodzą na teren cegielni. Rozlega się szczekanie psa, a z budynku wychodzi starszy mężczyzna, rozgląda się wokoło, po czym wraca do domu. Jeden z Ojców zbliża się i puka do drzwi.
Otwiera im ów mężczyzna, patrzy wylękniony.
- Uchodźcie stąd jak najprędzej! Mój brat wyszedł tylko po wodę do stawu i od razu go ustrzelili!
- Dajcie nam coś zjeść i napić się.
- Chleba nie mam, a woda jest na dole. Radzę wam, idźcie stąd!
- Człowieku, pokażcie nam choć drogę do Skoroszy - prosi O. Sawicki.
- Musicie iść w tym kierunku; przy drodze jest fort, tam są Niemcy. Idźcie na wieś, tam wam dadzą jeść...
Rannego 0. Jędrusika dręczy ogromne pragnienie, idzie nad brzeg glinianki, rękami nabiera wodę i chciwie pije. Ojcowie mijają tory kolejowe i wchodzą na pole. Idą ścieżką wśród łanu owsa. Dalszą drogę przecina im fosa i wysoki nasyp fortu. Nie zdają sobie sprawy z tego, że są na terenie zajętym przez nieprzyjaciela. Naradzają się, jak dalej iść: czy wzdłuż wschodniego wału, czy skręcić na zachód. Wybierają pierwszą drogę. Zaledwie po kilku krokach O. Rosiak dostrzega w odległości kilkunastu metrów samochody niemieckie. Ojcowie orientują się, że nie uda się przejść niepostrzeżenie między owymi samochodami ciężarowymi, a wałem fortecznym, zawracają więc z myślą okrążenia fortu od zachodu. Nagle w ciemności słyszą ostre: halt Rozlega się seria z peemu.
Ojcowie biegną z powrotem. Wystrzelona rakieta zatacza łuk, Ojcowie przypadają do ziemi, a gdy rakieta gaśnie, podrywają się znów, biegną ku zagonowi owsa i kryją się w nim. Tu spostrzegają, że nie ma O. Rosiaka. Cicho nawołują, rozglądając sięna wszystkie strony, ale nikt nie odpowiada. Ojcu Sawickiemu zdaje się, że słyszy rzężenie rannego, czy konającego. Ojcowie w ciemności czynią znak Krzyża świętego i wymawiają słowa Absolucji. Są wstrząśnięciu. Z trudem przechodzą przez nasyp toru kolejowego. Są już u kresu wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Od trzech dni mieli w ustach tylko ziarna owsa. Męczy ich głód, pali pragnienie. Zatrzymują się na niewielkim stoku, tuż przy małym stawku, blisko zagonów dorodnych jarzyn. O. Sawicki wyrywa główki kapusty. O. Jędrusik nie może wytrzymać pragnienia, schodzi więc do stawu, aby zaczerpnąć wody. W ciemnościach majaczy jakiś szałas, czy domek. Kiedy Ojciec zbliża się do brzegu, z owego domku leci seria pocisków. Jednocześnie w górę wylatuje rakieta i po chwili spada, tuż koło głowy Ojca. O. Jędrusik leży bez ruchu. Wreszcie podrywa się i biegnie do miejsca, gdzie oczekują go współtowarzysze. Jest bardzo zmęczony i osłabiony.
- Nie mam sił iść dalej - mówi. - Zostaję.

