
ZDOBYCIE GĘSIOWKI - 5 sierpnia 1944
5 sierpnia rano kpt. "Jan"
zorganizował odprawę, na której przedstawił nowe zadanie,
które otrzymała "Broda": zdobycie obozu, tzw.
Gęsiówki. Dzięki tej akcji z jednej strony uwolnieni zostaliby
więźniowie Gęsiówki (byli to Żydzi, niedobitki powstania w
getcie oraz różnego rodzaju fachowcy-specjaliści,
ściągnięci z innych obozów w Europie), z drugiej strony,
otwarłaby się droga Zgrupowaniu "Radosław" na Stare
Miasto.
Dowódcą natarcia został por. "Jerzy", który przede
wszystkim, wspólnie ze swoim zastępcą, por. Eugeniuszem
Stasieckim "Piotrem Pomianem", dokonał rozpoznania
terenu. Część obozu od strony ul. Okopowej znajdowała się od
I początku walk w rękach powstańców. Niemcy wycofali siędo
wschodniej części obozu. Część ta była silnie umocniona
wieżami i bunkrami z dużą ilością broni maszynowej. Z
umocnionych wież Niemcy mieli rozległe pole ostrzału tak na
teren samego obozu, jak i na zewnątrz. Załoga obozu - to byli
esesmani w czarnych mundurach Sonderdienstu, szczególnie
"wsławieni" okrutnym stosunkiem do więźniów.
Według relacji komendanta politycznego Gęsiówki, którego
powstańcy dostali w swe ręce już w pierwszym dniu powstania,
na terenie obozu miało się znajdować kilkuset Żydów,
których Niemcy nie zdążyli wymordować. Mogło stać się to
jednak w każdej chwili, a więc zdobycie Gęsiówki było
sprawą ze wszech miar pilną.
Zadanie nie było łatwe - ogień z wież strażniczych i z
budynków bardzo szybko mógł zmieść natarcie powstańców.
Toteż w planie, który por. "Jerzy" przedstawił
dowódcom plutonów wytypowanych do akcji, pierwszorzędną rolę
miał odegrać czołg zdobyczny - pantera. Miał on oddać
strzały z działa do każdej wieżyczki i bunkrów - po czym
miało się rozwinąć właściwe natarcie.
Zasadnicze zadanie miał wykonać pluton "Felek" pod
dowództwem sierż. pchor. "Kuby" oraz 3. kompania pod
dowództwem ppor. "Giewonta". Pluton "Alek"
pod dowództwem sierż. pchor. "Kołczana" miał
zająć stanowiska od strony ul. Okopowej, wiążąc ogniem
wieże obozu i tym samym ściągając uwagę Niemców w tym
kierunku. "Bardzo starannie wyznaczamy trasę posuwania się
czołgu - zapisał w swoim wspomnieniu kpt. "Jerzy" -
ustalamy kolejność, w jakiej wieżyczki mają być ostrzelane,
określamy czas natarcia dla poszczególnych sekcji i sposób
wzajemnego ubezpieczania się." 35
A więc czołg miał iść w czole natarcia, pod dowództwem por.
"Wacka", podjechać pod stanowiska niemieckie i
włamać się do środka. Za czołgiem miała iść część
kompanii ppor. "Giewonta"', natomiast lewe skrzydło
ataku stanowić mieli żołnierze plutonu "Felek",
prowadzeni prze: sierż. pchor. "Kubę".
Druga część kompanii "Giewonta" miała iść na
prawym skrzydle, a jeszcze bardziej na prawo od nich
ubezpieczenie - żołnierze plutonu "Alek" Por.
"Jerzy" wraz z "Piotrem Pomianem" mieli
zajmować stanowisk, blisko pantery.
"Pogoda jest piękna, słońce oblewa zgliszcza i zwaliska
gruzów jaskrawym blaskiem, cienie bocianów (tzn. wież
strażniczych) kładą się na ziemię wyraźnymi plamami, getto
świeci czerwienią rozbitych murów, jaki
chciało zrobić konkurencję krwawej czerwieni pożarów,
okalających szerokim lukiem Wolę. Kłęby gęstych czarnych
dymów przewalają się nad horyzontem i raz po raz
przesłaniają słońce rudą plamą."
