KULISY PODJĘCIA DECYZJI O WYBUCHU POWSTANIA

Kto miał w domu utajony odbiornik radiowy, to już wieczorem w czwartek 20 lipca 1944 r. dowiedział się o nieudanym zamachu na życie Hitlera. Potwierdziły to nazajutrz poranne gazety niemieckie. Fakt ten zelektryzował nas wszystkich. Oczekiwało się wielkich wydarzeń, bo 18 lipca ruszyła nowa wielka ofensywa sowiecka na Ukrainie i Białej Rusi. W tym okresie miałem dwa razy w tygodniu spotkania z KG AK w czwartki i wtorki, wiec na głębsze zorientowanie się w położeniu mogłem liczyć dopiero we wtorek, a właśnie w dniach 21 - 24 lipca w KG AK zachodziły wydarzenia rozstrzygające o losach nas wszystkich.
21 lipca, po naradzie gen. gen. "Bora", Pełczynskiego i Okulickiego (odbytej bodaj z inicjatywy tego ostatniego), dowódca AK powziął swoją wstępną decyzję, przekazaną tegoż dnia do Londynu. W skrócie treść jej była następująca:
1. Generał ocenia, że na wschodzie Niemcy ponieśli klęskę, rozstrzygającą losy wojny (tu wyszczególnienie głównych faktów na to wskazujących).
2. Fakt zamachu na Hitlera, przy ogólnym aktualnym położeniu wojennym Niemiec, może doprowadzić w każdej chwili do ich załamania się, więc
3. generał melduje, ze wydał "rozkaz stanu czujności do powstania z dniem 25 VII godz. 0.01, nie wstrzymując wykonywania "operacji Burza"".
Była to więc tylko jego decyzja wstępna, wymagająca aprobaty czynnika politycznego.
25 lipca w Londynie Rada Ministrów uchwaliła upoważnienie Delegata Rządu w Kraju do powzięcia każdej decyzji wynikającej z tempa ofensywy sowieckiej, zaś premier Mikołajczyk, 26 lipca, przed swym wyjazdem do Moskwy, polecił ministrowi spraw wewnętrznych nadać do Delegata Rządu depeszę, upoważniającą go do ogłoszenia powstania w momencie przezeń wybranym.
O tym, kiedy treść wstępnej decyzji generała "Bora" została przedstawiona Delegatowi Rządu, świadczy depesza, której nagłówek brzmi:

Kraj nr 1420 22 VII 44.
NW. Przedstawiam do wiadomości - "Lawina" (pseudonim dowódcy AK w korespondencji z Naczelnym Wodzem): Potwierdzenie pisemne oceny położenia w dn. 21 VII 44 i wynikających z niej wniosków - wręczone Pełnomocnikowi Rządu w dn. 22 VII 44.

Tu trzeba podkreślić, że ta depesza nie informuje Naczelnego Wodza o powziętej już wstępnej decyzji walki w Warszawie, gdyż nie uzyskała ona jeszcze aprobaty naczelnego czynnika politycznego w kraju - Pełnomocnika Rządu, natomiast na przekazywaną ocenę położenia składały się tezy o niewątpliwym upadku Niemiec w najbliższym czasie i obowiązku walki z nimi do ostatniej chwili oraz dotyczące sytuacji kraju w momencie wypierania wojsk niemieckich przez nadciągającą armię radziecką. Z tez tych wyprowadzono szereg wniosków politycznych i wojskowych.
22 lipca 1944 r. w Warszawie była widoczna na zewnątrz intensywna, ale planowa ewakuacja personelu urzędów i magazynów niemieckich. Mówiono o paleniu akt w urzędach. Z godziny na godzinę wzrastało zrozumiałe podniecenie społeczeństwa polskiego.
W BIP odbywaliśmy (22 lipca) zwykłą sobotnią odprawę z szefami stołecznego i wojewódzkiego BIP i z redaktorem "Biuletynu Informacyjnego". Ocena położenia doprowadziła nas do decyzji wydania zmniejszonego do 4 stron numeru "BI" jut w poniedziałek (24 lipca) zamiast we czwartek (23 lipca), ale tylko dla Warszawy i województwa warszawskiego, gdyż nie można było zaimprowizować kolportażu do dalszych okręgów. Rozporządzaliśmy wówczas jut tylko jedną, niewielką drukarnią (nr 3 na ul. Dobrej). Dla zwiększenia nakładu numer miał być odbity na dwóch zainstalowanych tam niewielkich maszynach.
Byłem włączony do specjalnej alarmowej sieci łączności kierownictwa. W dniach 21, 22, 23 i 24 lipca nie byłem jednak wzywany na żadne zebranie. Nie wiedziałem nic o decyzjach powziętych 21 lipca i obradach z Delegatem i Komisją Główną Rady Jedności Narodowej, natomiast przez ową sieć alarmową otrzymałem (chyba w niedzielę) "do wiadomości" odpis tego dokumentu wręczonego w sobotę (22 lipca) Delegatowi. Nie zdziwił mnie on wobec tego, co działo się w Warszawie.
