ZBOBYCIE KOŚCIOŁA ŚW. KRZYŻA I KOMENDY POLICJI
NA KRAKOWSKIM PRZEDMIEŚCIU 23.08.1944 r.



Godz. 0.00 - dla kompanii "Lewar" zaczęło się pogotowie bojowe - zgodnie z planem operacyjnym. Łączniczka "Irena" odprawiła wszystkie wolne od służby kobiety do blokowania telefonicznej łączności między naszym kwartałem a resztą miasta. Jednocześnie do kompanii przybyły z Obwodu Śródmieście dwa patrole minerskie (4 żołnierzy) oraz obsługi dwóch piatów (4 żołnierzy). Sprawdziłem ich wyposażenie.

Godz. 0.05 - skontaktowałem zgłaszającego się pchor.. "Kuźmę" z patrolem minerskim. Szybko uzgodnili: średnice ładunków wybuchowych są prawidłowe, detonatory do odpalenia na odległość - gotowe. Pchor.. "Kuźmie" - dowódcy pomocniczego uderzenia zaskakującego na Komendę Policji, dałem kartę - rozkaz - (wszystko jasne, panie poruczniku).
Godz. 0.10 - pod opiekę przybyłego sierż. "Hefa" oddałem drugi patrol minerski: dwie minerki i grubawego mężczyznę w mundurze, chyba oficera. Ładunki i detonatory mieli prawidłowe.
Godz. 0.15 - zgłosili się por. "Lech" i por. "Czarny" z grupy ubezpieczenia
ul. Traugutta. Przekazałem każdemu piata z 5 nabojami, jego obsługę oraz kartę - rozkaz. Nie było pytań. Por. "Lech" miał z magazynu odebrać resztę broni przydzielonej placówce "Stolarza" (przede wszystkim rkm z amunicją), por. "Czarny" miał już wszystko.
Godz. 0.50 - wysłałem łączniczkę z prośbą do por. "Harnasia", żeby od godziny pierwszej zluzował "lewarczyków" na posterunkach Czackiego 12, 14, 16.
Godz. 0.55 - zgłaszającym się rtm. "Edycie", por. "Lelkowi" i sierż "Hefowi" poleciłem przystąpić do tworzenia grup uderzeniowych. Grupy te miały składać się z żołnierzy zluzowanych z posterunków na ul. Czackiego (z ex-placówki kpt. Reżanowicza). Trzeba było dopełnić nimi grupę szturmową sierż "Hefa", utworzyć grupy rtm. "Edyty" i por. "Lelka", następnie pobrać z magazynu kompanii przewidzianą broń, amunicję, granaty i butelki. Poleciłem, żeby podczas przemieszczania każdej grupy (wtedy i później, podczas ataku) wszyscy żołnierze mieli buty owinięte w szmaty.
Godz. 1.00 - zgłosili się wezwani na krótką odprawę kpt. "Zawierucha" i por. "Lech" (odpowiedzialni za obronność ul. Traugutta). Por. "Lech" zameldował, że broń i amunicja zostały rozdane. Ponadto KKO obsadziła już kompania "Genowefa" z oddziału por. "Harnasia", która po powrocie ze Śródmieścia zachodniego zakwaterowała się w tym punkcie zaporowym. Oprócz obrony KKO wzmocni ona posterunki w sąsiednich budynkach. Żołnierze mjr Dowoyno włączą się do obrony ulicy gdy "harnasiowcy" obsadzą posterunki Czackiego 12, 14, 16.
Poprosiłem kpt. "Zawieruchę" i por. "Lecha", żeby przeszli wzdłuż całej ul. Traugutta - od styku z Mazowiecką do Krakowskiego Przedmieścia - kolejno stawiając w stan pogotowia wszystkie punkty zaporowe (Bank Handlowy, KKO, placówkę "Stolarza") i posterunki między nimi. Żeby sprawdzali przydatność stanowisk do obrony, gdzie trzeba wprowadzili poprawki. Szczególnie trafnie należało dobrać stanowiska (także rezerwowe, zwłaszcza dla rkm i piata) na najbardziej zagrożonej placówce" Stolarza". Prosiłem, żeby przypomnieć por. "Czarnemu" w Banku Handlowym o nakazie wspierania placówki "Stolarza" ogniem rkm i piata.
Te ostatnie godziny przed atakiem przypominały wprawianie w ruch złożonej machiny. Poszczególne tryby tej machiny tworzyli ludzie. I od zgodności w czasie wielu ludzkich poczynań zależało, czy tryby te zazębią się ze sobą - czy machina zaistnieje jako całość. Czy potrafi skutecznie wykonać to, co zostało jej zadane.

"Stolarz" wspomina, że przed godziną drugą do placówki zaczęli przybywać żołnierze z zadaniem wzmocnienia jej obrony. Najpierw kpt. Reżanowicz z "Bałtykiem", "Gromem", "Cieniem" (czy coś się święci, panie kapitanie? Chyba tak, ale nie wiem, co?), potem dalsi żołnierze.
Swoich chłopców, obsługi piata i rkm, "Stolarz" miał prawidłowo rozstawionych do obrony przed atakiem od Krakowskiego Przedmieścia. Uzgodnili - plut. "Stolarz" z por. "Lechem" i kpt. Reżanowiczem - że trzeba wzmocnić obsadę ogniową na pierwszym piętrze. Kapitan z chłopcami zaczął to realizować. Tymczasem przybył kpr. pchor.. "Dybicz" z kompanii "Genowefa" z dwoma żołnierzami, potem dalsi. Placówka rosła z minuty na minutę. Zagęszczały się stanowiska ogniowe. "Stolarz" był już pewien: coś się zacznie.
"Skok", jeden z najmłodszych żołnierzy kompanii, wspomina, że od godz. 200 stał na posterunku przy ul. Traugutta. Noc była pełna napięcia. Pełne pogotowie bojowe. W ciszy przechodziły skupione grupy uzbrojonych "lewarczyków". Instynkt podpowiadał: zanosi się na coś poważnego.

Godz. 1.30 - przyszedł mjr "Wola", wyznaczony przez ppłk. "Radwana" dowódca całości ataku. Miał przyjść później, ale widocznie chciał sprawdzić przebieg przygotowań w kompanii "Lewar" (wszystko zgodnie z planem operacyjnym, panie majorze. Dziękuję za wcześniejsze przysłanie minerów i piatów z obsługami - są już przy właściwych pododdziałach). Stanowisko dowodzenia majora miało być w domu Czackiego 14, przy oddziale por. "Harnasia", Informację, gdzie aktualnie major jest, można było uzyskać od jednej z łączniczek dyżurujących w bramie tego domu. (Czy łączniczki są już na miejscu? Niewykluczone, że tak, panie majorze, ale według planu odesłanie łączniczek nastąpi ~za pięć minut. Teraz jest godz. 1.55).
Godz. 2.00 - zgłaszającej się "Grażynie" (komendantce służb kobiecych) wręczyłem kartę - rozkaz zawierającą wykaz łączniczek i sanitariuszek; należało odesłać je do poszczegó1nych pododdziałów. "Grażyna" odmeldowała się (wszystko jasne, panie poruczniku, łączniczki pana majora są już pod Czackiego 14), a major zapytał: co pan jej wręczył? Pokazałem odbitkę.
Godz. 2.05 - zameldował się zziajany kpt. "Zawierucha" (panie, majorze, czy mogę zwrócić się do por. "Lewara"?): ubezpieczenie ul. Traugutta jest w pełnym pogotowiu bojowym! Podziękowałem i przypomniałem: stan istotnego zagrożenia naszej obrony natychmiast meldować mjr "Woli".
Godz. 2.10 - zgłosili się dowódcy grup uderzeniowych: rtm. "Edyta", por. "Lelek", sierż. "Hef', podchorąży z kompanii "Grażyna" (od por. "Harnasia") oraz por. "Zabawa". Zameldowali gotowość swoich pododdziałów (wszystko przygotowane, panie poruczniku, do szmat na butach włącznie). Ponieważ tylko podchorąży nie znał swoich zadań, dałem mu kartę. Nie miał pytań. Zatem główne zaskakujące uderzenie na kościół św. Krzyża było gotowe do uruchomienia!
Godz. 2.20 - pchor.. "Kuźma", dowódca pomocniczego uderzenia zaskakującego na Komendę Policji, zameldował gotowość do walki. Przypomniałem: ma czekać na rozkaz mjr "Woli" albo mój.
W tym czasie major przeglądał odbitki kart, dotyczących poszczególnych pododdziałów "może sprawdzał ich zgodność z planem operacyjnym? (Dlaczego, panie poruczniku, wręczył pan kartę tylko jednemu z czterech dowódców grup? - Pozostali trzej, panie majorze, są zorientowani w całości akcji, nie puszczą "pary z ust", a karty otrzymali wcześniej).
Godz. 2.25 - dowódca sekcji podpalaczy zgłosił gotowość. Poleciłem czekać na rozkaz. Kilka minut później mjr "Wola" odszedł na ul. Czackiego: przygotowanie ataku, panie poruczniku, zostało dobrze pomyślane i wykonane. Powodzenia!
Zostałem z por. "Zabawą", ktorego wcześniej zatrzymałem przy sobie (w czasie natarcia miał być pod ręką i czekać na zlecenia). Cała złożona machina ataku na kościół św. Krzyża i Komendę Policji prawie została wprawiona w ruch. Pozostało dojście na podstawy wyjściowe: oddziału por. "Harnasia" oraz grupy głównego uderzenia zaskakującego kompanii "Lewar". Nad zajęciem stanowisk ogniowych przy ul. Czackiego, a następnie nad pozorowaniem bezpośredniego ataku na księżówkę" czuwali por. "Harnaś" i mjr "Wola". Grupę głównego zaskakującego uderzenia na kościół św. Krzyża poprowadzić miałem ja, z por. "Zabawą" do ewentualnej pomocy. Zdawałem sobie sprawę, jako autor planu całości ataku. że powodzenie tego ataku zależy od powodzenia uderzenia na kościół (samodzielne atakowanie "księżówki" musiałoby być bardzo krwawe i nie wiadomo czy skuteczne). Dlatego przecież. zamiast całością akcji, wolałem dowodzić uderzeniem. od którego zależało bardzo dużo.
Godz. 3.30 - oczekiwanie. W domach na ul. Czackiego - żołnierze por. "Harnasia". na starannie wybranych. wygodnych stanowiskach, z bronią gotową do prowadzenia ostrzału "księżówki". W podziemiu Traugutta l - moi żołnierze. Ściśnięci, w egipskich ciemnościach, w zatęchłym powietrzu. pogrążeni w szeptach - napięta atmosfera przed uderzeniem na kościół św. Krzyża. Obowiązuje zakaz palenia. Co chwila przytłumiam nasilające się szepty.
- Panie poruczniku. która godzina? - tylko ja mam zegarek z nafosforyzowanymi wskazówkami.
- Jeszcze nie.
Powracają szepty: że można się udusić. śmierdzi stęchlizną... ktoś wyszedłby "na stronę" a po coś żarł i pił przed atakiem? W razie postrzału w brzuch pojedziesz do Bozi. nie od kuli. a od zakażenia...
Podchodzą "Edyta" i "Hef" jak może być w kościele?
- Dobrze. będzie 30. może 35 Niemców. Nas idzie do ataku 80. Wystarczy wam?
- E, my ich wygnieciemy butami!
Wracają. Słyszę szept "Hefa": wygnieciemy Niemców butami w całym kościele. Tylko mocno ich lać. od pierwszego zderzenia!
- Która godzina. panie poruczniku?
- Jeszcze trzy minuty.

Zapada zupełna cisza. Za chwilę PIERWSZA FAZA ATAKU.



SZKIC 1 - I i II faza ataku na kościół św. Krzyża i Komendę Policji.

b - prześwit bramy wjazdowej
c - furtka na posesję kościoła
d - drzwi do zakrystii
e - kaplica MBCz
f - drzwi z kapl. MBCz na dziedziniec komendy
g - wejście do księżówki z dziedz. komendy
h - księżówka
Faza I - "Lewar" głównym uderzeniem zaskakującym atakuje i zdobywa kościół św. Krzyża.
faza II - "Lewar" przeprowadza swoją grupę szturmową z kościoła do księżówki (
h), opanowuje przedsionek i podziemie; "Harnaś" wybija otwór w murze (i) i atakuje parter księżówki (h) przez ogródek przykościelny



Godz. 4.00 - czy to już? za moment? Zagrała powstańcza broń ręczna i maszynowa. Jak wyreżyserowane odezwały się niemieckie ckm-y i pm-y. Żołnierze por. "Harnasia" ostrzeliwali "księżówkę". Niemcy z "księżówki" i Komendy Policji odstrzeliwali się. Z sekundy na sekundę nabierało siły wzajemne wiązanie się ogniem.
- Drabinki pod wyjścia! Wyłazić szybko. Ustawiać się w wyznaczonej kolejności!
- "Zabawa" prowadzi!
Nie trzeba było nikogo zachęcać. Piwnica pustoszała. Amunicyjny grupy szturmowej. "Morski". miał najtrudniej: z chlebakiem pełnym granatów na jednym. chlebakiem z butelkami samozapalającymi na drugim ramieniu... Pomysłowy chłopak. szczęśliwie przebrnął przez piwniczne okno. a ja spojrzałem na zegarek: wychodzenie osiemdziesięciu żołnierzy na pozycje wyjściowe trwało sześć minut.
- Szybko! Na pana kolej! Niech rusza minerka wysadzać furtkę!
Rozkaz ten jakby zawisł w powietrzu. Oprócz mnie w podziemiu został patrol minerski. A tu nagle piwnicą wstrząsnął huk silnego wybuchu. Nie od razu było wiadomo, że pchor.. "Glinka" z grupy szturmowej zdetonował wiązkę granatów, że próbował otworzyć furtkę w murze pod którym niecierpliwiła się cała grupa szturmowa.
Po chwili w moim polu widzenia w piwnicznym oknie zabłysła niemiecka rakieta. Niedaleko odezwał się terkot niemieckiej broni maszynowej.
- Na co pan czeka do jasnej cholery!
Dowódca patrolu minerskiego nadal nie miał ani krzty ducha bojowego. Spojrzałem na jego podwładne, dwie młodziutkie dziewczyny. Były zdenerwowane, ale nie ze strachu.
Młodsza z nich zerwała się:
- Ja idę!
Zanim podbiegła pod furtkę, zręcznie wdrapała się po drabince, włożyła krzyżak z plastikiem za okno, potem sama...