Por. "Jerzy" ze swego stanowiska obserwuje oddziały
zajmujące podstawy wyjściowe. Dzieje się to wszystko w sposób
niewidoczny dla nieprzyjaciela, zwłaszcza iż panterki
żołnierzy powstańczych znakomicie zlewały się z tłem
gruzów getta.
Dochodziła godzina 10.00, gdy czołg powstańczy wkroczył do
akcji. Ulicą Gęsią bez przeszkód doszedł do pierwszej
barykady. Niemcy na razie nie reagowali - być może brali czołg
za własny, przysłany im w odsieczy przez niemieckie dowództwo.
Opisuje kpt. "Jerzy": "Wielka i potężna
barykada, która oddziela nasze pozycje na Gęsiej od ziemi
niczyjej, rozciągającej się między murem Gęsiówki a nami,
okazała się bardzo łatwa dla naszej pantery, która
przetoczyła się po niej jak po śmietnisku żelaznych odpadków
i jedynie do łoskotu motorów i jazgotu karabinów maszynowych
dołączył się hałas miażdżonego muru, trzask łamanych
desek i szyn żelaznych. Pantera jest już na wysokości drugiej
barykady, którą bierze równie łatwo, jak i poprzednią."
Po sforsowaniu pierwszej barykady Niemcy zorientowali się, że
to nie ich czołg - rozpoczęli silny, choć niezbyt skuteczny
ogień broni maszynowej. Czołg odpowiedział strzałami z
działa, skierowanymi na wieże strażnicze. W tym samym momencie
pluton "Felek" z okrzykiem "hurra!" ruszył
do szturmu biegiem w kierunku pierwszej wieży. Niemcy usadowieni
w wieżach stawiali jednak dosyć silny opór. Po zdruzgotaniu
żelaznej bramy czołg otworzył drogę do natarcia w głąb
obozu. Pod jego osłoną żołnierze z ppor.
"Giewontem" przebiegają i zajmują nowe pozycje, już
wewnątrz Gęsiówki. Rozpoczyna się obustronny gwałtowny
ogień broni maszynowej. Jednakże decydujący jest ogień
działa czołgowego, przenoszony z jednej wieży na drugą.
"Strzelamy bardzo szybko - wspomina Witold Bartnicki - aby
nie pozwolić Niemcom na zmianę stanowisk. Bez przerwy zmieniamy
własną pozycję. Wystrzały działa słyszę jako tępe
stękanie na chwilę zagłuszające wściekły ryk silnika. Dym
zasnuwa całą kabinę. Nie mam czasu usunąć łusek z
przepełnionego pudła. Wacek ryczy na całe gardło - co
poznaję po ruchu ust - podając coraz to nowe cele. Potwornie
gorąco, nie wiem z czego. Pewnie pancerz nagrzał się od
słońca [...] Pracujemy z uporem w rzadko przerywanym milczeniu.
"Bajan" bez przerwy obraca wieżą i lufą, z głową
wciśniętą w półkolisty uchwyt operuje szybko pedałami,
manetkami elektrycznego silnika i rączkami kręgu i bębna.
Czołg co chwila zatrzymuje się, obraca, rusza z miejsca i
naciera na przeszkody."
Po jakimś czasie por. "Jerzy" widzi, jak z budynków i
wież Niemcy zaczynają grupkami uciekać. "Wszystkie punkty
ogniowe Niemców znalazły się pod bezpośrednim ostrzałem
działa czołgu - napisał po wojnie Wacław Micuta. - Obsługa
działa, celowniczy "Bajan" i zamkowy "Wiktor
Kadłubek", rozbili wszystkie wieże, skąd szedł ogień,
kończąc wypędzeniem Niemców z "białego domu"
zamykającego obóz od strony wschodniej."