W BIP w niedzielę nie odbywaliśmy zwykle żadnych zebrań służbowych, choćby dlatego, ze przy okupacyjnej ciasnocie - my na niższych szczeblach - korzystaliśmy zwykle w tym celu z mieszkań osób pracujących poza domem. W jedynym moim lokalu "czynnym cały tydzień" - sekretariacie, przyjmowałem tylko osoby z najbliższego otoczenia służbowego. Niedzielę poświęcałem więc na pracę osobistą i kontakty prywatne. W niedzielę, 23 lipca, było na co patrzeć na ulicach Warszawy. Ewakuacja administracji niemieckiej przybrała formy paniczne. Przestała wychodzić prasa, zamknięto pocztę, uciekło gestapo. Tego dnia warszawiacy z radością mogli obserwować odwrót resztek rozbitych wojsk. W tłumach obserwujących tę trzydniową już pielgrzymkę słyszało się ciągle pytania: "...na co my jeszcze czekamy?": (znajomi stawiali je w drugiej osobie).
Czy te tłumy były wówczas opanowane, kwestionowaną później przez niektórych, żądzą odwetu? Chyba tak. Kilka lat nań czekano i mówiono o nim. Na pewno zaś nikt przytomny nie mógł dopuścić myśli, by, warszawiacy dali się wypędzić z miasta bez zbrojnego oporu.
Wieczorem tegoż dnia radiostacja moskiewska ogłosiła dekret istniejącej w Warszawie tajnej komunistycznej Krajowej Rady Narodowej o utworzeniu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN) i wydany przezeń "Manifest". To, co w niedzielę widziałem i dowiedziałem się od spotkanych ludzi, kazało mi spodziewać się wezwania służbowego lub otrzymania jakiegoś pisemnego rozkazu, zacząłem więc poniedziałek od zarządzenia w BIP ciągłej gotowości punktów wymiany poczty od rana do wieczora w granicach dozwolonego przez okupanta ruchu ulicznego. Jednak tok mojej pracy nie został niczym zakłócony. O ważnych w tym czasie wydarzeniach dowiedziałem się dopiero z publikacji powojennych. Najdziwniejszą z tych wiadomości był zamieszczony w książce J. Ciechanowskiego Powstanie Warszawskie (Londyn 1971, s. 260) opis ważnego zebrania w lokalu KG AK z moim w nim udziałem, jakoby 22 lipca! Musiała zawieść pamięć jednego ze zbyt licznych informatorów autora, bo opis ten prawie zupełnie pokrywa się z przebiegiem zebrania 25 lipca na ul. Tamka nr 13, a młody, niedoświadczony historyk dawał wiarę każdej relacji.
Dla wyjaśnienia niektórych sprzeczności czy dwuznaczności może być przydatne sprawozdanie szefa sztabu generała Chruściela, podpułkownika dyplomowanego Stanisława Webera, który składał już relację, gdy był jeszcze w Anglii, a po powrocie do kraju, na moją prośbę, by ją powtórzył, choćby w skrócie, pisze m. in.:

Pierwsza połowa lipca. Sowieckie bombardowania Okęcia i okolic Warszawy. Uszkodzono dworce Wileński i Wschodni. W drugiej połowie lipca samoloty sow. ukazywały się w dzień nad Warszawą. 30 i 31 lipca myśliwce sowieckie atakowały bronią pokładową stanowiska niemieckiej OPL na terenie. miasta.
15 lipca "Monter" wydał rozkaz wysunięcia wzdłuż głównych szlaków komunikacyjnych na wschód od Wisły placówek obserwacyjno-wywiadowczych, które przekazywałyby do nas wiadomości o sytuacji na przedpolu. Do komunikacji z nami miały być użyte pociągi, samochody, rowery oraz gońcy. Placówki zaczęły pracę 17 lipca. Zarządził też ściągnięcie do Warszawy wszystkich zrzutów broni i amunicji i rozdzielenie zapasów ich znajdujących się w magazynach okręgowych oraz wysłanie w teren patroli saperskich dla przygotowania dywersji na liniach komunikacyjnych, według uprzednio opracowanego planu, a także wzmocnienie od 25 lipca obsady sieci łączności konspiracyjnej oraz przejęcie nadzoru nad całą łącznością przez okręgowego szefa łączności.
17 lipca odbyła się odprawa wszystkich komendantów obwodów, szefa saperów oraz dowódcy samodzielnego rejonu Okęcie. Na odprawie uzgodniono jeszcze raz zadania poszczególnych jednostek, łączność z Okręgiem, przydział broni i amunicji i rozdział sił saperskich.
18 lipca otrzymaliśmy rozkaz KG zarządzający wzmożony nasłuch radiowy.
21 lipca dca AK zarządził stan czujności do powstania. 25 lipca godz. 0.01. Ma to być wykonane w sposób tajny, ale nie może osłabić gotowości do wykonania "Burzy".
22 lipca po południu Okręg zarządził przejście w stan czujności do powstania od 25 VII godz. 0.01 i przeprowadzenie ostatecznego rozdziału broni i amunicji i dokonał rozdziału sił do walki i zarządził stałe dyżury w sztabach.