"Dzidek" wspomina, że wszyscy się skulili. Rąbnęło tak, że dachówka z pobliskiego ganku posypała się im na głowy. Na szczęście nie z wysoka. Skoczyli w dym zmieszany z ceglastym pyłem, po omacku szukając drzwi do zakrystii. Były to ciężkie, dębowe, okute drzwi.

- Furtka wywalona! Drzwi do zakrystii zamknięte !
W piwnicznym oknie zobaczyłem nogi, potem całą postać wracającej minerki. W jej głosie uchwyciłem nutkę żołnierskiej satysfakcji. Zamknięte? - pomyślałem - czyżby Niemcy byli uprzedzeni?
- Idziemy - zwróciłem się do drugiej dziewczyny. Szybko wyłożyła krzyżak z ładunkiem wybuchowym na zewnątrz, prześlizgnęła się przez okno. Jej bezpośredni dowódca pozostał w podziemiu. Nie zwracałem na niego uwagi. Tylko pokonując drabinkę pomyślałem: gdybym wcześniej wyszedł, kto wydałby rozkaz dziewczętom? Co byłoby, gdyby patrol minerski nie wykonał zadania?
... chłopcy ujrzawszy krzyżak na drzwiach odskoczyli w bezpieczne miejsce. Za sekundę odskoczyła minerka. Błysk j silny wybuch wywołał grad spadających cegieł i kawałów tynku z drewnem. Grupa szturmowa sierż. "Hefa" piorunem zaczęła się wdzierać do zakrystii. Nikt do nich nie strzelał!
Niemcy nie usłyszeli wybuchu, który otworzył nam drogę; uszedł ich uwadze pośród licznych wybuchów granatów i gwałtownej strzelaniny od ul. Czackiego!! Tymczasem do zakrystii wbiegali już chłopcy rtm. "Edyty". W gotowości czekała grupa por. "Lelka" i drużyna z kompanii "Grażyna".

Pchor.. "Norski", dowódca jednej z dwu drużyn grupy szturmowej wspomina, że wbiegł do wnętrza kościoła razem z "Edkiem l" (Edward Kalita), "Gralem", "Krótkim" i "Dzidziusiem". Strzelali w ciemność i w kurzawę zakrystii, w której jak się okazało nie było Niemców. Wpadli do nawy. Ostrzeliwali gęsto ławki kościelne oraz chór posuwając się od Wielkiego Ołtarza ku drzwiom na Krakowskie Przedmieście. Za ich plecami przybywało atakujących. Ogień powstańczy gęstniał. W ciemności mieszał się z niemieckim. Mieszały się wybuchy granatów. Jedynie błyski strzałów orientowały, gdzie powstańcy, gdzie Niemcy.
W pewnej chwili w prawym rzędzie ławek licząc od Wielkiego Ołtarza zamigotała jakaś wysoka postać. "Norski" dopadł do niej: to był Niemiec z podniesionymi rękami. Błagał o litość: ich bin Wehnnacht, Wehrmacht!! "Norski" pchnął go ku naszemu chłopcu bez broni, a ten przystawiwszy Niemcowi palec do pleców odprowadził go do zakrystii.
Opór Niemców, coraz bardziej spychanych do drzwi wyjściowych na Krakowskie Przedmieście, narastał. Ogień z ich pm-ów i rkm-ów był bardziej gęsty. Rzucali trzonkowe granaty, które koziołkowały i wybuchały na lub między ławkami z lewej strony nawy. Z chóru dudnił rkm, którego ogień zwalczali żołnierze rtm. "Edyty".

"Piorun" wspomina, że był nieco z boku linii ognia rkm-u, który dokuczliwie strzelał na lewą stronę nawy. W błysku strzałów "Piorun" dostrzegł długą lufę. Upewnił się, że dwa cienie obok to Niemcy. Odbezpieczył granat i rzucił.
Rkm zamilkł (potem dostał się w nasze ręce), ale w tym momencie za plecami grupy szturmowej nieoczekiwanie zaczęły rozlegać się strzały. W ciemności przerywanej krótkimi błyskami trudno było ocenić, co się dzieje. Wiadomo było: grupa szturmowa napiera na Niemców w lewym rogu nawy, grupa rtm. "Edyty"
zwalcza niemiecki ogień z chóru. Ale te strzały z tyłu?
Chwilową konsternację przerwał por. "Lewar" wyjaśniając, że to drużyna z kompanii "Genowefa" toruje sobie drogę do kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiel3.
Był jeszcze drugi moment chwilowego zaskoczenia: powstała luka w naszym ogniu po lewej stronie nawy. Aby ją wyrównać przybiegł sierż. "Her' z kilkoma żołnierzami. Ich broń i granaty obezwładniły Niemców, coraz bardziej wciśniętych w lewy róg nawy przy drzwiach wyjściowych na Krakowskie Przedmieście.
A powód tej ogniowej luki był następujący: grupa por. "Lelka" dotarła do włazu i zaczęła zapadać w podziemie.

Posuwałem się z por. "Zabawą" za nacierającymi chłopcami. Obserwowałem jak walczą: wszystko przebiegało prawidłowo i nie było żadnej potrzeby mojej ingerencji. Właśnie sierż. "Hef' z kilkoma żołnierzami z pasją wzmacniał atak z lewej strony nawy. Jednocześnie żołnierze rtm. "Edyty" przyśpieszali natarcie.

Zaginali jego prawe skrzydło, żeby szybciej dostać się pod chór, szybciej uniknąć grozy niemieckiego rkm-u strzelającego z chóru.
Widząc to zwróciłem się do por. "Zabawy":
- No, to kościół św. Krzyża jest już nasz!
- Jeszcze tego nie widzę!?
- Ogarnij, człowieku, całość sytuacji: od strony Wielkiego Ołtarza - cicho, kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej - w naszych rękach, podziemie - zajęte przez por. "Lelka" i jego żołnierzy. A w nawie pozostały dwa ogniska walki o lewą jej stronę i o chór.
Nie brałem bezpośredniego udziału w walce. Nie mogłem brać. Zabraniały tego zasady walki (wyłączenie dowódcy może pociągnąć fatalne następstwa). Czujnie ogarniałem całość ataku.
Kilku chłopców "Edyty" nie zdążyło, a może nie chciało schronić się pod chór. Prowadzili wymianę ognia. Zza filarów wychylali czapki nadziane na lufy pm-ów. Niemcy z chóru kilka razy ostrzelali te czapki; ostrożnie! Niemcy z chóru widzą co się dzieje w nawie!
Z kolei Niemcy stłoczeni przy drzwiach wyjściowych na Krakowskie Przedmieście (tych bliżej Uniwersytetu, z lewej strony nawy) bronili się zajadle. Wykorzystywali zgęszczenie filarów zaczynające się tam, gdzie kończyły się ławki kościelne. Walili seriami w każde miejsce, w którym pojawiły się ogniki powstańczych strzałów.
Chłopcy "Hefa" po oddaniu strzałów przesuwali się momentalnie w lewo i w prawo. Niemcy ostrzeliwali pustą przestrzeń, a wtedy nasi chłopcy wychylali się z bezpieczniejszych miejsc i walili w błyski niemieckiego ognia. Szła sztuka wojowania przeciw sztuce wojowania.
Rozwój sytuacji przyśpieszyły granaty rzucane z naszej strony w miejsca ogników broni maszynowej. Po każdych dwóch, trzech wybuchach chłopcy napierali zduszonych Niemców i przyciskali ich do drzwi wyjściowych na Krakowskie Przedmieście. Do drzwi w których Niemcy wybili otwór wyjściowy. Początkowo nie wiedzieliśmy o tym.
Do otworu ustawiła się kolejka walczących. W ciemnościach nie było rozeznania, kto jest kim54. Trzech walczących zaczęło bezceremonialnie przeciskać się. Dwu zdążyło wyskoczyć, trzeciego rąbnął "Siwek" z pistoletu. Zorientował się, że tak bezczelnie mogą pchać się tylko Niemcy. Potem nie mógł przeboleć: pozwolił uciec dwu pierwszym i to z bronią...
Ten trzeci Niemiec trzymał w ręku granat. "Hef" natychmiast zorientował się.
- Nu. mamy dużo szczęścia. Ten granat miał powstrzymać pościg. To był granat dla nas...
Kilku chłopców jeszcze wyskoczyło przez otwór w drzwiach. na zaplecze figury Chrystusa dźwigającego krzyż. Po Niemcach ani śladu. Została tylko niska barykada w poprzek Krakowskiego Przedmieścia. barykada łącząca kościół św. Krzyża z Uniwersytetem .
Na dworze zaczęło świtać. Jednocześnie rozpoczęliśmy oczyszczanie nawy. I Niemcy wyczołgiwali się z ławek kościelnych prawie pod pistolet maszynowy I "Dzidka". Jeden. drugi - podnosili ręce do góry. Byli równie przestraszeni jak I zdumieni: poddali się szesnastoletniemu chłopcu. Obaj z "Zabawą" widzieliśmy tę scenę dokładnie. Kiwnąłem na jeńców palcem. Podeszli z rękami w górze. Ustawiłem ich twarzą do ściany zakrystii i tak zostawiłem. Było wiadomo - nie uciekną. Płakali i prosili o darowanie życia.
A w nawie trwała jeszcze walka o chór. Widziałem. jak "Dzidek" rzucił granat zaczepny. Nastąpił wybuch na górze. ale Niemcy nadal strzelali. "Dzidek" rzucił granat obronny. ale odbił się o balustradę chóru i wybuchł między ławkami.
Nagle Niemcy przestali strzelać. "Gral" powoli wysunął zza kolumny furażerkę założoną na stena. Cisza. "Edek I" zaczął coś krzyczeć, nie wiadomo co. Dookoła wszyscy byli ogłuszeni wybuchami. "Edek I" podbiegł i jeszcze raz krzyknął "Dzidkowi" w ucho - Uciekli na wieżę!
Chłopcy lekko odprężyli się. Część z nich przywarta do kolumn jeszcze spoglądała na chór, gotowa w każdej chwili otworzyć ogień, ale pozostali ciekawie rozglądali się. Z lewej strony nawy leżały trzy niemieckie trupy, z prawej strony jeden, przy wejściu do kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej jeszcze jeden. Aha! Przy wyjściu na Krakowskie Przedmieście jeszcze jeden, w mundurze Wehrmachtu...
- Nu, co macie takie niewyraźne miny, ha? - spytał "Hef" - przecież kościół już zdobyty?
- Tak, ale nam chodzi o co innego. Tyle było strzelaniny, taka walka i tylko sześciu zabitych Niemców? Tylko dwu jeńców?
- To już wyjaśnione. razem z por. "Lewarem" stwierdziliśmy, że Niemcy uciekli na teren Uniwersytetu. Ot i wszystko.

Włączyłem się do rozmowy, żeby oderwać chłopców od tego, co było. ku temu. co ma być: najważniejsze przygotować się do następnej fazy ataku. Zacząć od oczyszczenia kościoła z Niemców.



Poleciłem "Hefowi" zbadać chór i wieże i poszedłem do "Edyty" dopilnować ubezpieczenia kościoła. Wróg mógł zechcieć wrócić tą drogą, którą uciekł.
Skrupulatny "Edyta" już podzielił swoich dwudziestu chłopców na dwie podgrupy. Sześciu poszło w stronę placówki "Stolarza" zamykać dojście do zakrystii drogą przez wypalone gruzy Traugutta 1. Czternastu zostało w kościele do obrony drzwi wyjściowych na Krakowskie Przedmieście.
W międzyczasie chłopcy "Hefa" stanęli przy wejściu na chór, tym z lewej strony nawy. Rozważali: jak włazić po wąskiej spirali schodów? Przecież Niemcy, żywi czy zabici, byli na górze! Wreszcie ruszył "Dzidek" z "Gralem". Wejściem z prawej strony nawy szedł "Edek I" i "Norski". Wszyscy opowiadali potem, że mieli pietra. Co parę stopni oddawali krótką serię i zanim poszli dalej uważnie nadsłuchiwali. Na chórze znaleźli stanowisko ogniowe zrobione ze sprzętu kościelnego, zapasową lufę i masę łusek po nabojach z rkm-u.
- Zostawimy ich na wieży? A może jest tylko jeden? - spytał "Edek I"
a zresztą, jeden czy dwu Niemców to dla nas żadne niebezpieczeństwo...
- Ale ich rkm przydałby się, nie? - "Dzidek" zdecydował, że wejdzie na lewą wieżę, tę bliżej Uniwersytetu.

"Dzidek" wspomina napięcie, z jakim włazili na kręcone schody wieży: on, a za nim drugi ochotnik. Broń gotowa do strzału. Strach podchodził do gardła. Obaj dławili go wysiłkiem woli. Wreszcie osiągają szczyt. Niemców nie było. Na sąsiedniej, prawej wieży też nie widać nikogo. Spojrzeli w dół: na Krakowskim Przedmieściu stał czołg "pantera". Manewrował lufą. Do kogo zamierzał strzelać? "Dzidek" i ten drugi zeszli na chór. Nie było tu żadnego z naszych. Zeszli więc do nawy pozostawiając prawą wieżę kościoła, tę od strony Komendy Policji, nie zbadaną.

Godz. 6.30 - PIERWSZA FAZA ATAKU ZREALIZOWANA.