W wymienionym "białym domu" znajdowało się
dowództwo obozu, jednocześnie tu Niemcy umieścili stanowiska
karabinów maszynowych. Gdy do budynku wpadli por.
"Jerzy" i kpt. "Jan" (który w trakcie
natarcia włączył się do akcji) razem z ppor.
"Giewontem" i częścią jego ludzi, widok, który im
się przedstawił, był świadectwem całkowitego zaskoczenia
Niemców.

"W dużej [...] sali stał długi stół, nakryty białym
obrusem, a na nim dymiąca jeszcze zupa, wina i wódki. Jedynie
powywracane krzesła dowodziły, że uczta została przerwana
niespodziewanie, a biesiadnikom bardzo było śpieszno opuścić
piękną salę. Wielki, antyczny zegar w kącie sali poważnie
wydzwaniał jedenastą."
Dodać należy, że uciekający z obozu Niemcy dostali się pod
ogień druzyny 1. kompanii, która od rana stacjonowała w szkole
na ul. Stawki. Powstańcy byli tu z km-em, wysłani w celu
osłony tamtejszego oddziału. Kiedy usłyszeli od strony Pawiaka
odgłosy walki, zmontowali w jednej z sal na stole karabin
maszynowy i gdy Niemcy zaczęli przeskakiwać przez mur od strony
północnej obozu, uciekając na Starówkę, dostali się pod ich
ostrzał. Wśród żołnierzy 1. kompanii był przedwojenny
podchorąży Stefan Kowalewski "Poraj", który z
mistrzowską wprawą kierował teraz ogniem km-u. Henryk Deminet
"Miś", Zdzisław Miśkiewicz (też) "Miś",
Andrzej Wyganowski "Karzeł", Jerzy Chełstowski
"Kadawer" i inni pomaga...; 1i mu ze swoich pm-ów.
Niemcy zorientowali się, że ogień nie pozwala im na
przeskoczenie muru; położyli ogień po oknach szkoły, ale na
szczęście nieskuteczny. Nie stwierdzono, ilu Niemców padło od
tej doraźnie zmontowanej odsieczy na Stawkach, z pewnością
jednak utrudniła ona nieprzyjacielowi ucieczkę.
Natomiast straty batalionu w akcji zdobycia obozu na Gęsiej
były następujące: poległ Juliusz Rubini "Piotr",
został ranny Jerzy Zastawny "Pręgus", ranna ciężko
w brzuch Zofia Krassowska "Zosia Duża", która
pełniąc służbę sanitarną w plutonie "Alek",
usiłowała wyciągnąć spod ognia niemieckich karabinów
maszynowych rannego kolegę; następnego dnia zmarła w Szpitalu
Wolskim.
Uwolnieni :Żydzi zachowali się wzruszająco. Gdy por.
"Wacek", zmęczony i poobijany wskutek skoków czołgu,
poszedł na samotny spacer po bitwie, zastał na rozległym placu
dwuszereg więźniów. Jeden z więźniów postawił oddział na
baczność i zameldował por. "Wackowi": "Panie
poruczniku, podchorąży Henryk Lederman z - tu wymienił nazwę
pułku piechoty - melduje batalion żydowski gotowy do
boju." 43
Zdumiony i wzruszony por. "Wacek" zameldował o tym
natychmiast ppłk. "Radosławowi", który pozwolił mu
zatrzymać w plutonie pancernym część uwolnionych więźniów.
Wśród nich znalazł się kpr. "Filar", znakomicie
znający się na instalą.cji elektrycznej, "Rysiek" -
mechanik samochodowy, Henryk Lederman "Heniek" - także
mechanik i inni.
Pozostali więźniowie zostali przekazani przeważnie innym
oddziałom. Część przydzielona została do kwatermistrzostwa
"Brody". Zaopatrzeniowiec "Brody" Ludwik
Michalski "Fil" dobrał sobie wykwalifikowanych
kucharzy.