25 VII "Monter" na odprawie w KG wysunął wniosek, aby w wypadku powstania zacząć walkę o godz. 17.00, a pod rozkazy Okręgu oddano "Basztę" i "Kedyw" i powiadomiono nas, że m.p, d-cy AK będzie znajdować się w fabryce Kamlera przy ul. Dzielnej. Zarządzono też, że odprawy w KG będą odtąd odbywać się 2 razy dziennie o 9-e j i 17-e j.
W okresie przed powstaniem byłem na odprawie w KG tylko raz: 24 lipca, składałem raport ze stanu liczbowego i wyposażenia w broń i amunicję. W tym raporcie podkreślałem, że możemy walczyć posiadanymi środkami 2, najwyżej 3 dni.
W dniach 21-24 lipca obserwowaliśmy duże nasilenie uciekających rozbitków i niemieckiej ludności osiadłej na terenie Polski. 23 lipca ucieczka przybrała formę paniki.
27 lipca Niemcy ogłosili zarządzenie, że 28-go ma się stawić do robot fortyfikacyjnych 100 000 ludzi z łopatami i kilofami. Ogłoszenie podano przez megafony po południu. Gdy "Monter" dowiedział się o tym po swoim powrocie z KG, wydał o godz. 19-ej rozkaz obwodom miejskim, by na dzień 28 zarządziły ostre pogotowie dla oddziałów, przy czym grupy bojowe miały być rozmieszczone w punktach wyczekiwania. 28 lipca na rozkaz KG pogotowie odwołano o godz. 16.
W nocy 28/29 lipca huk dział wskazywał, że zaczęły się walki o niemiecki przyczółek na Wiśle".

We wtorek, 25 lipca, spiesząc się na godzinę 9.00 na zwykłe tygodniowe zebranie, tym razem na ul. Tamka 13, spodziewałem się tam dowiedzieć, jakie ważne fakty spowodowały wydarzenia obserwowane przez nas w ciągu ostatnich kilku dni. Przed rozstaniem się z sekretarką, która niosła potrzebne mi na zebranie notatki i dokumenty, zarządziłem, by na godzinę 12.00 na wyznaczony w pobliżu punkt dostarczono mi nie tylko, jak zwykle, najświeższy nasz "Dziennik Radiowy", ale także najświeższe wiadomości z miasta. W miejscu zebrania zastałem już generałów Komorowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego. Jak zwykle mieli przyjść około południa Karasiówna i Pluta-Czachowski z pocztą konspiracyjną i radiową. Przywitano mnie wiadomością, że przyjdzie jeszcze pułkownik "Monter" i kilka innych osób. Tymczasem załatwiliśmy kilka drobnych spraw bieżących, a ja zreferowałem stan spraw w BIP. Wiadomości dostarczone mi w południe wskazywały na dalsze zaostrzenie się położenia. Na mieście zaszły już wypadki rabowania w biały dzień niemieckich sklepów i magazynów żywnościowych przez tłum (jak na przykład rabunek sklepu Meinla na placu Narutowicza), krwawo stłumione przez pogotowie policji niemieckiej. W rabunkach brała nawet udział policja "granatowa". Temperatura nastrojów była bliska wrzenia, zbliżał. się wybuch. Wkrótce zjawili się w lokalu szefowie oddziałów sztabu I, II i III, pułkownicy Sanojca, Iranek - Osmecki i Szostak, wreszcie pułkownik Chruściel "Monter". Cel przybycia tych niezwykłych na "tygodniówkach" gości wyszedł na jaw, gdy bodaj sam generał "Bór" wyraził życzenie, by uczestnicy wyrazili pogląd na aktualne położenie (generałowie nie ujawnili, że wstępna decyzja walki w Warszawie już została powzięta i zameldowana rządowi!).
Jeden z pierwszych zabrałem głos. To, co powiedziałem, brzmiało w skrócie tak:
- widzę bliskość nieuchronnej walki o Warszawę, na co czekamy od 1940 r.;
- każdy dzień może przynieść konieczność podjęcia jej; trudność podjęcia tej decyzji polega na tym, że może to się stać o dzień za wcześnie lub za późno;
- jeżeli podejmiemy walkę za wcześnie, to będziemy musieli toczyć ją dłużej, ale jeśli Armia Czerwona opanuje Warszawę bez naszego udziału, to będzie gorzej ze względów politycznych.
Po mnie przemawiali także inni, także z różnymi zastrzeżeniami: "tak - ale". Chyba ostatni przemówił "Monter", i to było najważniejsze. Nie ujawnił, że jest zaskoczony tak postawionym zadaniem, gdyż od pięciu miesięcy przewidywano dla jego Okręgu zadanie raczej drugorzędne w stosunku do "Burzy", za to ujawnił więcej niż skromność posiadanego przez Okręg uzbrojenia i amunicji (tak, jak jego szef sztabu zrobił to w dniu poprzednim w obecności czynników politycznych) i dodał do tego wiadomość o przykrych nowych wydarzeniach: jakiś świeżo przybyły do Warszawy oddział niemiecki zakwaterował się na terenie, gdzie Okręg miał zamaskowany skład 28 000 granatów ręcznych. Inny, mały skład broni, został przez Niemców wykryty. Te jego wyznania wywarły przygnębiające wrażenie, ważniejsze jednak było przedstawienie przez "Montera" wyników jego rozważań co do ustalenia godziny podjęcia walki: w krótkim wywodzie udowodnił, że osiągniecie zaskoczenia Niemców, przy obecnym ich stanie orientowania się w położeniu, możliwe jest tylko w chwili największego osłabienia ich czujności, tj. około godziny 17.00; przy dużym ruchu w mieście najłatwiej jest niepostrzeżenie usadowić się wraz z bronią na stanowiskach wypadowych (ten swój pogląd przedstawił mi już kiedyś w prywatnej rozmowie). Po aprobowaniu tego wniosku przez generałów, w krótkiej wymianie zdań ustalono, że aby zajęcie stanowisk wypadowych mogło być sprawnie wykonane, decyzja podjęcia walki musi zapaść o dobę wcześniej, tj. w przeddzień do godziny 17.00.