Kościół św. Krzyża zdobyty! Bez własnych strat ani w zabitych, ani w rannych!! Opłacił się trud wnikliwego planowania całej akcji!! Piszę meldunek do mjr "Woli":

"Kościół opanowany. Godzina pół do siódmej. Rozpoczynam przygotowanie do ataku na "księżówkę". Lewar."

Wysyłam łączniczkę: Marię Fisz, jak podpowiada Zofia Książek.

Dowódca placówki Traugutta 3/5, plut. "Stolarz" wspomina, że około godz. 410, parę minut po wybuchu rozpoczynającym atak na kościół, placówka została ostrzelana z karabinów maszynowych. Strzelali Niemcy z okien pierwszego piętra pałacu Raczyńskich. Pałacu, który stał po przeciwnej stronie ul. Traugutta w odległości 13 - 15 m.
"Stolarz" chwycił rkm. Doskakiwał do jednego, to do drugiego otworu strzelniczego i oddawał krótkie serie w poszczególne okna. Niemcy nie byli widoczni, strzelali z głębi pokojów, tylko ogniki błyskały w ich oknach. Dlatego ogień "Stolarza" i jego żołnierzy nie mógł być celny. Sugerował jednak, że powstańcy mają dużą siłę.
Z kolei nie jest wykluczone, że Niemcy - słysząc gęstą wymianę strzałów i wybuchy granatów od ul. Czackiego - trochę obawiali się ataku powstańczą siłą żywą. Ustawicznie ostrzeliwali placówkę "Stolarza". Sami nie próbowali atakować. Zresztą ich atak na wprost przez wysokie sztachety żelaznego płotu między pałacem a ulicą był raczej niemożliwy. Przez jakiś czas trwała wymiana ognia między Niemcami z pałacu a żołnierzami "Stolarza". Potem Niemcom znudziło się. Przerwali ogień, my też. Podjęli ogień, my też. I tak kilka razy. Chłopcy "Stolarza" wrócili na swoje początkowe stanowiska ogniowe. Na około godzinę zapanował względny spokój.

Zdawałem sobie sprawę, że to, do czego mieliśmy za kilka chwil przystąpić, było najtrudniejszą i najbardziej niebezpieczną fazą całej akcji zdobywania Komendy Policji. Jako autor planu całej akcji, musiałem sobie z tego zdawać sprawę.
Stąd też moja dbałość o zapewnienie - ewentualnego - jak najbezpieczniejszego odwrotu. Poleciłem "Edycie" zawalić różnym sprzętem kościelnym, zabarykadować drzwi wyjściowe na Krakowskie Przedmieście.
Poszedłem do drużyny z kompanii "Grażyna", która obsadzała kaplicę Matki Boskiej Częstochowskiej. Dotychczas kaplica nie była obiektem zainteresowania Niemców. I bardzo dobrze, bo niemieckie możliwości niepokojenia kościoła od tej strony także były poważne.
- A gdzie drzwi zza Wielkiego Ołtarza do "księżówki"? - spytałem dowódcę drużyny.
- Panie poruczniku! Trzech moich chłopców szukało ich, ale nic z tego! Tu nie ma żadnych drzwi!
- Nie ma drzwi... - powtórzyłem machinalnie - myśląc: to katastrofa... katastrofa dla realizacji planu... i dla całej grupy uderzenia zaskakującego. Jesteśmy w zdobytym kościele jak w pułapce. Niemcy mogą łatwo uderzyć ze wszystkich stron: ci z Uniwersytetu mogą zaatakować drzwi od Krakowskiego Przedmieścia, ci z komendy i Mittelwache mogą zaatakować kaplicę Matki Boskiej Częstochowskiej, ci z "księżówki" mogą zaatakować zakrystię... Gdy minie zaskoczenie nasząakcją (tej rozwój właśnie został zatrzymany) okrążą nas i wybiją wszystkich... Wyjrzałem przez jedno, potem drugie okno na dziedziniec Komendy Policji.
Upewniłem się, że nasz atak z kaplicy na dziedziniec, a potem do głównego budynku, nie miał szans. Musiałby załamać się pod granatami, pod krzyżowym ogniem km-ów z głównego budynku Komendy i z podziemia Mittelwache (budynku leżącego 8 - 10 m od drzwi kaplicy). Przy tym wielu powstańców musiałoby paść... A przecież czułem się odpowiedzialny za zdobycie komendy, czyli za wykonanie zadania oraz za życie podległych mi powstańców. Tak, z takiego ataku musiałem zrezygnować.
Zwróciłem się do drużyny z kompanii "Grażyna":
- Zmieńcie się, chłopcy, w strzelców wyborowych. Strzelajcie tylko wtedy, gdy strzał może być celny. Musicie onieśmielić Niemców w zabudowaniach komendy, żeby piechotą nie odważyli się zaatakować.
Był to półśrodek rozwiązania powstałej sytuacji, ale tylko taki znalazłem. Odchodząc z kaplicy dodałem:
- A skoro nie ma tamtych drzwi, muszę znaleźć nowe podejście do ataku na "księżówkę".

Chciałem sprawdzić jeszcze - po drzwiach na Krakowskie Przedmieście i po kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej - nasze ubezpieczenie od strony furtki i zakrystii, tj, od strony ulicy Traugutta. Idąc tam ciągle intensywnie myślałem: co dalej? Mimo tak precyzyjnego planu ataku na Komendę Policji stanąłem wobec konieczności improwizacji! Dałem wiarę informacjom Musiałka (syna kościelnego) o drzwiach za Wielkim Ołtarzem. Informacjom, których nie mogłem przecież sprawdzić. I gdzie teraz szukać nowego podejścia do ataku na "księżówkę"? A mjr "Wola" dlaczego nie atakuje "księżówki"? Przecież z mojego meldunku wie, że kościół zdobyliśmy. - A jeśli tego meldunku nie otrzymał? Wszystko mogło się zdarzyć.
Napisałem drugi:

"Kościół zdobyty o godz. 6.30 - o czym meldowałem. Nie ma drzwi za Ołtarzem i nie ma możliwości zaatakowania "księżówki" od wnętrza kościoła. "Lewar" godz. 7.30."

Wysłałem go przez drugą łączniczkę, pseudonimu nie pamiętam.
Zgłosił się por. "Zabawa" z informacją, że rtm. "Edyta" umocnił już drzwi na Krakowskie Przedmieście. Zabarykadował czym tylko mógł i obstawił swoimi żołnierzami. . To dobrze! Musimy bezwarunkowo utrzymać kościół! Ale teraz "Zabawa" zacznij rozpytywać księży czy istnieje jakieś przejście z wnętrza kościoła do "księżówki". W tej chwili jest to dla nas sprawą zasadniczą!

Plut. "Stolarz" wspomina okrzyk: czołg od Krakowskiego Przedmieścia! W biegu machinalnie spojrzał na zegarek - była ósma dziesięć. Po chwili stał przy podnoszącym alarm "Bałtyku" (Bolesław Rzepko): to co toczyło się w stronę placówki Traugutta 3/5 było za małe na czołg. "Stolarz" polecił, żeby nie strzelać. Przecież tego dnia "Krybar" miał zaatakować Uniwersytet swoim oddziałem pancernym; taką wiadomość przekazał kpt. "Zawierucha". Na placówce wszyscy od kilku godzin nasłuchiwali odgłosów strzelaniny od Uniwersytetu. Wtedy wydawało się, że to "Kubuś" toczy się ku nam od Krakowskiego Przedmieścia. Że daje znak rozpoczęcia zapowiedzianego ataku. Ciekawe jak on wygląda? Ten "Kubuś", "cud powstańczej techniki"?! powstaniec obsługujący piata zdjął palec z języka spustowego i podniósł głowę. A sanitariuszka "Stasia" wracająca do kościoła po dalszych rannych głośno wyrażała wątpliwości: nie wyglądało jej to na powstańczy czołg...
Tymczasem "cud powstańczej techniki" szybko toczący się środkiem ul. Traugutta gwałtownie skręcił w stronę placówki i natychmiast nastąpiła potworna eksplozja. Szarpnęło budynkiem. Oderwany z sufitu tynk, potłuczone szyby okienne, meble, kawałki cegieł - to wszystko zwaliło się na "Stolarza" i jego żołnierzy. Podmuch powietrza zrzucił ich do piwnicy oszołomionych. Nie wiadomo, czy po wybuchu Niemcy z pałacu Raczyńskich ostrzeliwali ich placówkę. Wszyscy chwilowo ogłuchli. Na szczęście ani jedna butelka z benzyną nie stłukła się. Inaczej spaliliby się przed odzyskaniem równowagi psychicznej.


Po drodze do zakrystii dostrzegłem dwu wziętych do niewoli Niemców. To byli ci, którzy poddali się w nawie. Może znają jakieś przejście? Kazałem im opuścić ręce, odwrócić się od ściany twarzą do mnie. Jeden z nich stanął na baczność, miał drżący głos.
- Czy wy nas rozstrzelacie?
Nie wiem, co wyczytał w moich oczach. Szybko wyciągnął z zanadrza portfel, fotografie:
- To moja żona, a to dzieci. Muszę dla nich żyć!
Trzęsły mu się ręce, drżały wargi. Poleciały łzy po policzku.
- Kto ty jesteś?
- Willi... żołnierz Wehrmachtu. To moja książeczka wojskowa.
Błagalnie patrząc oczekiwał wyroku. Wiedział, co zrobiliby Niemcy w podobnej sytuacji. Im bardziej widział siebie w świetle mentalności niemieckich żandarmów i gestapowców, tym bardziej miał prawo przeżywać nawet zwierzęcy strach. - A ty? - zwróciłem się do drugiego.
Nie mówiąc nic podał książeczkę wojskową. Był żandarmem. To uprościło sprawę. Zabrali go chłopcy, a Willego wziąłem ze sobą. Powiedziałem mu, że nie mordujemy Niemców. Jesteśmy żołnierzami, nie bandytami. Ponieważ on jest żołnierzem i jeńcem wojennym, nic mu nie grozi.
- Przepraszam. Mówili nam, że rozstrzeliwujecie każdego Niemca wziętego do niewoli. Jakże nas bałamucili. Tacy nie mogą zwyciężać. - Ja panu powiem, jaką i gdzie mają rozstawioną broń...
- A wiesz, którędy można przejść z kościoła do domu, w którym mieszkają księża?
- Nie, tego nie wiem. Przysłano nas tu dopiero wczoraj rano.
Oddałem Willego pod opiekę najbliższych, nieuzbrojonych chłopców. Przedtem wysłuchałem informacji o rozstawieniu broni. Chłopcom powiedziałem, żeby nie robili mu krzywdy. To wehrmachtowiec.
Dotarłem do zakrystii. Chciałem sprawdzić, jak wygląda ubezpieczenie kościoła od strony furtki i wysadzonych przez nas drzwi. Tędy weszliśmy do kościoła i tylko tą drogą można było utrzymywać łączność z kwartałem.
Zauważyłem kilku żołnierzy z grupy szturmowej. To "Hef" wzmocnił ubezpieczenie kościoła od zakrystii. Chciał podtrzymać dyscyplinę w swojej grupie. Wytrąceni z ferworu walki żołnierze zaczęli odczuwać zmęczenie, senność, a nawet głód.

"Norski" wspomina, że na posterunku w zakrystii kpr. pchor.. "Glinka" przypalał sobie rękę papierosem. Tak bronił się przed naporem senności. Chłopcy wyczuwali, że "coś się zacięło". Niecierpliwili się.

Stanąłem w wysadzonych drzwiach zakrystii, po przeciwległej stronie kościoła niż kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej. W tym momencie trzech żołnierzy z drużyny kompanii "Grażyna" na własną rękę zaatakowało "księżówkę". Wypadli z zakrystii na wąski 1,5 m odstęp między masywem kościoła a murem oddzielającym posesje: kościelną i Traugutta 1. Zapewne chcieli ten odstęp przeskoczyć i ruszyć na tyły "księżówki". Nie zachowali niezbędnej ostrożności, nie sprawdzili (np. wystawiając czapkę na lufie) czy odstęp jest pod niemieckim ogniem dozorującym. Ruszyli śmiało w ten otwór, prosto na serię niemieckiej broni maszynowej. Po chwili wszyscy trzej zostali wciągnięci do zakrystii. Dwu leżało na podłodze. Trzeci był posadzony, oparty o ścianę. Na wargach miał krwistą pianę, jego płuca były kilka razy przestrzelone.

Sanitariuszka "Stasia" wspomina, że brała udział w przenoszeniu tych trzech chłopców do szpitala przy Czackiego 3/5. Dźwigała tego z przestrzelonymi płucami. Dr Sitkowski zajął się natychmiast rannymi. Jeden z ciężkim postrzałem miednicy krwawił tak bardzo, że krew przeciekała przez materac na podłogę. Ten z przestrzelonymi płucami krzyczał: ja chcę żyć! dajcie znać mojej dziewczynie, z którą mam wziąć ślub! ja się duszę! Sanitariuszki przysunęły bliżej niego wiatraczek, żeby miał więcej powietrza. Wkrótce obaj zmarli, ciała ich zabrali koledzy z kompanii "Grażyna".
"Stasia" ruszyła do kościoła św. Krzyża, ale dotarła tylko do placówki "Stolarza (przy Traugutta 3/5). Dalej nie można było przejść, placówkę atakowali Niemcy.