OCALENIE

Podczas błądzenia w ciemnościach po wertepach i bezdrożach gubi się O. Sawicki. Na nic zdają się jego wysiłki, aby odszukać konfratrów.
Tymczasem ojcowie Kwas i Jędrusik ukrywający się w poletkach owsa i zagonach kartofli i jarzyn, zachodzą w głowę, co mogło się z nim stać. Wiedzą, że chciał się dostać do wsi Skoroszy, gdzie mieszka jego znajomy.
Nad ranem dostrzegają starszego mężczyznę, pasącego konia w bruzdach. Podchodzą do niego ostrożnie. Chłopina patrzy na nich z ogromnym zdziwieniem. Twarze zarośnięte, zapadłe, białka oczu przekrwione, sutanny zniszczone, ze śladami zakrzepłej krwi. Nigdy nie widział w takim stanie księży. Radzi im, aby udali się do samotnego domku w ogrodzie, na skraju Szczęśliwic.
Ojcowie wloką się tam ostatkiem sił. Mieszkańcy przyjmują ich bardzo życzliwie, ale obawiają się, że w razie nadejścia .Niemców księża mogą ściągnąć na nich represje. Najlepiej będzie - uważają - jeśli księża udadzą się do miejscowego sołtysa, człowieka pewnego, który najlepiej poradzi, co mają dalej robić i da im odpowiednie skierowanie.
W czasie drogi przed ojcami wyłania się niespodziewanie niemiecki żołnierz w hełmie i z pistoletem maszynowym gotowym do strzału. Zatrzymuje ich brutalnie. Żąda okazania kennkart. Ojcowie mówią, że wszystkie dokumenty zostały im zabrane. Wzbudzają podejrzenie. Hitlerowiec odgraża się, że ich zastrzeli. Wypytuje ich, skąd tutaj przyszli. Ojcowie zmyślają jakąś historię. W końcu uspakaja się, a Ojcowie oddalają się niepostrzeżenie w stronę domów. Pojawienie się Ojców w zniszczonych zbrukanych krwią sutannach, wywiera ogromne wrażenie na wszystkich ludziach. Patrzą na nich z ogromnym współczuciem i trwogą. Wszystko rozumieją. Dają im jakieś cywilne, poniszczone ubrania, aby się przebrali, nie będą wzbudzać podejrzeń. Radzą im, aby się udali do pobliskiej parafii na Okęciu, gdzie proboszczem jest ks. Sitkowski. Nad ranem Ojcowie dochodzą do plebani. Ksiądz proboszcz przyjmuje ich i otacza opieką. Przebywają tutaj niemal miesiąc, po czym udają się do Zakładu Sióstr w Derbach.