Jeszcze przed ustaleniem godziny podjęcia walki generał "Bór" stwierdził, że większość obecnych wypowiedziała się za jej podjęciem, ale nie ma jeszcze podstaw do ustalenia dnia, kiedy ma to nastąpić. Dlatego właśnie ustanowiono dwukrotne w najbliższych dniach spotykanie się o godzinie 9.00 i 17.00 (co zapisał szef sztabu "Montera"). Teraz jednak nastąpił kulminacyjny (dla mnie) moment tego zebrania: generał Pełczyński ujawnił, że na czas walki Komenda Główna umieści się na Woli (a my od pół roku robimy poważne przygotowania na Mokotowie, dobieramy sobie pewne lokale, maskujemy zgromadzony potrzebny sprzęt!). Zabrałem więc głos: przypomniałem, że poprzednio umieszczono tam KG, na uboczu od głównych przelotowych dróg ("osi niemieckiego odwrotu"!), bo bqdzie tam spokojniej, dowodziłem, że Wola, dzielnica miasta najbardziej na zachód położona, będzie najuporczywiej przez Niemców trzymana i najostrzejsze będą o nią walki i KG będzie pracowała pod naciskiem wydarzeń, zaś w aktualnej sytuacji na południu (wielkie przedmoście rosyjskie pod Magnuszewem) stamtąd należy spodziewać się uderzenia i wyjaśnienia sytuacji - także politycznej. Nic to nie pomagało! Uzyskałem tylko zgodę na odłożenie tej decyzji do jutra.
Właściwie nie było warto upierać się przy Mokotowie, bo drukarnia na Odolańskiej już wpadła, a innej tam nie było, ale traciłem przygotowane tam lokale i irytował mnie sam fakt zaskoczenia mnie taką decyzjąi koniecznością przerzucania gdzie indziej ukrytych na Mokotowie zasobów i sprzętu, co było operacją coraz niebezpieczniejszą.
Orientowałem się, że trzeba wykonać jeszcze bardzo wiele pracy organizacyjnej, jeżeli podległy mi aparat ma w sposób planowy wziął udział w walce, która może wybuchnąć lada dzień, przystąpiłem więc do tych przygotowań z całym pośpiechem. Postanowiłem zwołać odprawę nocną szef6w wydziałów, mimo niebezpieczeństwa związanego z pobytem w lokalu kilku nie meldowanych w nim mężczyzn. W ciągu kilku godzin, jakie dzieliły koniec odprawy u dowódcy KG od "godziny policyjnej" (21.00), alarmowo ściągnąłem do sekretariatu na Polnej: Aleksandra Gieysztora ("Borodzicz"), który objął był Wydział Informacji po zamordowanym Makowieckim, Tadeusza Żenczykowskiego ("Kanię") i Jerzego Rutkowskiego ("Kmitę"); wezwanie nie zdążyło dotrzeć do mego zastępcy i szefa Wydziału Propagandy Bieżącej, Tadeusza Wardę -Zagórskiego ("Gromski"). Podczas tego wspólnego noclegu wyjaśniłem obecnym położenie wytworzone przez zaniechanie zamiaru pobytu KG na Mokotowie, oni zaś przemyśleli sobie sprawę przerzutu przygotowań. Ale... dokąd? Rozstrzygnęło to pytanie stwierdzenie Rutkowskiego, że tylko w Śródmieściu można uchwycić odpowiednio wydajne urządzenia drukarskie, których na Woli zupełnie nie ma. Ponieważ było dla mnie jasne, że walkę w Warszawie musi dowodzić komendant tego okręgu, który do tego przygotowuje się od trzech lat, wysnułem z tego wniosek, że powinienem uzyskać nazajutrz zgodę na umieszczenie się przy "Monterze" i z nim ściśle współpracować, zwłaszcza że okręgowy BIP był zupełnie nie przygotowany do samodzielnego działania w tej skali.
Podczas tej narady spożyliśmy przygotowany przez sekretarkę skromny posiłek i odpoczywaliśmy do rana na zawczasu przygotowanych siennikach, rozłożonych na podłodze, obmyślając swoje dalsze działanie. Dzień zacząłem od przedstawienia całej sprawy spóźnionemu Zagórskiemu.