Dochodziła godz. 8.00. Przez półtorej godziny nic się nie działo: my nie mogliśmy atakować z kościoła, mjr "Wola" nie atakował z Czackiego. Wezwałem por. "Zabawę":
- No jak?
- Niestety, żaden ksiądz nie zna takiego przejścia. Znają tylko zewnętrzne: z zakrystii obok muru, potem chodnikiem na zapleczu kościoła albo przez dziedziniec Komendy.
Powiedziałem, że oba nie nadają się do ataku na "księżówkę". I żeby szybko sprowadził "Edytę".
Rtm. "Edyta" nadbiegł z informacją, że Niemcy wyprowadzają czołgi z terenu Uniwersytetu. Coś się będzie działo.
- "Edyta", jesteś doświadczonym żołnierzem. Masz tu trzeci meldunek o zdobyciu kościoła, a drugi o naszej niemożności zaatakowania "księżówki". Przekazałem rotmistrzowi swoje niepokoje: dwa meldunki wysłane, mjr "Wola" nie reaguje, nie przejawia inicjatywy. A przecież ogień niemiecki z "księżówki" skierowany na domy Czackiego 14 i 16 stał się słabszy, bardziej chaotyczny. To dla majora także był jakiś sygnał.
Niepokój mój wzmagał się. Czułem, że trzeba zwiększyć czujność. Poleciłem "Zabawie" - w zastępstwie "Edyty" - strzec bezpieczeństwa kościoła. Sam nadal usiłowałem znaleźć wyjście z sytuacji.
Wtedy właśnie podbiegł do mnie ksiądz Czapla. Widocznie księża przekazywali sobie pytanie, które zadałem im za pośrednictwem por. "Zabawy", bo usłyszałem: - Czy to pan poszukuje przejścia z wnętrza kościoła do "księżówki"? Zdążyłem odpowiedzieć:
- Tak, ja. I to bardzo pilnie!
Jednocześnie dostrzegłem wracającego "Edytę". Miał siną twarz, utkaną drobnymi kamykami i lekko krwawiącą.

"Stolarz" wspomina dalej, że pomyłka wiele kosztowała obrońców punktu zaporowego przy Traugutta 3/5: zrujnowanie części stanowisk ogniowych, zerwanie klatki schodowej, powstanie wyrwy w parterze budynku, która odsłoniła wiszące w powietrzu pierwsze piętro. W sumie techniczne osłabienie placówki... ... ponadto jeden z powstańców stracił wzrok. Sanitariuszka "Stasia" doznała ciężkiego uderzenia w głowę...
A przecież goliata można było rozwalić! W bezpiecznej odległości! I nawet narobić szkody Niemcom w pałacu Raczyńskich...
Początkowo nie przeszkadzali oni odbudowywać zrujnowanych stanowisk ogniowych. Przycichli. Była godz. 815. Ale gdy "Stolarz" podszedł do ściany, przy której było stanowisko piata - z pałacu Raczyńskich zerwała się lawina strzałów.
Może Niemcy zorientowali się, że żyjemy? Ocenili, że możemy być groźni? Bo do strony ul. Czackiego dobiegały wciąż odgłosy broni palnej i wybuchów granatów.
W lawinie strzałów, która zasypywała placówkę "Stolarz" dostrzegł zgęszczenie strzałów skierowanych na okienka włazowe do podziemi Traugutta 1. Na te okienka, którymi przeszło główne uderzenie zaskakujące na kościół św. Krzyża.
"Stolarzowi" wydawało się, że w jednym okienku zamajaczyła twarz
rtm. "Edyty". Nie mógł tego sprawdzić, bo któryś z chłopców krzyknął: Tygrysy i piechota niemiecka walą na nas!

- Na placówce "Stolarza" wre ciężka walka - wykrztusił "Edyta". Dodał po chwili, że meldunek przerzucił. Gdy czynił to (rzucał papier owinięty na kamieniu i okręcony sznurkiem), otwór wyjściowy z podziemi Traugutta 1 zasypała fala ognia niemieckich ckm-ów. Odpryski muru uderzyły "Edytę" w twarz. Chyba dostał też w prawą rękę. Był już ranny i nie widział, czy nasi podjęli meldunek.
Oceniłem, że Niemcy rozpoczynają kontrakcję. Zatem najbliższe godziny przyniosą rozstrzygnięcie.
Utrzymanie kościoła, zachowanie przy życiu przynajmniej dużej części nas, czy oddanie kościoła Niemcom i śmierć całej grupy uderzenia zaskakującego!
Zwróciłem się do księdza Czapli:
- A jak jest z tym przejściem?
- Jest takie przejście, ale bardzo niewygodne. W podziemiu kościoła można wejść pod kaloryfery, które ciągną się na długości 15 - 20 m. Spod kaloryferów wyszłoby się do przedsionka "księżówki". Stamtąd jest wejście do podziemi "księżówki" albo na parter i piętra. Ja panów zaprowadzę...

Niemal równocześnie z atakiem na placówkę Traugutta 3/5 zaczęli Niemcy kontratak na kościół św. Krzyża. Ośmieliła ich nasza przymusowa bierność. Około godz. 8.50 czołg "Pantera" ustawił się na Krakowskim Przedmieściu na wprost drzwi wejściowych i zaczął strzelać do wnętrza kościoła.



Pierwszy pocisk wybił dwa filarki w betonowej balustradzie obok figury Chrystusa dźwigającego krzyż.
Poniósł ku Wielkiemu Ołtarzowi kawałki ławek kościelnych, którymi były zatarasowane drzwi. Rozbił duży żyrandol, którego odłamki skaleczyły kilka osób...
Drugi pocisk, lecąc początkowo tym samym torem jak poprzedni, zapalił loggię na wysokości piętra: z prawej strony, gdy stoi się twarzą do Wielkiego Ołtarza. Trochę wcześniej "Hef" podciągnął swoich chłopców (z grupy szturmowej kompanii) bliżej ostrzeliwanych drzwi, żeby zatrzymać ewentualny atak piechoty niemieckiej.

"Norski" wspomina, że, ściągnięty z wieży, ubezpieczał w tym momencie wielkie drzwi od Krakowskiego Przedmieścia. Leżał na posadzce trzymając mpi gotowy do strzału. Nagle jakaś siła zaczęła przesuwać go w głąb kościoła. Usłyszał huk wystrzału z działa. Zobaczył palącą się loggię. Do gaszenia momentalnie rzucił się któryś z żołnierzy oraz sanitariuszka czy łączniczka. Po chwili na górę wbiegł jeszcze jeden powstaniec - wszyscy z kompanii "Lewar". Wspólnymi siłami zaczęli wygaszać ogień na drewnianych częściach loggii. "Norski" nie pamięta, kto podjął walkę z "Panterą", ale wie, że czołg został zapalony. Któryś z "lewarczyków" wyskoczył z kościoła i obrzucił czołg butelkami.

Wezwałem "Hefa", żeby zebrał grupę szturmową. Następnie przywołałem "Edytę", "Hefa" i "Zabawę".
- Przystępujemy do drugiej fazy ataku. Do zdobywania "księżówki".
- Ty, "Edyta", bronisz kościoła. Na pewien czas, oprócz swoich dwudziestu, dostaniesz dwudziestu chłopców "Hefa". Razem z Tobą współdowodzić nimi będzie por. "Zabawa". - "Hef" zabiera dziesięciu, razem z księdzem i ze mną idzie do podziemia kościoła.
Mówiłem jeszcze, że "Zabawa" chwilowo idzie z nami, żeby wiedział którędy i jak przechodzi się do "księżówki". Potem wraca i wzmacnia obronę kościoła. Ale gdy żołnierz zostawiony przy włazie do przejścia da znać - "Zabawa" zabiera tych dwudziestu chłopców "Hefa" i natychmiast śpieszy zasilić nas w "księżówce". Bez względu na stan walki o kościół!
- Pamiętajcie, że zdobycie "księżówki" może stać się jedynym ratunkiem i drogą wycofania, gdyby Niemcy zdołali nas wyprzeć z kościoła. Jasne? - Jasne!
Grupa szturmowa czekała. "Her" wymienił kilka pseudonimów, ale zaraz zgłosiło się dużo więcej ochotników.
- Taż, was za dużo. Nie mogę teraz wszystkich zabrać - "Hef" , będący jak ojciec dla swoich chłopców, poczuł się zakłopotany. W końcu wybrał "Dzidka", "Glinkę", "Norskiego", "Edka I" i jeszcze dwu.
Wreszcie przejęty ks. Czapla prowadził nas do podziemia. Słyszeliśmy skłębione szepty kobiet, dzieci, starców. Siedzieli na swych tobołkach. Niespokojnym wzrokiem patrzyli na nas. Ja spoglądałem w stronę okienek od Komendy Policji. Chłopcy "Lelka", którzy mieli odcinać wszelką pomoc z komendy dla Niemców zwalczanych w kościele - czuwali. "Lelek" trzymał pm w garści. Wymieniliśmy wymowne spojrzenia. Zorientował się, że zaczynamy. Krzyknął:
- To dobrze. Nie mamy dużo amunicji!

Chciałem odpowiedzieć, ale wyprzedził mnie ks. Czapla. Wskazał na spody zwisających kaloryferów:
- Powodzenia. To tu.

Pod kaloryferami ciągnęła się wąska szpara, wysoka na 35 - 45 cm. Nie było to żadne przejście. Spojrzałem na żołnierzy. Mieli speszone miny. Kiwali głowami.
- No, chłopcy! - Nie kiwać głowami, to nic nie da. Idziemy przebijać jedyną drogę odwrotu, gdyby Niemcy zdołali złamać opór "Stolarza" i opór "Edyty" w kościele!
Poleciłem "Zabawie" odmaszerować do kościoła. "Hefowi" - wyznaczyć czterech, którzy pójdą z nami. Reszta miała zostać przy kaloryferach.
- Ci, którzy idą - odsunąć granaty na boki i czołgać się za mną! Rozległy się głosy (panie poruczniku, my to jeszcze, ale sierżant "Hef"...), jak "Hef" będzie czołgać się z tym swoim długim karabinem zawiązywanym chustką do nosa. - Rzeczywiście, nie lepiej, żebyś wziął pm od któregoś z chłopców?
Ale "Hef" nie dał sobie wytłumaczyć (... prawda, karabin długi i przewiązywany chustką, inaczej cały zamek na mordę wyrzuca, ale nie ma bardziej celnego...)
Położyłem się na posadzce. Pod spodami kaloryferów ciemności niesamowite. Dobrze, że miałem latarkę, wydzielała prąd dzięki wewnętrznemu urządzeniu trącemu. Mogłem jako tako oświetlać drogę, ale nie. tylko.
- Ma któryś z was latarkę elektryczną?
Jeden miał. Poleciłem mu położyć się i patrzeć za nami.
- Gdy zobaczysz mój błysk, odpowiesz swoim. To zapewni nam łączność świetlną.
Powoli ruszyłem w tę ciasną dziurę. Za mną: "Hef', "Dzidek", "Norski" , "Glinka", "Edek I".
Światło z podziemia kościoła znikło, ogarnęła nas ciemność. I odgłosy szurania ciał. Posuwaliśmy się ku paszczy lwa. Ku tajemnicy, która czekała po drugiej stronie.

"Stolarz" wspomina. że żołnierz obsługujący piata przyłożył się i oddał strzał. Z Krakowskiego Przedmieścia wychodziła niemiecka piechota, prowadziły ją dwa czołgi typu "Tygrys". Jaki był skutek strzału - tego nie dostrzegł ani "Stolarz", ani piacista, ani nikt z ich otoczenia. bo prawie równocześnie pocisk z "tygrysa" rąbnął w pierwsze piętro placówki Traugutta 3/5.
Wiszące w powietrzu piętro zaczęło się osuwać. Strop zarwał się nad głowami "Stolarza" i jego żołnierzy. Przywaliły ich gruzy. Gwałtowny podmuch zepchnął pół piętra niżej, do wejścia na nieistniejącą klatkę schodową.
Okazało się, że byli tu już zrzuceni z pierwszego piętra kpt Reżanowicz i kilku jego żołnierzy.
"Stolarz" który przetarł piekące oczy i zaniewidział, z nosa i uszu uderzyła mu krew - zaczął wołać kpt. Reżanowicza. pchor.. "Fabińskiego" (Jerzy Wasilewski) i pchor.. "Orlicza" (Jerzy Gzowski). Wzywał ich, żeby natychmiast rozkazywali otwarcie silnego ognia na piechotę wroga. Każdemu, kto jeszcze widzi.
Zaczął narastać wzajemny ostrzał. Nasi chłopcy wygrzebywali się z gruzów.
Piechota niemiecka kurczowo chowała się po kątach, jakby nie miała oparcia w dwu czołgach.
Piat wprawdzie nie dawał się wyciągnąć z gruzów. Obsługujący żołnierz nie mógł doprowadzić go do pełnej sprawności. Ale tymczasem piechotę wroga chronił tylko jeden czołg. Drugi zniknął z pola widzenia żołnierzy "Stolarza",
To była mała ochrona. W dodatku ten jeden czołg wycofywał się! I to niemo! Bez jednego strzału z działa!!
Chłopcy "Stolarza" tłumaczyli sobie, że widocznie ostrzał piacisty nie rozwalił "Tygrysa", ale "wybił mu zęby".
Ostatecznie atak dwu czołgów i piechoty został odparty. Ustało śmiertelne zagrożenie głównego uderzenia zaskakującego walczącego wewnątrz kościoła św. Krzyża.
"Bałtyk" wspomina i utrzymuje, że to nie strzał z działa czołgowego, ale podrzucona pomarańczowo-zielona mina rozbiła wiszące piętro placówki. Wtedy rzuciło "Bałtyka" na kolana.
Kurz zatkał oczy i nos, zalepił usta. Na wyczucie doczołgał się do drewnianych schodów. Nagle razem z innymi zaczął spadać na półpiętro; naruszone schody nie wytrzymały ciężaru. Od siły wybuchu "Bałtyk" ogłuchł. Podobnie inni. Ten z obsługi piata widocznie stracił wzrok, bo idąc wyciągał ręce, badał, czy może zrobić krok...