PERYPETIE O. ROSIAKA

A co dzieje się z O. Rosiakiem? Słysząc okrzyk halt i serię z peemu, Ojciec chowa się w zagonie owsa. Pociski, jak ogniste paciorki, przelatują nad jego głową. Ojciec przypada do ziemi. Słyszy za sobą szelest, wydaje mu się, że któryś z Niemców wyruszył za nim w pogoń. Jest przekonany, że trzej Ojcowie, którzy stali na polu, z dala od zagonu owsa, zostali zabici. Utwierdzają go w tym liczne strzały. Robi mu się żal konfratrów, ale nie ma już sił, aby pójść im z pomocą. Leży bez ruchu. Owies na piaskach mazowieckich jest niski i rzadki, ale chyba jest dobrą kryjówką. O. Rosiak pełznie do skraju poletka i zaczyna się rozglądać. Wkoło płaski teren: zagony kapusty, buraków, kartofliska. Postanawia pozostać w zagonie, ale nieco dalej, tam, gdzie owies jest wyższy i bardziej gęsty. Z trawy robi sobie legowisko, układa się i przykrywa naręczem owsa. Od razu zasypia. Nie pamięta, jak długo spał. Budzą go ciepła promienie słońca. Zdejmuje szybko schnące już teraz ubranie. Bielizna i sutanna unurzane w krwi i błocie -- tworzą twardy pancerz. Sierpniowe słońce dopieka coraz mocniej. Ciepło rozchodzi się po całym ciele. Od strony Warszawy słychać strzały. Ojciec postanawia przeczekać tu do wieczora, po czym pójść na zachód od Warszawy, ominąć lotnisko na Bielanach i dojść do Łomianek.
Raz po raz samoloty nieprzyjacielskie przelatują nad zagonem owsa. O. Rosiak zastanawia się, czy piloci go nie widzą; lecą przecież tak nisko.
Słońce schyla się ku zachodowi. O. Rosiak zaczyna odmawiać brewiarz, z którym nigdy się nie rozstaje. Brewiarz jest zbroczony krwią rannego O. Jędrusika. W odległości około 200 metrów Ojciec dostrzega jednopiętrową willę, w ogrodzie wśród wysokich drzew. Nie wiedząc kto ją zajmuje, nie wychyla się poza łan owsa. Nagle dobiegają go z owej willi odgłosy śmiechu dziecięcego i wesołe nawoływania. Ojca ogarnia zdumienie, że jeszcze ktoś może się śmiać, gdy w pobliżu toczy się walka, gdy \v męczarniach giną tysiące mieszkańców stolicy. Postanawia zorientować się, kto zajmuje tę willę. O zmroku wychodzi z owsa i czołga się do zagonu kartofli w pobliżu willi. Widzi wchodzących i wychodzących mężczyzn. Polacy czy Niemcy? Ojciec przysuwa się bliżej, do samego ogrodzenia. Nasłuchuje. Słyszy język polski. Wstaje, obciąga sutannę i zbliża się do furtki. Kołacze do drzwi -- lecz długo nikt nie otwiera. Stuka więc coraz silniej. Wreszcie drzwi otwierają się i wychodzi młoda kobieta. O. Rosiak mówi do niej szeptem:
- Jestem księdzem z Warszawy.
- Proszę, niech ksiądz będzie łaskaw wejść i spocząć.
Ojciec siada za stołem. Po chwili inna, starsza kobieta podaje
mu gorącą kawę, chleb z wędliną. Ojciec jest ogromnie głodny, je jednak powoli; cichym, zmęczonym głosem opowiada bezładnie przeżycia ostatnich. dni. Nikt mu nie przerywa, nikt o nic nie pyta, wszyscy słuchają w jakimś dziwnym skupieniu i ciszy. Może nie wierzą mu, może obawiają się prowokacji.
Jest już późna noc. Gospodyni prowadzi Ojca na górę do pokoju, tutaj znajduje posłanie. Kobieta prosi, by wszystkie swoje rzeczy złożył na progu; wcześnie rano zostaną wyprane. Ojciec momentalnie zasypia. Rano przynoszą mu ciepłą wodę i piżamę. Woda odświeża go. Z apetytem zjada śniadanie. Dowiaduje się, że willa należy do volksedeutschów, którzy przed wybuchem Powstania wyjechali do Reichu, a teraz mieszka tutaj młode małżeństwo, państwo Grzegorczykowie.
Jest sobota. Czwarty dzień Powstania. Nad Warszawą unoszą się ciężkie, czarne chmury, eskadry samolotów rzucają bomby na domy i ulice, nieustannie rozbrzmiewa kanonada artyleryjska. Walki toczą się na pobliskiej Woli. Z płonącego miasta uchodzą rzesze ludności. Niemcy strzelają do uciekających. Mieszkańcy opowiadają wstrząsające historie.
Ojciec poznaje domowników. Wszyscy żyją w trwożliwym oczekiwaniu. Wypatrują, czy nie ukażą się mundury i hełmy niemieckie.
W niedzielę po południu nadchodzi patrol Wehrmachtu; Niemcy chodzą po willach i domach, lecz nikogo nie wyprowadzają. Ledwie ludzie ochłonęli po odwiedzinach patrolu, gdy ukazuje się czołg. Jedzie wśród domów i willi. .
O. Rosiak nie chce przeżywać po raz drugi tego, co już przeszedł. Chce jak najprędzej oddalić się od tego piekła. Mówi pani Grzegorczykowej, że tej nocy pójdzie w dalszą drogę, do Walendowa.
- A co będzie, jeśli Niemcy przyjdą i zapytają o księdza? - Powie pani, że ksiądz był i poszedł.
Pani Grzegorczykowa nie daje się przekonać. Odejście księdza może ich narazić. Domownicy dowiadują się, że w Szczęśliwicach znajduje się komendant niemieckiej wojskowej placówki, z którym można się dogadać. Uradzają, że nazajutrz pani Grzegorczykowa pójdzie do niego i poprosi o przepustkę dla całej swojej rodziny i dla O. Rosiaka.
Rano gospodyni udaje się na posterunek, gdzie oznajmiają jej, że żadnych przepustek nie potrzeba. Należy iść główną drogą, nie trzymać rąk w kieszeni...
W godzinę później O. Rosiak, wraz z rodziną Grzegorczyków, opuszcza Szczęśliwice i przez pola idzie do Walendowa. Uciekinierzy przybywają tam nad wieczorem.

Tymczasem w piwnicy Domu 00. Jezuitów na Rakowieckiej przez trzy dni i trzy noce palą się ciała 35 pomordowanych.
Z rąk siepaczy hitlerowskich śmierć ponieśli kapłani Towarzystwa Jezusowego. Są między nimi: Ojciec superior Edward Kosibowicz, Ojcowie: Zbigniew Grabowski, Herman Lubiński, senior - mający 77 lat, Jan Madaliński, Jan PaweIski, senior
liczący 78 lat, Władysław Wiącek, Henryk Wilczyński, Mieczysław Wróblewski i Franciszek Szymaniak, Braci~ Towarzystwa Jezusowego: Feliks Bujak, Antoni Biegański, Klemens Bobritzki, Józef Fus, Adam Głaudan, 81-letni starzec, Stanisław Orzechowski, Czesław Święcicki i Stanisław Tomaszewski oraz kilkanaście osób świeckich.

(źródło: Stanisław Podlewski "Wierni Bogu i Ojczyźnie")