Nasze przygotowywanie się do walki o Warszawę od grudnia 1943 r. pozwoliło teraz szybko dostosować się do zmienionego położenia i zadania. Dzięki temu Rutkowski z łatwością wytypował na główną bazę naszej pracy Drukarnię Polską (Szpitalna 12), dobrze wyposażoną w maszyny, a nieczynną w czasie okupacji, ale - jak się okazało - zdatną do uruchomienia. Przygotował się też do zajęcia kilku innych, czynnych, mniejszych drukarń oraz zakładów pomocniczych. Miał on też nawiązane kontakty osobowe, pozwalające teraz zwerbować fachowców potrzebnych do zwiększenia załóg. Od zimy już skupowaliśmy na czarnym rynku amunicję i bron potrzebne do obrony warsztatów (nasze załogi były przeszkolone do jej użycia, teraz trzeba było zapoznać z nią ludzi zwerbowanych).
Zaszedł wypadek szczególnie dla nas korzystny. Podporucznik rezerwy inż. Stefan Berent, mechanik - specjalista od maszyn drukarskich i jednocześnie współproducent pistoletów maszynowych "Błyskawica" dla AK, mający swój warsztat w pobliżu kościółka na placu Grzybowskim, w końcu lipca utracił kontakt ze swoim odbiorcą, więc oddawał do naszej dyspozycji wszystko, co miał gotowe. Dzięki temu mogliśmy uzbroić dobrze Oddział Osłonowy Zakładów Wydawniczych, który wraz z ich personelem i ochotnikami miał opanować wytypowane zakłady, a następnie w czasie pracy strzec ich oraz składów materiałów (papier, farba drukarska i in.).
Rutkowski zadbał też o stronę bytową personelu Zakładów w czasie walki: chorążemu Aleksandrowi Wąsowskiemu ("Józef") powierzył dział kwatermistrzowski, a więc zakwaterowanie i wyżywienie.
W Wydziale "Kani" prawie wszystkie przygotowania podwydziału "Roj" z pierwszego półrocza 1944 r. znalazły zastosowanie w powstaniu. Przewidziany dla osłaniania w walce organów propagandy uzbrojony pluton "Chwatów" został zestawiony z członków organizacji Związek Odbudowy Rzeczypospolitej (ZOR), która związała się z nami już jesienią 1939 r. Oddział ten odegrał w powstaniu dużą i chlubną rolę. Wydział zorganizował i wyszkolił zespół sprawozdawców wojennych, foto- i kinoreporterów i przygotował dla nich sprzęt, a także wyposażone zespoły do propagandy ulicznej (głośniki, plakatowanie). Miał nawet wytypowane samochody, na których wyruszą one na ulice. Ukoronowaniem tych przygotowań było zbudowane radiostacji fonicznej.
W Wydziale Informacji "Borodzicz" opracował plan rozmieszczenia w różnych częściach miasta odpowiednich placówek, które by regularnie dostarczały nam wiadomości o wydarzeniach wokół każdej z nich. Przebieg wydarzeń sprawił, że sieć ta powstała tylko w Śródmieściu.
Kończąc nasze spotkanie nocne 25/26 lipca zarządziłem, by odtąd szefowie wydziałów zbierali się codziennie około godziny 12.00 i oczekiwali na moje przybycie z nowymi wiadomościami i zarządzeniami.
Zebranie w KG AK 26 lipca na Chłodnej 4 zaczęło się od zapowiedzi generała Pełczynskiego, że spodziewane jest przyjście Delegata Rządu, który chce zaznajomić się z poglądami oficerów sztabu na sytuację. Podczas oczekiwania na Delegata zawiadomił mnie, że utrzymana jest decyzja usadowienia się, KG na Woli, na co ja zameldowałem, że ja tam nie mam żadnej możliwości działania, gdyż nie ma tam żadnej większej drukarni, na której mogłaby oprzeć się praca BIP, i zaproponowałem, że umieszczę się przy kierującym walką "Monterze", a do KG AK przydzielę jako swego przedstawiciela majora Wardejn-Zagórskiego z jedną łączniczką do pomocy. Pełczyński znał Zagórskiego i miał do niego zaufanie, więc zgodził się łatwo. Następstwem tego było, że łączność z KG będę miał przez ośrodek łączności na rogu Okopowej i Żytniej, kierowany przez "Bronkę" (Karasiównę), a mieszczący się w mieszkaniu znanym mi jeszcze jako jeden z lokali Roweckiego. Oczywiście chodziło o zamaskowanie miejsca pobytu kierownictwa powstaniem.
W czasie załatwiania tych spraw z Pełczyńskim grono zebranych powiększyło się o generała Albina Skroczyńskiego (komendanta Obszaru Warszawskiego), pułkownika Janusza Bokszczanina (II zastępcę szefa sztabu), pułkownika Józefa Szostaka i pułkownika Ludwika Muzyczkę. Po przybyciu Delegata i zagajeniu zebrania przez Pełczyńskiego, generał "Bor" wezwał (nie "zażądał" - jak piszą niektórzy) obecnych do wypowiedzenia się o aktualnej możliwości podjęcia walki. Nie podejmuję się przytaczać, co mówił każdy z obecnych, bo już dużo z tego narosło kwasów i zaprzeczeń. Ja powtórzyłem najważniejsze z myśli wypowiedzianych poprzedniego dnia i dodałem jeszcze, że, w związku z koniecznością przeniesienia dokonanych jut na Mokotowie przygotowań materiałowych do Śródmieścia, mogę osiągnąć tam stan gotowości do działania najwcześniej 28 lub 29 lipca. Komuś tylko ta data utrwaliła się w pamięci, z czego wynikła plotka, że "domagałem się" podjęcia walki w tym terminie. Pojawiła się ona nawet w wypowiedziach generała "Bora" w kilka lat po wojnie. Mnie utrwaliła się w pamięci tylko wypowiedz Bokszczanina, że podjęcie przez nas walki powinno nastąpić nie wcześniej, niż "w chwili, gdy artyleria sowiecka rozpocznie przygotowanie ogniowe do uderzenia na pozycje niemieckie!"