Wznoszone tumany kurzu, od lat nakładającego się warstwami, zatykały dech, zalepiały oczy: zdawało się, że tracimy wzrok. Granaty przy wczołgiwaniu pod kaloryfery rozsunięte na plecy, zsuwały się na boki, podłaziły pod brzuch.
A czołgać się trzeba było w zupełnym przypłaszczeniu do posadzki. Zdecydowałem się na króciutki odpoczynek. Potem dwa błyski do tyłu. Widać było mleczną zawiesinę i to tylko na odległość 2 - 3 m. Wypatrywałem jakiejś odpowiedzi. Miałem wrażenie jakby w ciemności ktoś rozlewał rozcieńczoną, białą farbę. - A więc łączność świetlna jest prawie bezużyteczna. Ile metrów mamy już za sobą?
- Uwaga! - wyszeptałem - przy wywoływaniu reszty chłopców trzeba czołgać się w drugą stronę ku wnętrzu kościoła. Co kilka metrów trzeba dawać sygnały tym, którzy pozostaną w "księżówce".
Bez wyraźnej łączności może nastąpić groźne dla nas nieporozumienie! Jasne? - Za mną!
Podciągnęliśmy granaty na plecy. Ponownie zaczęliśmy mozolić się w zupełnym przypłaszczeniu do posadzki. Pod spodami kaloryferów rozległo się szuranie, dudniło gęste, ciężkie sapanie - odgłosy wolno posuwających się ciał. Mdlały I ręce i nogi. Usta spluwały kurzem. Rosła potrzeba oddechu czystym powietrzem. I trwało to jakiś czas...
I A co się stało z drugim czołgiem na ul. Traugutta? Nie tym, który niemywycofał się z piechotą, ale tym, który żołnierzom "Stolarza" zniknął z pola widzenia? . (Być może ten właśnie czołg podrzucił minę na placówkę "Stolarza"?...)

Kpr. pchor.. "Góral" (Tadeusz Góralski) z kompanii "Genowefa" wspomina, że tego dnia jego pluton ubezpieczał domy Traugutta 7, 9 oraz punkt zaporowy KKO na styku z ulicą Czackiego.
Około dziewiątej rano jeden z dwu czołgów minął placówkę" Stolarza", wjechał w ul. Traugutta i zaczął systematycznie strzelać w okna kolejnych domów obsadzonych przez powstańców. Zapewniał sobie bezpieczną drogę w głąb ulicy strzelając - od parterów do poddaszy i od poddaszy do parterów...
W międzyczasie piechota niemiecka z Ogrodu Raczyńskich zaatakowała dom Traugutta 9. Wysadziła bramę, wyparła powstańców na klatkę schodową; zapewne chciała zajść od tyłu placówkę "Stolarza". "Góral" przeprowadził kontratak, w którym zginął "Stek" czy "Strop" z kompanii "Lewar". Niemcy zostali wyrzuceni z posesji Traugutta 9.
... czołg był już bardzo blisko, "Góral" dostrzegł to, gdy tylko dobiegł na swoje stanowisko w KKO. Przez wybite otwory w ścianach natychmiast cofnął się z powrotem. Do domu Traugutta 9. Chciał znaleźć się na, a nawet nieco za linią strzelającego pojazdu.
W dogodnym momencie "Góral" wychylił się z okna i obrzucił czołg samozapalającymi butelkami. Ten stanął w płomieniach. Przestał być groźny i pośpiesznie wycofał się.
Nadbiegli żołnierze z kamerą filmową - zdaje się, była to ekipa od ppor. Brzozowskiego - i zaczęli robić zdjęcia: powstańcy w płonącym KKO na tle płonącego Banku Handlowego.
Te pożary były wywołane wybuchami czołgowych pocisków. "Góral" pamięta "rozmowę gestów", jaką odbył z dowódcą obsady Banku Handlowego. Pokazał płonący dach Banku, a w odpowiedzi ujrzał stukanie się w czoło i rękę wyciągniętą w stronę KKO. Istotnie, płonęły oba dachy. Niebawem zostały ugaszone; wróg był już odparty.

"Skok" wspomina, jak w Banku Handlowym razem z innymi przypominali sobie technikę rzucania samozapalających butelek. Gorączkowo szykowali się. Mieli jednak pecha. Czołg został zapalony wcześniej, na wysokości KKO.

... mdlały ręce i nogi. Usta spluwały kurzem. Rosła potrzeba oddechu czystym powietrzem.
Ale stopniowo dały się słyszeć głuche odgłosy wystrzałów.
Stopniowo dostrzegliśmy słabe światło dzienne.
Wreszcie upragniony koniec kaloryferów! Wyłazimy!
Prostujemy się, chwytamy powietrze! Nabijamy broń!!
I wchodzimy cichutko do przedsionka "księżówki".
Nie było Niemców. Były schody do podziemia i na piętro. Tak jak mówił ks. Czapla. Rozstawiłem chłopców w bezpiecznych, nie rzucających się w oczy miejscach
Na schody do podziemia lufy pm-ów skierowali "Dzidek", "Norski", "Edek I". W stronę piętra celowali "Glinka" i "Hef'.
"Hef' stał przy balustradzie klatki schodowej, trzymał ten swój karabin przewiązany chustką i wypatrywał Niemców, którzy mogliby schodzić po schodach w dół.
Nacisnąłem go za ramię, aż przysiadł za balustradą:
- Tylko bez strzałów, Kaziu. Kolbą w łeb uciszaj, póki chłopcy nie przybędą. Przecież gdyby Niemcy z pięter zaczęli uciekać na dziedziniec komendy, roznieśliby nas na butach!

Pchnąłem chłopca z latarką, aby ściągnął z kościoła resztę żołnierzy "Hefa" z "Zabawą" na czele. Przez ten czas mieliśmy trwać w oczekiwaniu. Najbardziej niebezpieczny fragment walki rozpoczął się, choć nie padł ani jeden strzał.
Stałem we wnęce, z której można było dokładnie rozejrzeć się po przedsionku "księżówki". Z lewej strony zobaczyłem otwarte drzwi. Dokąd prowadzą? Zbliżyłem się i ku swemu wielkiemu zaskoczeniu ujrzałem trzech Niemców przy ckm-ie! Ckm-ie z lufą wetkniętą w otwór strzelnicy bunkierka z płyt chodnikowych! Ckm-ie ostrzeliwującym żołnierzy "Harnasia", którzy pozorowali atak od domów Czackiego 12, 14, 16!
Karabinowy mówił coś do celowniczego. Ten przesunął lufę w prawo. Taśmowy lekko podniósł taśmę tuż przy podajniku amunicji. Żaden z nich nie przypuszczał, że od tyłu są śmiertelnie zagrożeni. Ze ich los był w moich rękach.
- W moich i nie moich - gorączkowo myślałem - Mogę zlikwidować ich jednym granatem. Ale narobię hałasu. zaalarmuję ponad 90 Niemców w "księżówce".
Ci zarzucą nas z piętra granatami. wybiją do nogi. Przy tym utrzymają "księżówkę" i przepadnie szansa zdobycia komendy.

Nagle ogłuszający huk! Uderzyły mnie odpryski płyt chodnikowych. Odruchowo zamknąłem oczy. uskoczyłem w bok. Ale za chwilę stałem z powrotem przy drzwiach: nie było bunkierka. ani Niemców. ani ckm-u.
W małym zagłębieniu ziemi leżała noga Niemca i dużo łusek po wystrzelonych nabojach...
Później Okazało że to por. "Harnaś" uprzedził mnie o kilka sekund.

St. sierż. "Turek" (Marian Berdycki) z kompanii "Genowefa" wspomina, że mjr "Wola" nie wiedząc co się dzieje w kościele. zdecydował zaatakować "księżówkę" od ul. Czackiego.
Ściągnął z dowództwa Obwodu Śródmieście dodatkowy patrol minerski w składzie: pchor.. "Wiktor" (Romuald Wirszyłło). "Renata" (Wanda Wirszyłło, z męża). "Junior" (Mieszkowski).
Patrol ten, jak podał jego dowódca, pchor.. "Wiktor" miał wybić dziurę w murze dzielącym posesję Czackiego 14 od ogródka przykościelnego.
Jednocześnie st. sierż. "Turek" wspomina, że mjr "Wola" polecił por. "Harnasiowi" osłabić dokuczliwy ogień niemiecki, tzn. rozbić ckm w bunkrze przy "księżówce". W tym celu por. "Harnaś" ściągnął piata z Banku Handlowego na strych Traugutta 9. Na tym strychu st. sierż. "Turek" był świadkiem ustawiania piata na stanowisku ogniowym i oddania celnego strzału...

Dla nas. kilku "lewarczyków" skupionych w przedsionku "księżówki" nadszedł bardzo groźny moment: rozbicie bunkierka z ckm-em zaalarmowało wroga! Tymczasem nie było możności zwalczenia około 90 Niemców ani możności szybkiego odwrotu!
Jedyny ratunek to (i tak zaplanowane) zajęcie podziemia "księżówki".
Na jego rozpoznanie wysłałem "Dzidka" i "Norskiego" . Pozostałymi chłopcami ubezpieczyłem przedsionek; ogniem swym mieli zamykać Niemcom drogę z piętra czy parteru (próba muchy zwalczenia słonia, ale co było robić).
Po chwili usłyszeliśmy kroki na schodach. Lękliwe albo bardzo ostrożne.
Ten, kto schodził - zatrzymał się. Czekaliśmy.
"Hef" oparł się o balustradę schodów, wystawił lufę. Tamten nadsłuchiwał. Pewnie został wysłany, żeby sprawdzić, co dzieje się na parterze.
Niemcy na piętrze zaniepokoili się wybuchem pocisku z piata, zlikwidowaniem obsługi ckm-u...
- Wer da (kto tam)? ...
Milczeliśmy. Chłopcy z kościoła jeszcze nie zdążyli przybyć. W przedsionku było nas czterech ("Dzidek" i "Norski" badali podziemie).
Na piętrze dziewięćdziesięciu żołnierzy wroga.
Niestety Niemiec, nasza niedoszła ofiara, nie zszedł niżej. Wycofał się. Pomyślałem: zawiadomi zwierzchnika, że w przedsionku znalazł coś podejrzanego! To początek naszego końca!

"Dzidek" wspomina, że zeszli kilka stopni w dół, zrobili parę kroków korytarzykiem podziemia i przywarli do ścian. Na wprost ich kroczył SS-man. Nie widział ich. Szedł w osobistym zamiarze w stronę odosobnionego miejsca, Jeszcze pięć metrów. Cztery. Trzy...
Otworzyli ogień z pm-ów. Niemiec padł pod ich nogami podziurawiony jak sito, a oni wycofali się do przedsionka. Tu pełno było naszych chłopców ściągniętych przez por. "Lewara" z kościoła.
Dawała się wyczuć napięta atmosfera.

Chłopców z kościoła rozstawiłem pośpiesznie i jak można było najbezpieczniej i najdogodniej. Wskazałem miejsca, które chroniły przed granatami; schodki do podziemia oraz drzwi do ogródka, tam, gdzie był ckm rozwalony pociskiem z piata.
Przybyli w samą porę! Na szczęście!
Wzrosła w nas śmiałość. Wreszcie mogliśmy podjąć walkę. Może nawet nie wypuścić z "księżówki" ani jednego Niemca...
Gdy z podziemia wyszli "Dzidek" i "Norski", gdy zameldowali, że zabili SS-mana, wyznaczyłem ręką:
- "Zabawa", "Hef" i was reszta - blokować przedsionek. Ogniem odcinać drogę ucieczki. W razie konieczności wycofać się częściowo do podziemia, częściowo do ogródka.
- "Dzidek", "Norski", "Glinka" i was reszta - za mną, zdobywać podziemie "księżówki"!
Minęliśmy kilka stopni schodów. Pomyślałem, że znów musimy wykonywać podwójne działanie bojowe: w przedsionku i podziemiu. Korytarzyk. Trup SS-mana.
Weszliśmy do długiego korytarza podziemia. Po obu jego stronach - duże oddzielne izby. Przylgnięci do ścian posuwaliśmy się w głąb. W powietrzu przewalały się odgłosy gęstych wystrzałów. To z tych izb przylegających do korytarza od kilku już godzin Niemcy prowadzili wymianę ognia z żołnierzami "Harnasia" .
Nagle kilku Niemców pojawiło się w korytarzu. Któryś z chłopców pociągnął serię z pm-u. Walnąłem granatem. "Dzidek" poprawił anglikiem o dużej sile wybuchu i rażenia. Padliśmy, żeby własne granaty nas nie. raniły. Wróg rozpierzchł się po zakamarkach. Poderwaliśmy się w tuman kurzu. Prosto na Niemca, który zbyt późno wyskoczył ze stanowiska ogniowego. Zupełnie zdezorientowany trzymał rkm ze zwisającymi nóżkami. Zdążył krzyknąć: - was ist los? (co się dzieje?) i padł przeszyty serią. Rkm i magazynek z amunicją natomiast porwał któryś z powstańców.
Pozostali - kopnięciem nóg otwierali drzwi do izb i seriami z pm-ów torowali drogę do ich wnętrz.
"Glinka" pobiegł w koniec korytarza i wyciągnął za kark cywila - volksdeutscha trzymającego parabellum w garści. Nie był to czas na branie jeńców. Załatwił go i po chwili dalej penetrował izby.
Początkowo nie rozumiałem powstałej sytuacji. Dlaczego opór Niemców jest tak słabo zorganizowany? Dlaczego jedni wyszli z izb, żeby walczyć z nami, a drudzy ciągle ostrzeliwują powstańców "Harnasia"?
Dopiero gdy wbiegłem do jednej z izb, gdy odczułem odbijające się od ścian dudnienia - zrozumiałem: między izbami właściwie nie było słuchowej łączności. No! Tego nie mogłem wyobrazić sobie podczas opracowywania planu ataku. Ogłuszeni od trwających kilka godzin własnych wystrzałów żołnierze niemieccy - zakładali, że strzelanina w sąsiedniej izbie to zwalczanie powstańców.
W rzeczywistości było zupełnie odwrotnie. Niemcy zamiast zwalczać "harnasiowców" od ul. Czackiego, sami byli zwalczani, tyle, że przez "lewarczyków" opanowujących właśnie podziemie "księżówki". Moi chłopcy jak huragan wdzierali się do kolejnych izb i na raty niszczyli wroga...