Drugi zapamiętany moment z tej "wymiany poglądów" to słuszna interwencja Pełczyńskiego przypominającego, że według obowiązujących u nas zasad dowodzenia, decyzja należy tylko do dowódcy AK, który przed jej powzięciem może wysłuchać poglądu swojego podwładnego, gdy uważa to za potrzebne.
"Monter" był zadowolony z mojej decyzji i ujawnił mi, że początkowe miejsce postoju jego sztabu będzie pomiędzy placem Napoleona (Wareckim) a Marszałkowską. Bardzo mi to odpowiadało, skoro mieliśmy opierać się głównie o drukarnię na Szpitalnej. W następnych spotkaniach sprecyzowaliśmy, że jego sztab usadowi się w hotelu "Victoria" na Jasnej 22, gdzie dla mnie zarezerwują pokój obok jego kwatery.
Prosto z zebrania na Chłodnej udałem się na Filtrową nr 81 (aż dziwne, że dom ten przetrwał do dziś), gdzie w jednym z lokali "Kani" czekali na mnie szefowie wydziałów, z którymi podzieliłem się, wiadomościami o zapadłych decyzjach, po czym omawialiśmy dalsze szczegóły naszych przygotowań, w tym tez rozmieszczenie przez "Borodzicza" jego placówek informacyjnych. Popołudniowe krótkie spotkanie w KG AK nie wniosło nic nowego do naszych przygotowań: ograniczyło się do wymiany nowych informacji, natomiast pod wieczór tegoż dnia dotarł do mnie przysłany przez "Borodzicza" Kazimierz Boczarski ("Rafał") z wnioskiem o wyasygnowanie 25 000 zł na koszty zbudowania kilku krótkofalowych aparatów radiowych dla wyposażenia w nie placówek informacyjnych. Wręczyłem mu odpowiednie zlecenie dla naszej skarbniczki. Aparaty te bardzo się przydały podczas walki.
Na odprawie KG w czwartek, 28 lipca, mieliśmy już wiadomości, że Armia Czerwona zajęła Stanisławów i Lwów, bez oporu przekroczyła Wisłę w pobliżu ujścia Pilicy oraz zajęła rejon Garwolina i że toczą się walki w Siedlcach, niemieckie jednostki zmotoryzowane nadeszły do rejonu Modlin - Młociny, zaś w Skierniewicach i Żyrardowie wyładowuje się dywizja pancerna "Wiking", przez Warszawę przeszła już na wschód - "Hermann Goring", zaś do rejonu Wilanów - Piaseczno nadeszły wycofane z frontu wojska węgierskie, a na przyczółku warszawskim gromadzi się 73 dywizja niemiecka.
Po wymianie wszystkich ważnych wiadomości oceniono, że położenie nie dojrzało do żadnej nowej decyzji, natomiast w BIP rozkolportowaliśmy "Biuletyn Informacyjny" normalnej objętości, lecz postanowiliśmy wydać już w poniedziałek (31 lipca) dodatkowy numer zmniejszony. Omawialiśmy wszystkie zabiegi zmierzające do przyspieszenia naszej gotowości do działania od chwili podjęcia przewidywanej walki.
W mieście - zaszły jednak wydarzenia ważne, ale poza zasięgiem naszej świadomości, a wywołane były one przez fakt, że około godziny 17.00 megafony niemieckie ogłosiły wezwanie, by nazajutrz o godzinie 8 rano 100 000 mieszkańców Warszawy w wieku lat 17 do 65 stawiło się, na sześciu wyznaczonych placach, aby wziąć udział w pracach fortyfikacyjnych.
Ogłoszenie niemieckie pozornie wyglądało na werbunek "ochotników", ale spodziewany brak powodzenia tego apelu mógł pociągnąć za sobą masową brankę siłą, opór przeciw niej i nieobliczalne tego skutki: zdezorganizowanie podejmowanej przez AK planowanej walki.
28 lipca nasze zebranie na ul. Pańskiej 35 rozpoczęło się (jak poprzednio) od wymiany najważniejszych wiadomości o położeniu. Mówiły one o dalszych klęskach niemieckich na froncie wschodnim. w południowej jego części Armia Czerwona przekroczyła San od jego ujścia po Przemyśl. Jej oddziały docierały aż po rejon Otwocka, w Puławach Wisłę przekroczono, a rozpoznania pancerne, wychodzące z przyczółka Magnuszew (przy ujściu Pilicy), zapuszczały się pod Warkę i Grójec.
Niektórzy uczestnicy naszego porannego spotkania na ul. Pańskiej mieli trudności z wydostaniem się z domu, bowiem brama była zablokowana przez uzbrojonych AK-owców, zebranych tam w następstwie alarmowego rozkazu "Montera", zarządzającego stan ostrego pogotowia oddziałów. Sprawa była nader poważna, bo według poprzednich odpowiednich postanowień takie pogotowie musiało zakończyć się podjęciem walki o godzinie 17.00! Natomiast posiadane wiadomości wskazywały, że położenie nie dojrzało jeszcze do tego, więc generał "Bór" nakazał rozładowanie stanu pogotowia, co "Monter" zarządził rozkazem z godziny 16.00, wykonanym rano dnia następnego. Na szczęście fakt zarządzenia pogotowia i odwołania go uszedł uwagi dowództwa niemieckiego, ale musiało to oddziałać ujemnie na psychikę zmobilizowanych oddziałów.
29 lipca zza Wisły dochodziły coraz głośniejsze oznaki toczącej się tam bitwy, nikt w mieście nie wątpił, że front dotarł do Pragi i że lada godzina rozpęta się walka o Warszawę, ale wynik tej bitwy nie był jeszcze jasny.
Podobnie oświetlały sytuację rozgłośnie radiowe. Korespondent "Globe Reutera" z Moskwy donosił: "Jednostki sowieckie napierają na okolice Warszawy. Rozpoczyna się wielka bitwa pod stolicą Polski (...), na płd.-wsch. od Warszawy opór niemiecki wzmaga się wobec zmasowania tam czołgów..."
Położenie było rzeczywiście niejasne i dowódca AK nie miał obrazu sytuacji - tylko własne lotnictwo mogłoby ją oświetlić.
W mieście od rana dokonywane jest "rozładowanie" zbiórek oddziałów AK w lokalach alarmowych, ale w całej Warszawie panuje stan zdenerwowania, wybuchają strzelaniny. W kilku punktach miasta Niemcy natrafili na zbiórki w domach. Po ulicach krążą w dzień i w nocy patrole piesze, zmotoryzowane i pancerne, na skrzyżowaniach Niemcy ustawiają karabiny maszynowe i czołgi. Oczekuje się represji za niestawiennictwo do prac, a odwlekanie represji każe obawiać się, że Warszawa może zostać ewakuowana nagle, pod ogniem zaczynającej się o nią walki.
Poranne zebranie w dowództwie AK zakończyło się stwierdzeniem, że położenie nie dojrzało do działania, natomiast my w BIP nadal wykańczaliśmy nasze przygotowania, co wypełniało mi popołudnie.
Po południu tego dnia miasto zostało zaskoczone pojawieniem się na murach odezwy, w której emerytowany pułkownik Julian Skokowski, w podziemiu dowódca mikroorganizacji PAL, podawał do wiadomości, że dowódca AK uciekł z Warszawy ze swoim sztabem, a on sam obejmuje dowództwo nad wszystkimi oddziałami podziemnymi w Warszawie i ogłasza mobilizację ich do walki z Niemcami, przy czym (widocznie, aby lepiej zastąpić zbiegłego z Warszawy dowódcę AK) podpis swój opatrzył stopniem generała dywizji.
30 lipca - niedziela. Ubiegłej nocy została złamana niemiecka obrona południowej części przedmościa warszawskiego, przy czym nawet dostał się do niewoli dowódca 73 dywizji niemieckiej. Fakty te jednak nie były jeszcze znane w dowództwie AK, przeto nasza prasa nie mogła o nich donieść nawet 31 lipca, choć już odegrały rolę w decyzji ostatecznej.
Wcześnie rano zostałem zaalarmowany wiadomością , że na Jeden z moich lokali (na Złotej 55) zostanie o godzinie 9.00 przyprowadzony zabiegający o pilną rozmowę ze mną tzw. "generał Skała" (major Pieńkoś) z PAL. Ze względu na powagę, sytuacji pospieszyłem na to spotkanie, zaproponowane nie stosowaną u nas drogę: przez gospodynię lokalu. "Generał" był już "pod gazem", a zaproponował mi w imieniu PAL uzgodnienie współdziałania w zbliżającej się nieuchronnie walce o Warszawę. Obiecałem mu dać odpowiedz w tym samym miejscu o godzinie 13.00 i pospieszyłem na odprawę w Komendzie Głównej. Analiza położenia doprowadziła do ustalenia, że nie ma podstaw do podejmowania walki jutro. Kiedy zaś zgłosiłem propozycję "gen. Skały", otrzymałem formalny zakaz ponownego skontaktowania się z nim: po wczorajszej odezwie Skokowskiego podejrzewano możliwość wszelkich podstępów.
W dniu tym rozkolportowaliśmy znowu nadzwyczajny czterostronicowy "Biuletyn Informacyjny". Między innymi donosiliśmy w nim o okolicznościach towarzyszących wyjazdowi Mikołajczyka do Moskwy i łączonych z tym nadziejach. Na odprawie w BIP postanowiliśmy odtąd wydawać "BI" codziennie.