Mjr "Wola" zauważył osłabienie niemieckiego ognia skierowanego na żołnierzy por. "Harnasia" (posesje 12, 14 i 16) nie wiedział, że przyczyną jest zdobywanie przez "lewarczyków" podziemia "księżówki". Postanowił jednak to osłabienie ognia wykorzystać i przyspieszyć przygotowywany przez siebie bezpośredni atak powstańczą siłą żywą - z ul. Czackiego na "księżówkę".
Grupa "Zabawy" i "Hefa" pozostawiona przeze mnie w przedsionku została zaalarmowana ostrożnymi krokami po schodach. Jakiś Niemiec, pewnie ten sam co poprzednio, podjął próbę zbadania przedsionka. Widocznie nie chciał zameldować dowódcy: "domyślałem się czegoś niedobrego. ale nie sprawdziłem..." Gdy zatrzymał się w niewidocznym miejscu i już przestał nasłuchiwać. tym razem dostał odpowiedź na swoje pytanie:
- Wer da?
- Bier polnische Wehrmacht!

Klatka schodowa trwała w ciszy. Do czasu. gdy Niemiec oprzytomniał i rzucił się w górę schodów. Na wszelki wypadek jednocześnie walnął granatem. Granat koziołkował w dół. wybuchł. Na szczęście nie zrobił nikomu krzywdy.

Ha! Musiało to wywołać piorunujące wrażenie: "powstańcy w przedsionku"! Niemcy przerwali ostrzał "harnasiowców". gwałtownie odskoczyli ze stanowisk do klatki schodowej... prosto na ogień grupy "Zabawy" i "Hefa". Jednak zarzuceni wieloma granatami chłopcy musieli odskoczyć w bezpieczne miejsce. Osłabili przy tym ogień i część Niemców przebiła się. zdołała uciec przez dziedziniec do zabudowań komendy.
Tak nastąpiło już nie - osłabienie. ale załamanie się ognia niemieckiego skierowanego na żołnierzy por. "Harnasia".

Pierwsze ognisko walki o "księżówkę" tworzyli "lewarczycy" zdobywający podziemie. a potem oczyszczający je z Niemców. Drugie ognisko tworzyli "lewarczycy" blokujący przedsionek tzn. zamykający drogę ucieczki na dziedziniec komendy.
Równocześnie mjr "Wola" utworzył trzecie ognisko. Kazał wysadzić mur dzielący posesję Czackiego 14 od ogródka przykościelnego. Żołnierzom por. "Harnasia" dał rozkaz do ataku.
W tym czasie na drodze natarcia nie było już ostrzału ckm-u . z bunkierka zniszczonego przez por. "Harnasia" strzałem z piata. Nie było także ostrzału z "księżówki" - załamał się dzięki grupie "lewarczyków" blokujących przedsionek. Niemcy już nie mieli wyjścia. musieli myśleć o ucieczce...
... żołnierze por. "Harnasia" biegli do ataku przez ogródek przykościelny. oknami wdzierali się na parter "księżówki". Nie mieli pojęcia. że "lewarczycy" zajęli przedsionek i podziemie.
Z kolei "lewarczycy" pochłonięci walką nie zauważyli ataku "harnasiowców". Wytworzyła się zatem osobliwa i groźna sytuacja.

"Dzidek" wspomina, jak razem z "Norskim" wpadli do jednej z izb podziemia "księżówki", szybko oczyścili ją z Niemców - i w tym momencie dostali ostrzał z parteru. Nie namyślając się walnęli z pm-ów. W odpowiedzi spadł granat powstańczej produkcji. Na szczęście nie wybuchł. "Dzidek" z "Norskim" zaczęli krzyczeć: "nie strzelać, tu swoi!" Po chwili okazało się, że "Dzidek" miał perforowany ścieg na nogawce spodni, "Norski" przestrzeloną furażerkę, powstaniec od "Harnasia" - postrzeloną lewą rękę. Wszyscy trzej mieli szczęście. Mogły być trzy trupy.

Ze zdobytego, oczyszczonego z Niemców podziemia "księżówki" przeszliśmy do przedsionka. Po drodze minęliśmy znaczną liczbę niemieckich ciał. Nie było ich tu wcześniej.
Od chłopców "Hefa" dowiedzieliśmy się, że wszyscy ci Niemcy polegli na klatce schodowej - taką cenę zapłacili za przebicie się na dziedziniec komendy. Ich ciała ściągnął do podziemia strzelec "Wujek" (Józef Motel).
Na klatce schodowej nie działo się szczególnego. Chłopcy zmniejszyli czujność. Jedynie "Hef" ustawiony przy poręczy schodów uporczywie wpatrywał się w górę jakby miał przeczucie, że coś jeszcze nastąpi.
- Nie ma co stać tak bezczynnie - rzuciłem chłopcom - Atakować parter i piętra! Ktoś podbiegł pod drzwi do pomieszczeń na parterze:
- Tu już są nasi.
- To atakować piętra!

Nagle zadudniły pośpieszne kroki na schodach.
"Hef" przyłożył się do swego chustką przewiązanego karabinu. Wtem z pistoletu wypalił do niego zbiegający z góry Kałmuk - własowiec, chłop potężnych rozmiarów. Nie trafił. "Her" pociągnął za spust - niewypał. Kałmuk próbował powtórzyć strzał, ale albo też niewypał albo koniec amunicji. Błyskawicznie rzucił się na "Hefa", sczepili się i zanim ktokolwiek z naszych zdołał się zorientować - wytoczyli się z przedsionka "księżówki" na dziedziniec komendy.
Obaj znaleźli się pod podwójnym ostrzałem: Niemców z komendy oraz naszym.
"Hef' przycisnął Kałmuka do ziemi i usiłował chwycić go za gardło. Nie udało się.
Kałmuk przerzucił "Hefa" na bok i przycisnął swoim ciałem. W. przedsionku chłopcy podnieśli pm-y, ale żaden nie strzelił nie chcąc trafić swego dowódcy. Podobnie Niemcy - też nie strzelali.
"Hefo choć z niesprawną jedną nogą był silny. Zrzucił Kałmuka, ponownie przycisnął do ziemi i usiłował złapać za szyję...
Nie mógł tego znieść "Glinka". Wyskoczył do walczących. Stanął nogą na gardle Kałmuka i w głowę wpakował mu chyba cały magazynek.
Niemcy otworzyli ogień. Ale chwilę wcześniej "Hefowi" i "Glince" udało się odskoczyć w martwe pole.
W przedsionku "Hef" otrzepał ubranie i krótko skwitował swoją walkę:
- Mocny był.

Wtedy ruszyliśmy na górę. Oczyszczać oba piętra "księżówki" z Niemców, którzy mogli tam jeszcze się ukrywać. Do "lewarczyków" dołączyło kilku "hamasiowców" .

Kpr. pchor. "Poraj" (Wiesław Chrzanowski) wspomina, że wśród tych "hamasiowców" byli: kpr. pchor.. "Andy" (Andrzej Ziółkowski) i "Dunin" (Wojciech Markiewicz) z kompanii "Genowefa" oraz plut pchor.. "Witek" (Witold Kierzuń), plut. pchor.. "Cichy" (Lesław Michalski), kpr. pchor.. "Poraj" z Samodzielnego Oddziału Szturmowego.

Posuwaliśmy się w pewnym rozstawieniu, zgęszczenie byłoby groźne przy obrzuceniu nas granatami. Idąc, jeden przy ścianie, drugi przy balustradzie klatki schodowej, z bronią gotową do strzału - osiągnęliśmy pierwsze piętro.
Tu na schodach zatrzymałem "Dłutko" (Tadeusz Waszkiewicz), "Kruka" (Włodzimierz Chymkowski) i jeszcze dwu żołnierzy. Mieli zamykać drogę ucieczki Niemców ze strychu.
Z resztą chłopców wpadliśmy do pomieszczeń na pierwszym piętrze.

"Dzidek" wspomina, że wpadł do pierwszego pokoju. Coś ruszyło się pod kanapą,. Walnął krótką, serię. Przyjrzał się bliżej - to pies. Szkoda psa. Ruszy! dalej...
"Norski" i "Edek I" wspominają, że wpadli do drugiego pokoju. Na pierwszy rzut oka - pusto. Tylko olbrzymia szafa wydała mu się podejrzana. Walnęli kilka krótkich serii, potem otworzyli ją, - z szafy wypadł zabity już żandarm...

Przez zgiełk wyłapywania poddających się i likwidacji opornych Niemców przebił się krzyk "Krótkiego" (Jana Białeckiego):
- Atakują Niemcy z komendy!
Natychmiast skierowałem część chłopców do wspierania obronnego ognia prowadzonego z "księżówki", odpieraniem ataku głównie musieli zająć się ci żołnierze "Lewara" i "Harnasia", którzy byli skupieni w przedsionku i na półpiętrze.
Jednocześnie zatrzymałem pozostałych chłopców do całkowitego oczyszczenia obu pięter "księżówki". To była konieczność: zamknięcie możliwości niemieckiej kontrakcji wewnątrz budynku na przykład z drugiego piętra.
Na dziedzińcu komendy widać było wyraźnie: atak niemiecki załamywał się. I to szybciej niż wynikałoby to z ognia prowadzonego z przedsionku i półpiętra "księżówki". Niektórzy zastanawiali się: co się dzieje? Nie mieli świadomości, że Niemcy zostali wzięci w morderczy ogień przez dwie grupy obsadzające kościół św. Krzyża: drużynę kompanii "Grażyna" z kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej oraz "lewarczyków" por. "Lelka" z podziemia kościoła. W ogniu tym padło kilku Niemców. Pozostałych ogarnął popłoch. Zaczęli chaotycznie
wycofywać się, uciekać do komendy...

Około godz. 11.00 - DRUGA FAZA ATAKU ZREALIZOWANA.

Niemcy zrezygnowali z odbicia "księżówki"! "Księżówka" zdobyta!! Wspólnie, siłami kompanii por. "Lewara" i oddziału por. "Harnasia"!
Wysłałem jednego żołnierza do rtm. "Edyty": w razie krytycznej sytuacji grupy ubezpieczające kościół św. Krzyża mogą wycofać się do "księżówki" trasą pod kaloryferami.



SZKIC 2 - III faza ataku na kościół św. Krzyża i Komendę Policji. "Harnaś" i "Lewar" - przez wybity w murze otwór (j) wdzierają się na posesję Komendy Policji. Zajmują stanowiska w ruinach domku (l), podpalają Mittlwache (k), rozdzielają dowodzenie ostatecznym szturmem: - por. "Harnaś" - wzdłuż (dp) i oficyny (m2p) - por. "Lewar" - z kaplicy MBCz przez (f).
f - drzwi z kap!. MBCz na dziedz. komendy
g - wejście z księżówki na dz. komendy
h - księżówka "Harnaś" w II fazie
i - dziura w murze, przez którą atakował
j - otwór w murze wybity do In fazy
k - Mittelwache - kwatera żandarmów
l - wypalony piętrowy, murowany budynek
ł - sekcja podpalaczy (podpala Mittelwache)
m - pomocnicze uderzenie zaskakujące w III fazie

Słabe, jakby rozproszone ostrzeliwanie Niemców w Mittelwache i Komendzie Policji - taki był początek trzeciej, ostatniej fazy ataku.
Murowany, jednopiętrowy budynek Mittelwache stał na dziedzińcu. Główny budynek komendy w kształcie litery L składał się z trzypiętrowego frontowego skrzydła przylegającego do kościoła oraz z dwupiętrowej oficyny, która razem z drewnianymi garażami zamykała dziedziniec od strony ul. Świętokrzyskiej. Ostrzał prowadzili przemieszani już "harnasiowcy" i "lewarczycy". Między innymi nasz strzelec "Piorun" usadowiony na półpiętrze "księżówki" zabił kilku Niemców, którzy próbowali uciec przez bramę wjazdową na Krakowskie Przedmieście.
Upewniłem się, że chłopcy pozostawieni przeze mnie na pierwszym piętrze do końca oczyszczą "księżówkę" z Niemców. Poszedłem na półpiętro, gdzie przybyli również mjr "Wola" i por. "Harnaś". Przywitaliśmy się ni to z radością, ni to obojętnie.
- Czemu pan, poruczniku, nie meldował o zdobyciu kościoła? Ani o rozpoczęciu ataku na "księżówkę"?
Pokazałem majorowi odbitki kalkowe wysłanych meldunków. Wyjaśniłem, że w ostatnim wysłanym o godz. 800 informuję o przystępowaniu do ataku na "księżówkę".

- Żadnego nie otrzymałem. Musiałem działać "na ślepo". Gdyby pana nie było w "księżówce" zarządzony przeze mnie atak "Harnasia" mógł się skończyć tragicznie. ..

Zacząłem mówić, że nie czas teraz na wyjaśnienia. Lepiej zabrać się do zdobywania zabudowań komendy. Potem wyjaśnię wszystko. Liczę, że potem lepiej się zrozumiemy i dojdziemy do wniosku, iż nie powinien spotkać mnie żaden zarzut.
- Co pan teraz proponuje? - major zgodził się.

Zreferowałem, co zapewniał nam plan ataku, ściślej - jego trzecia faza. Mieliśmy doskonałą możliwość ostrzału całego budynku komendy prowadzonego z dwu punktów kościoła św. Krzyża. Grupa "lewarczyków" por. "Lelka" mogła prowadzić ostrzał z podziemia kościoła, drużyna "harnasiowców" z kompanii "Grażyna" - z kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej. Dysponowaliśmy gotową do ataku skupioną w "księżówce" grupą "harnasiowców" i "lewarczyków" oraz dwoma punktami wypadowymi na dziedziniec komendy: przez drzwi z kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej i przez furtkę, do której trzeba było dobiec z przedsionka "księżówki".
Ponadto mogliśmy uruchomić pomocnicze uderzenie zaskakujące, tzn. minerzy mogli odpalić założone ładunki, a przez powstały na wysokości pierwszego piętra otwór grupa "lewarczyków" pchor.. "Kuźmy" zaatakowałaby wnętrze oficyny komendy od strony ul. Świętokrzyskiej. Także moglibyśmy skorzystać z sekcji podpalaczy czekającej w gotowości za murem posesji Czackiego 12 u styku z posesją Czackiego 14.
- Podpalenie tak, zwłaszcza podpalenie Mittelwache. Ale atak przez oba wskazane punkty musi odpaść. Byłby za bardzo krwawy.
Obaj z por. "Harnasiem" potwierdziliśmy.
- Dostrzegam, panie majorze, jeszcze jedną możliwość ataku nie przewidzianą w planie. Rozpocząć ostrzeliwanie i obrzucanie Niemców granatami. Oni odpowiedzą tym samym, powstanie duży huk...

... my tymczasem - w słowo wpadł por. "Harnaś" - wybijemy łomami dziurę w murze od strony ogródka przykościelnego. Przez tę dziurę wejdziemy na dziedziniec i zaatakujemy.
- Dobrze - powiedzieliśmy obaj z majorem.
- Ale dziura będzie wybijana nie na wysokości Mittelwache, tylko bliżej ul. Czackiego - dodałem.
- Dobrze - zgodzili się mjr "Wola" i por. "Harnaś".
Odszedł łącznik, otrzymawszy rozkaz od por. "Harnasia": po zebraniu łomów przystąpić do wybijania otworu w murze.
Równocześnie stopniowo zaczęła narastać wymiana ognia między Niemcami w zabudowaniach komendy a naszymi chłopcami. Tymi z "księżówki", z kaplicy M.B.Cz. i z podziemia kościoła.
Wkrótce zaczęły padać i wybuchać granaty.
Natężenie huku było duże.
W międzyczasie major ponownie spytał:
- No więc, jak to było z tymi meldunkami, panie poruczniku?
Zacząłem wyjaśniać, jaką miałem sytuację. Z dwoma pierwszymi meldunkami pobiegły łączniczki, które już nie wróciły do kościoła. Trzeci meldunek wziął rtm. "Edyta". Kosztem pokancerowanej twarzy przerzucił go na placówkę "Stolarza" w chwili, gdy placówkę tę atakowały czołgi i piechota niemiecka.
Równocześnie w kościele zaczynało być niebezpiecznie: czołg strzelał do wnętrza kościoła, spodziewałem się ataku piechoty, a w razie krytycznej sytuacji nie było żadnej drogi wycofania się! Nie było też żadnych drzwi za Wielkim Ołtarzem. A przecież na istnieniu tych drzwi zbudowałem całą drugą fazę planu taktyczno - operacyjnego!

Wprawdzie zabrało to dużo czasu, ale na szczęście - dzięki księdzu Czapli - udało się wykorzystać istniejące połączenie kościoła i "księżówki" w postaci szpary pod kaloryferami.
Gdy na rozkaz majora żołnierze "Harnasia" zaatakowali parter "księżówki", zdołaliśmy już zdobyć jej podziemie i jednocześnie zamknąć Niemcom drogę ucieczki - przez przedsionek na dziedziniec komendy.
Przyznałem jednak, że w moim planie taktyczno - operacyjnym znalazło się niedociągnięcie: brak rezerwowych meldunków. Na przykład w postaci flag: flaga na wieży kościoła - po jego zdobyciu, flaga w oknie podziemia "księżówki" na znak, że już tam jesteśmy...
Tymczasem chłopcy przystąpili już do wybijania otworu w murze.

Pobiegliśmy z por. "Harnasiem" i gotowych do ataku żołnierzy ściągnęliśmy w pobliże. W huku powstałej palby czekaliśmy, aż puści spoiwo między cegłami, obluzowane cegły zostaną wyciągnięte na naszą stronę muru... Potem weszliśmy na dziedziniec komendy. Razem z por. "Harnasiem" i częścią żołnierzy zajęliśmy stanowiska ogniowe za kikutami rozwalonego budynku, który znajdował się między Mittelwache, a murem od ul. Czackiego. Dalsi chłopcy zaczęli do nas dołączać. Niemcy z Mittelwache dostrzegli to i otworzyli potworny ogień. Pod tym ogniem z broni maszynowej chłopcy ostrożnie szukali bezpieczniejszych miejsc. Jednak miejsc takich było mało, bo nagromadziło się dość dużo żołnierzy. Niektórzy wpadli do drewnianych garaży i magazynów przylegających do oficyny komendy. Ktoś krzyknął:
- Panie poruczniku! tu jest dużo powstańców! Skąd się tam mogli wziąć?
Jednocześnie "lewarczycy" z podziemia kościoła prowadzili silny ostrzał głównego budynku komendy, wcześniej posłałem do nich "Hefa" z takim poleceniem. Ten ostrzał ułatwiał nasze rozlokowywanie się. Nagle w potwornym huku i jazgocie usłyszałem:
- Panie poruczniku! panie poruczniku! - Wszystko gotowe! - na twarzy dowódcy sekcji podpalaczy wyczytałem niepewność: czy już nadeszła jego pora.
- Czekać na znak!
Na całym dziedzińcu komendy huczała szalona strzelanina, ale możliwości naszego ataku nie rosły. Ogień z Mittelwache przybijał nas do ziemi.
- Poruczniku "Harnaś"! Musimy podpalić tą Mittelwachę. To twierdza na naszą broń!
- Wpierw wezwijmy ich do poddania! - odkrzyknął.
- Hej, wy tam!! Poddajcie się w ciągu pięciu minut!

Chyba zrozumieli, bo zasypali nas jeszcze silniejszym ogniem. Jednocześnie dowódca sekcji podpalaczy znów wychylił głowę zza muru. Dałem mu znak, żeby przerzucił szlauch i "sikawkowego". Po chwili obok mojego stanowiska układał się żołnierz trzymający szlauch zakończony rozpylaczem ropy.
W podnieceniu wskazywał na budynek Mittelwache:
- Panie poruczniku, to ten?
Spojrzałem na zegarek - było około godziny 12.05. Nie było sensu czekać tych pięciu minut. Ale nie mogłem też w dawaniu Niemcom szansy nie podtrzymać por. "Harnasia". Od niego uzależniłem rozpoczęcie. Krzyknąłem tylko:
- No i?!
- Lać! - zdecydował por. "Harnaś".
Na to tylko czekał "sikawkowy". Szarpnął szlauchem. Pompa za murem poszła w ruch. Ciśnienie narastało, szlauch rytmicznie drgał. Wreszcie strumień ropy chlusnął po oknach i ścianach. Dały się słyszeć niemieckie i rosyjskie wołania, słabł ogień prowadzony z oblanego ropą budynku.
- Walić granatami w okna! Wywołać pożar! - krzyknąłem do por. "Harnasia".

Poderwał się, ja za nim. Kropnęliśmy dwa granaty, wybuchły wewnątrz Mittelwache i wkrótce pokazały się jęzory ognia. Strzały Niemców prawie ustały i coraz więcej chłopców zaczęło przenikać przez mur do ogródka przykościelnego. Ci, którzy już byli na dziedzińcu komendy, wdarli się do drewnianych garaży i magazynów, gdzie znaleźli zdumiewająco dużo powstańców. Byli to ochotnicy zamierzający w zdobytej komendzie "zdobyć" jakąś broń, amunicję, żywność itp. .
- Poruczniku "Harnaś", wkrótce z płonącej Mittelwache zaczną uciekać Niemcy i własowcy. W tym momencie, zgodnie z planem, pan atakuje z zajmowanych teraz stanowisk.
Mówiłem dalej, że jednocześnie ja wyprowadzam taki sam atak z kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej. Razem ścigamy Niemców uciekających w stronę Krakowskiego Przedmieścia, w stronę wejścia do głównego budynku komendy. - Dobrze! Spotkamy się w pościgu za Niemcami uciekającymi z Mittelwache do budynku komendy, tak?
- Tak! Aha, jeszcze jedno.
Zaproponowałem, żeby naszych chłopców i ochotników - wszystkich, którzy byli w garażach - podzielić na grupę atakującą i prowadzącą ostrzał. Mówiłem o ostrzale frontowego skrzydła komendy, żeby ci "zdobywcy" magazynów i garaży też coś pomogli. Por. "Harnaś" wprawdzie wcześniej przyznał, że wątpi, czy któryś z ochotników poderwie się do ataku, ale kiwnął głową na zgodę. Przez dziurę w murze przeskoczyłem do ogródka przykościelnego. Obiegłem "księżówkę", przez zakrystię wpadłem do wnętrza kościoła. W kaplicy, obok drużyny z kompanii "Grażyna" zastałem "Hefa", którego wysłałem tu wcześniej, żeby wzmógł ostrzał komendy podczas wybijania dziury w murze. Po chwili zjawił się przywołany z podziemia kościoła por. "Lelek".
- Uwaga! Chwila ciszy! - ucieczka Niemców z Mittelwache jest możliwa tylko przez dziedziniec...
Mówiłem, że dziedziniec jest pod pełnym naszym ostrzałem. Że daje nam to możliwość rzucenia się w pościg za uciekającym wrogiem. Zastosujemy ten sam manewr co por. "Harnaś".
U niego grupa ochotników z garaży i magazynów będzie ostrzeliwać frontowe skrzydło komendy, blokując ogień Niemców do atakujących powstańców. Druga grupa, złożona z przemieszanych "harnasiowców" i "lewarczyków" uderzy na Niemców uciekających z Mittelwache i wedrze się do budynku komendy.
U nas grupa "lewarczyków" por. "Lelka" z podziemia kościoła będzie blokować ogień Niemców z oficyny komendy. Reszta wyskoczy z kaplicy za uciekającymi Niemcami i też wpadnie do budynku komendy.
- Jasne?
- Jasne, tylko moi żołnierze nie mają już amunicji do tego zadania
- powiedział por. "Lelek".
Zachęciłem do wspierania amunicją żołnierzy por. "Lelka". Ochrona ogniowa, jaką mieli prowadzić z podziemia kościoła - to był wspólny interes wszystkich atakujących. Mówiłem, żeby zbierać amunicję zarówno od "harnasiowców" jak i "lewarczyków" - są tak przemieszani, jakby stanowili jeden oddział. Nie omijać "Edyty". Od swoich chłopców niech zbiera "Her".
- Jakich moich? Tu mam tylko kilku, a większość jest z por. "Harnasiem"! Ot co, okrutne zamieszanie! Mnie pozostało bez swoich żołnierzy iść na ostatnią pozycję wroga. Ale ja pójdę choćby sam!!! A na razie może ustrzelę jeszcze paru Niemców...
Na koniec tej gorzkiej rozmowy "Her' na wpół otworzył drzwi kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej wychodzące na dziedziniec komendy. Stał w tych drzwiach i uważnie wypatrywał ofiary. Uderzyło mnie, że ustawił się do strzału w bardzo niebezpiecznym miejscu. Niemcy byli spłoszeni, ale nie na tyle, żeby się nie bronić.

- "Hef"! Uważaj, bo dostaniesz w głowę! Z kościelnej wieży, tej nieoczyszczonej, bliżej komendy!!!
- E! Wróżka mi wywróżyła, że będę żył do dziewięćdziesięciu lat.
I nim złożył się do strzału, padł. Kula uderzyła w lewą skroń. Mózg wyprysnął na mur kościoła. Bezcelowy był wszelki ratunek. Ból ścisnął mi serce, przecież "Hef" to mój przyjaciel.

W osiadające na dziedziniec tumany dymu zaczęli wyskakiwać pierwsi uciekinierzy z Mittelwache.
- "Lelek"! Otwieraj ogień, gdy por. "Harnaś" ruszy do ataku!
- Tak jest! - porwał "Lelek" ostatnią ofiarowywaną mu amunicję i pognał do swoich chłopców.
W kaplicy czekaliśmy w napięciu, aż zacznie uciekać większa grupa Niemców czy własowców. W pogotowiu stali "harnasiowcy" i "lewarczycy".
Nagle ogień od grupy "Harnasia" wzmógł się gwałtownie. Zawtórował mu ogień żołnierzy por. "Lelka" z podziemia kościoła. W kłębach dymu mignęły sylwetki kilku Niemców. Skoczyli chłopcy w ten dym. Ścigający "harnasiowcy" i "lewarczycy" zmieszali się z uciekinierami. Przy drzwiach wlotowych do komendy zrobił się tumult i korek. Za nie zabitymi dotąd Niemcami do wnętrza wpadli powstańcy. Likwidowali opornych wrogów. Poddających się rozbrajali i kierowali do niewoli. na dziedziniec...
Nie wiedziałem, jak duży może być opór Niemców na ich ostatniej pozycji obronnej. Posłałem łączniczkę do kpr. pchor.. "Kuźmy". żeby był gotów. Na mój znak miał rozpocząć pomocnicze uderzenia zaskakujące: atakowanie budynku na wysokości pierwszego piętra od strony posesji Nowy Świat .
Tymczasem wewnątrz Komendy Policji wrzało. Słychać było krzyki .i pojedyncze strzały. Stopniowo liczba jeńców na dziedzińcu rosła. wrzawa w budynku utrzymywała się.
Około godz. 12.30 szala zwycięstwa przechyliła się na naszą stronę. Wrzawa powoli, stopniowo stawała się coraz cichsza. Pomocnicze uderzenie zaskakujące okazało się niepotrzebne i nie użyłem go.