30 lipca prasa okupacyjna przestała wychodzić, natomiast kolportaż naszej odbywał się prawie jawnie, do czego zaangażowano wielu małych gazeciarzy. Tak ludność, jak i okupant, zdradzali podniecenie. Zdarzało się, że samochodowe patrole policji bez powodu otwierały ogień do przechodniów. "Niemcy stosowali coraz ostrzejsze i coraz inne metody śledzenia. Stwierdzono na przykład, że robią zasadzki po bramach tuż przed godziną policyjną i legitymują wszystkich wchodzących. Kto posługiwał się innymi dokumentami osobistymi chodząc po mieście, a innymi na kwaterze (by w razie zatrzymania na mieście nie sypnął lokalu), przeżywał przykre chwile, gdy wracał na noc: mógł być mimowolnie zasypany przez każdego mieszkańca domu. Trzeba było przerywać pracę wcześniej".
31 lipca na porannym zebraniu w KG AK z analizy wymienionych jak zwykle najświeższych wiadomości wyciągnięto wniosek, że nie ma podstawy do powzięcia decyzji co do podjęcia walki nazajutrz i nawet, ze nie jest to prawdopodobne w dniu następnym. Następstwem tego było m, in., że szef sztabu "Montera" zarządził późniejsze niż zwykle rozpoczęcie działania lokalu okręgowej poczty wewnętrznej, co 1 sierpnia odbiło się fatalnie na przekazywaniu rozkazów, tym bardziej iż 31 lipca Niemcy zarządzili przyspieszenie zakazu ruchu ulicznego ("godzina policyjna") z godziny 21.00 na 20.00. W związku z tą zmianą idąc około godziny 19.00 z mojego lokalu służbowego (Polna 46 D) na nocleg do cichego pokoju (ul. Wielka 5) spotkałem na rogu ul. Pięknej generała Okulickiego, który widocznie tez miał nocować gdzieś blisko. Zaskoczył mnie on wiadomością, że po południu zapadła, decyzja podjęcia walki już nazajutrz (1 sierpnia) o godzinie 17.00. Natychmiast wróciłem na Polną do sekretariatu, by wydać odpowiednie rozkazy i tam po kilku minutach dotarła do mnie łączniczka z pisemnym rozkazem alarmowym, potwierdzającym to, co mówił Okulicki. Łatwo można sobie wyobrazić, jaki musiało to wywołać zamęt w sieci łączności Komendy Głównej i Okręgu Stołecznego.
1 sierpnia - wtorek. Ponieważ decyzja została już powzięta, przeto poranna odprawa 1 sierpnia miała dość formalny charakter: sprawdzanie, czy dotarły rozkazy, wymiana ostatnich wiadomości, ostatnie zlecenia, ustalanie sposobu porozumiewania się, podanie swoich pierwszych adresów itp. Reszta - to aż do godziny "W" przeżycia czysto osobiste. Historyka może jeszcze zainteresować fakt, że Delegat Rządu dopiero o godzinie 13.00 podał do wiadomości Krajowej Radzie Ministrów, że o godzinie 17.00 zaczyna się walka, że on sam z przewodniczącym RJN i sekretarzem umieszczą się przy dowódcy AK, a "władzę cywilną" przekazuje swemu pierwszemu zastępcy. Wszystko to wywołało w Krajowej Radzie Ministrów zdumienie i konsternację.
Wynikiem takiej łączności i metody porozumiewania się było, że np. dyrektor Departamentu Informacji wyruszył "na bój" tylko z wiecznym piórem w kieszeni i potem domagał się wszystkiego od AK, co było powodem niejednego tarcia i zatargu. Ponadto dało to asumpt do szeptania po kątach, że AK umyślnie nie zawiadomiła Delegatury, bo chciała uchwycić władzę, cywilną
Co do mnie, to około godziny 16.00 znalazłem się z grupą najbliższych współpracowników przy ul. Jasnej 22 w mieszkaniu nr 21, sąsiadującym przez schody z kwaterą "Montera". Na wspomnianą grupę współpracowników podległych mojej sekretarce i kierowniczce łączności wewnętrznej BIP, Irenie Piaseckiej ("Elżbieta"), składała się grupa łączniczek i dobrze uzbrojony patrol czterech chłopców, z których jeden był siostrzeńcem "Elżbiety", osieroconym Jut w wyniku terroru okupanta (dowódca patrolu miał pseudonim "Skora"). Patrol obsadził bramę domu, łączniczki zakwaterowały się w mieszkaniu. Wspomniany wyżej Oddział Osłonowy Drukarń, wzmocniony ich personelem i napływającymi przez poufne kontakty ochotnikami, usadowił się na stanowiskach wyjściowych do uderzenia na potrzebne nam budynki i na panujący nad placem Napoleona (dawny Warecki) główny urząd pocztowy.

Źródło: wspomnienia płk. Jana Rzepeckiego szefa Biura Informacji i Propagandy KG AK

gen Tadeusz Komorowski "Bór

gen . Antoni Chruściel "Monter"

gen. Leopold Okulicki "Niedziadek"

gen Tadeusz Pełczyński "Grzegorz"

płk. Iranek Osmecki "Makary"

płk. Jan Rzepecki "Prezes"