Kpr. pchor.. "Norski" wspomina, że był w grupie kilkunastu "lewarczyków", którzy przez dziurę w murze przeszli z ogródka przykościelnego na dziedziniec komendy (razem z "harnasiowcami").
Por. "Harnaś" poderwał ich do szturmu drogą między garażami a Mittelwache. Po przebiciu się przez zator u drzwi wejściowych, wbiegli do wnętrza komendy i zaczęli wyłapywać oszołomionych Niemców.
"Norski" natknął się w jednym z pokoi na leżący na podłodze pm. Miał zatem dwa pm-y i dalsze gonienie za Niemcami zostawił innym. Tym, którzy chcieli koniecznie dozbroić się. Niemcy nie stawiali oporu. Widział, jak chłopcy bez przeszkód wdzierali się na piętra

Strz. "Morski" wspomina, że był amunicyjnym poległego sierż. "Hefa". Torby z rezerwowymi granatami i butelkami zapalającymi zostawił w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej i ruszył do szturmu. Biegnąc zobaczył rannego Niemca i wyrwał mu parabellum. To samo chciał zrobić inny powstaniec, ale spóźnił się. Doszło do szamotaniny "dwu głodnych broni palnej." "Morski" wygrał i znów ruszył do ataku. .
Był w przedsionku komendy, ale wycofał się. Dalej nie miał czego szukać: starsi wiekiem uważali go za dziecko, a nie za żołnierza. Na dziedzińcu spotkał tego samego powstańca i musiał stanowczo odmówić oddania parabellum. Poradził tamtemu, żeby zabrał Niemcowi amunicję - w ten sposób udało się zachować pistolet
"Morski" wspomina również, że już po zdobyciu Komendy Policji powstańcy nie chcieli nosić rannych żandarmów do szpitala Czackiego 3/5. Dostali taki rozkaz, ale uważali, że pomoc i opieka należy się żołnierzom - ludziom, a nie mordercom.

Godz. 13.00 - wrzawa wewnątrz budynku komendy ucichła zupełnie.

TRZECIA FAZA ATAKU ZOSTAŁA ZREALIZOWANA:

Komenda Policji przy Krakowskim Przedmieściu była całkowicie w naszych rękach. Podobnie dziedziniec komendy, garaże, dopalająca się Mittelwache, "księżówka", no i kościół św. Krzyża. Wszystko to, co z wojskowego punktu widzenia stanowiło całość.



Gorączka walki nie opadła jednak od razu. Nawet pół godziny później istniało wyraźnie wyczuwalne napięcie. Żołnierze z różnych pododdziałów byli wymieszani między sobą, rozproszeni. Każdy szukał porzuconej broni, amunicji: chciał się dozbroić...
Trudno było żołnierzom wyobrazić sobie, że może jeszcze nastąpić kontratak; wróg mógł ruszyć z Uniwersytetu oraz z pl. Piłsudskiego. Dowódcy lepiej to rozumieli, ale mimo to ubezpieczenie zdobytego obiektu nie było łatwe.

Odczuwałem, jak wszyscy, utrzymujące się napięcie. Wydałem rozkaz, żeby ustawić warty przy zdobytych magazynach żywnościowych. Zdobyłem się na to, bo wiedziałem o niemieckich podstępach: zatruwali żywność mającą wpaść w ręce przeciwnika.
Przede wszystkim jednak boleśnie docierała do mnie świadomość śmierci przyjaciela - "Hefa" .

Poszedłem do mjr "Woli" zameldować o ostatecznym zwycięstwie. Od zdobycia "księżówki" pozostawał na jej półpiętrze:
- Poruczniku "Lewar", pańskie "osobiste zadanie", jak je pan określił, zostało wykonane!
- Tak, panie majorze. Cieszę się, że nie zawiodłem swoich przełożonych, zwłaszcza kpt. "Krybara". No, i że nie zawiodłem samego siebie. Uświadomiłem sobie, że czuję ulgę. Złożona na mnie odpowiedzialność spadła z serca. Przez chwilę przyglądaliśmy się dziedzińcowi komendy. Jeszcze trochę dymiło.
Chłopcy jak mrówki pracowicie wchodzili do wnętrza zdobytego obiektu, wychodzili innymi drzwiami prowadząc rozbrojonych Niemców... inni formowali kolumnę jeniecką, ciężej rannych Niemców zanosili na noszach do szpitala powstańczego... część wałęsała się bez celu, otępiała. Pozostali głośno domagali się dostępu do magazynów z żywnością.
- Co to za awantury? - spytał major.

W tym momencie na dziedziniec weszło około 60 granatowych policjantów. Właśnie zostali wydobyci spod niemieckiego klucza, ale nie wszyscy mogli iść o własnych siłach. Kilku nieśli koledzy, trzymając za ręce i nogi. Ich ciała były boleśnie pozwijane. - Czyżby ich Niemcy skatowali?
Po chwili wrócił żołnierz wysłany przez majora:
- To ofiary wypitego alkoholu. Był zatruty przez wroga.
Chłopiec odszedł, ale mjr "Wola" zaczął mówić ni to do siebie, ni to do mnie: - Dobrze, że są wystawione posterunki przy magazynach żywnościowych. Co działoby się z naszymi żołnierzami po przeżytym napięciu?

Kolumna jeniecka stała na dziedzińcu gotowa do wymarszu. Razem z majorem naliczyliśmy, że. zawiera 80 Niemców wraz z ich dowódcą, por. Schlichterem.
Dużo Niemców musiało uciec - mogli wyskakiwać z okien Komendy Policji na Krakowskie Przedmieście. A to, że część Niemców uciekła z kościoła św. Krzyża było pewne. przecież "lewarczycy" przepuścili dwu ostatnich Niemców, biorąc ich w ciemności za swoich, trzeciego zastrzelił "Glinka". Nie wiadomo ilu uciekło wcześniej. Niemcy dostawali się na przeciwległą stronę Krakowskiego Przedmieścia wykorzystując niską barykadę w poprzek ulicy. Zbudowali ją dzień przed atakiem, o czym nie wiedzieliśmy.
Do stanu zabitych Niemców brakowało nam liczby trupów w Mittelwache, trochę Niemców musiało zginąć od granatów, które razem z por. "Harnasiem" tam wrzuciliśmy.
Po chwili wrócił wysłany przeze mnie chłopiec:
- Panie poruczniku, z wnętrza bije smród spalonych ciał. Nie mogłem wejść, policzyć, ani sprawdzić dokładnie, bo tam okropny żar...
Razem z mjr "Wolą" nadal staliśmy na półpiętrze "księżówki" i w luźnej rozmowie dokonywaliśmy obrachunku akcji. Mówiliśmy także o dozbrojeniu się powstańców. Wiadomo: zdobyliśmy trzy ckm-y, kilka rkm-ów, dużo pm-ów... Nikt wprawdzie nie obliczał poprawy uzbrojenia w wyniku zdobycia kościoła św. Krzyża i Komendy Policji. Nie kontrolował rozdzielenia zdobytej broni między atakujące oddziały.
Owszem, nie byłoby to łatwe. Po walce każdy starannie ukrywał to, co "zdobył", żeby mu nie odebrano. Tak czy owak - najmniej dozbroiła się kompania "Lewar". Przecież większość żołnierzy tej kompanii w ogóle nie miała możności zdobycia broni na pokonanym przeciwniku. Duża grupa broniła bezpieczeństwa ul. Traugutta, dwudziestu żołnierzy rtm. "Edyty" broniło zdobytego kościoła, osiemnastu żołnierzy por. "Lelka" ubezpieczało podziemie kościoła... Jedynie trzydziestu żołnierzy sierż. "Hefa" , ci, którzy zdobywali "księżówkę" i komendę - dozbroiło się dobrze. Ale nawet i żołnierze "Hefa" zaraz po zdobyciu komendy musieli przejść do kościoła, żeby wzmocnić jego obronę; spodziewaliśmy się kontrataku. Część z nich pilnowała magazynu z zatrutą żywnością.
Najlepiej dozbroili się ci, którzy przybyli poza planem. Z zajętych przez siebie drewnianych garaży na dziedzińcu komendy wsparli ostatnią fazę akcji opanowanie budynku komendy - i główny wysiłek skierowali na "zdobycie broni",
Rozmowę przerwali nam nagle chłopcy z aparatami fotograficznymi. Przybiegli, odmiennie umundurowani niż "harnasiowcy" czy "lewarczycy", z furażerkami bądź hełmami bojowymi na głowach ("lewarczycy" nosili czapki z daszkiem), z godnym pozazdroszczenia uzbrojeniem. Widać było ze sposobu odnoszenia się do mjr "Woli", że nie są mu obcy.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to nie moja sprawa. Ponieważ jednak zapraszali do zbiorowej fotografii, zaproponowałem majorowi miejsce tego zdjęcia: dziedziniec, blisko styku ścian frontowego skrzydła i oficyny zdobytej Komendy Policji. Na styku tych ścian były drzwi, przez które chłopcy wdzierali się do budynku komendy, brali do niewoli poddających się Niemców.
Major zgodził się i ruszyliśmy z "księżówki" przez dziedziniec. Miałem majora po prawej ręce. Po drodze robiono liczne zdjęcia.
Przez chwilę czekaliśmy na por. "Harnasia", który ze swoimi chłopcami poszukiwał broni i amunicji w zdobytych pomieszczeniach i magazynach.
Wreszcie ustawiliśmy się we wskazanym przeze mnie miejscu. Por. "Harnaś" z jednej, ja z drugiej strony mjr "Woli". Obok nas i za nami - duża grupa zdobywców komendy.
Fotograf dobierał punkt, z którego mógł objąć jak najwięcej: leżące przed nami, na pierwszym planie, zwłoki zabitego żandarma, który padł uciekając z płonącej Mittelwache i "studził" sobie prawą rękę w wodzie zbiornika przeciwpożarowego;
Całą naszą grupę ustawioną na dziedzińcu do fotografii; w tle, za naszymi plecami, widoczną ścianę frontowego skrzydła i ścianę oficyny komendy, obie stykające się pod kątem prostym.
- Uwaga! - pstryknął aparat.
Raz, drugi raz...
Trzeciego zdjęcia fotograf nie zdążył wykonać.
Na zdobyte obiekty posypały się serie z niemieckich granatników ulokowanych na Uniwersytecie.
Było około godz. 14.30. Uzgodniłem z por. "Harnasiem" - pośpiesznie, bo pod ogniem z granatników - że obejmie on w obronę budynek Komendy Policji, a "lewarczycy" - kościół św. Krzyża. Jednocześnie "lewarczycy" zapewniali bezpieczeństwo całej ul. Traugutta.
Mjr "Wola" tuż przed tym ustaleniem odszedł do dowództwa Obwodu Śródmieście. Jego rola dowódcy całej akcji zdobywania kościoła św. Krzyża i Komendy Policji zakończyła się.
Pokłosie całej akcji zdobywania kościoła św. Krzyża, "księżówki", Mittelwache i Komendy Policji nie było łatwe do ustalenia. Ani wtedy, ani potem. Mimo upływu wielu lat proces zorganizowanego precyzowania wyników akcji nie został uruchomiony. Wtedy, dwudziestego trzeciego sierpnia, trzeba było przezwyciężać utrzymujące się napięcie, zbierać rozproszonych żołnierzy i ubezpieczać zdobyte obiekty. Podobnie jak było to w innych walkach powstańczych.
Głównie na podstawie bardzo ogólnego obrachunku, jakiego dokonywaliśmy z mjr "Wolą" tuż po akcji, mogę podać następujące konkrety.
Ze stanu 160 - osobowej załogi niemieckiej rozpoznanego telefonicznie przez rtm. "Edytę" - do niewoli wzięliśmy 80 Niemców wraz z ich dowódcą por. Schlichterem. Zabitych zostało 32 Niemców, z czego 30 podczas zdobywania "księżówki" i Komendy Policji i 2 podczas zdobywania kościoła św. Krzyża. Spośród 48 pozostałych Niemców część spaliła się w Mittelwache, a część uciekła na Uniwersytet.
Nasze straty w zabitych wynosiły: 9 żołnierzy. W tym 6 żołnierzy poległo w walkach obronnych na ul. Traugutta; 3 żołnierzy poległo przy zdobywaniu Komendy Policji ("Hef" od "Lewara" i dwu od "Harnasia")71.
Poprawiło się uzbrojenie śródmiejskich powstańców. Zdobyto 3 ckm-y, kilka rkm-ów, nie wiadomo ile pm-ów, pistoletów i amunicji.
Najwięcej broni zagarnęli nie ci, którzy faktycznie zdobyli kościół św. Krzyża, "księżówkę", Mittelwache i Komendę Policji, lecz ci, którzy przybyli poza planem akcji. Przybyli "zdobywać broń" w zdobytych już obiektach. Uwolniliśmy zamkniętych w komendzie 60 granatowych policjantów, wśród nich komisarza Przymusińskiego mianowanego przez Niemców pułkownikiem. Wyzwoliliśmy około 250 osób cywilnych znajdujących się w podziemiu kościoła św. Krzyża.
Wyzwoliliśmy także 11 księży, w tym: ks. proboszcza Paszynę, ks. Dymka, ks. Oroafa, ks. Alojzego Niedzielę, ks, Czaplę, ks. Rymkiewicza, ks. Chodziełło i ks. Lasonia.
Zdobycie kościoła św. Krzyża i Komendy Policji poprawiło położenie powstańców w Śródmieściu. Cały kwartał wyznaczony ulicami Świętokrzyską, Mazowiecką, Traugutta, Krakowskie PfZedmieście został oczyszczony z Niemców. Kompania "Lewar", której jeszcze przed powstaniem wyznaczono rolę gospodarza w powyższym kwartale, ma prawo zaliczyć na swoje konto: zdobycie kościoła św. Krzyża, a także współzdobycie "księżówki" i budynku Komendy Policji. Ponadto: współobronę, wraz z kompanią "Genowefa", ul. Traugutta. Obrona ul. Traugutta izolowała główne ogniska walk w kościele, "księżówce" i Komendzie Policji od niemieckiej pomocy z zewnątrz.
Ponadto: spalenie czołgu przy pierwszym niemieckim kontrataku na kościół.

 

Źródło: fragment książki Jana Piotrowskiego "Jak zdobyć kościół Św. Krzyża i Komendę Policji?"