(Fragment ksiązki Anny Borkiewicz-Celińskiej - Batalion "Zośka")
A tak wsponinają akcję jej uczestnicy
Wacław Micuta
"Wacek":
Inicjatywa natarcia na "Gęsiówkę" wyszła od mjr.
"Jana" i kpt. "Jerzego". Mnie, jako dowódcę
czołgów, też do tego wciągnięto. Rano 5 sierpnia poszliśmy
do płk. "Radosława".
Było nas trzech: był "Jan", był "Jerzy" i
byłem ja. "Jan" był dowódcą urodzonym,
"Jerzy" dowódcą doskonałym, watażką nie z tej
ziemi. Poprosili oni "Radosława": - Panie
pułkowniku, prosimy o pozwolenie na natarcie na
"Gęsiówkę" siłą pełnego batalionu.
"Radosław" odmówił, mówiąc: - "Ludzie, wojna
to nie zabawa, tu trzeba zrobić rachunek. "Bociany"
przy bramie obozu są tak umocnione ciężką bronią i
maszynową, że wy stracicie dobry batalion, a nie uratujecie
Żydów, bo Niemcom potrzeba tylko parę minut, żeby z tych
bocianów skierować ogień na więźniów."
Wyszliśmy wszyscy z nosami na kwintę i mówimy do siebie: - No
tak, batalionem nie możemy uderzać, ale może uda się nam taki
Husarenstueck, zaskoczenie jakieś.
I wtedy "Jan" zapytał mnie: - "Wacław, a
wjechałbyś czołgiem do środka?"
- "Wjechałbym, spróbuję w każdym razie."
Wracamy do "Radosława": - Panie pułkowniku,
rzeczywiście batalionem nie będziemy uderzać, to nie ma sensu,
ale my szybko, z zaskoczenia. Będziemy udawać, że
przygotowujemy natarcie. Od Okopowej jeden pluton będzie
wiązał Niemców ogniem i pójdzie w kierunku na Pawiak
"Wacek" pojedzie czołgiem, a za czołgiem
podciągniemy dwa plutony. Jeżeli "Wackowi" uda się
wjechać do obozu, to pierwszymi strzałami zniszczy wieżę
narożną i te plutony pójdą wtedy do szturmu.
"Radosław" zgodził się pod warunkiem zaskoczenia
Niemców i tego, że wszyscy pójdą na ochotnika.
I tak właśnie to się stało, szczęśliwie, w dwie godziny po
odprawie u "Radosława". Pojechaliśmy naprzód naszym
czołgiem, "Magdą". Niemcy myśleli, że to był ich
czołg, Pantera, krzyczeli: unsere Panzern kommen...; znaki były
nasze, ale niewidoczne. Dojechaliśmy do wjazdu z Gęsiej.
"Ryk" rzucił się na barykadę z cegieł, przy
skręcie z Gęsiej, może dwa metry wysoką. Czołg jakimś
szczęściem przeszedł. Zawiesił się na górze i stoczył się
nosem w dół, trochę nas przy tym potłukło. Wtedy okazało
się, że na prawo od nas było wejście do obozu, a tam jeszcze
jedna, niższa barykada, o której nie wiedzieliśmy. Krzyczę: -
"Ryk", wjeżdżaj na górę. To było wielką
zasługą kierowcy naszego czołgu, "Ryka",
podchorążego pancernego, który w czasie okupacji jeździł
jako szofer w straży pożarnej i był znakomitym szoferem.
Na Woli mieliśmy szczęście, że Niemcy nie mieli tam broni
przeciwpancernej. To nas uratowało. Niemcy już jednak
zorientowali się i pod tę drugą barykadę podłożyli jakąś
minę czy wiązkę granatów. Ta mina rzuciła nas potężnie,
ale gąsienica wytrzymała i znaleźliśmy się na wierzchu tej
barykady, po czym rozbiliśmy stalową bramę obozu. Od tej
chwili Niemcy mieli dwa wyjścia: albo ginąć, albo wiać. I
duża część z nich uciekła. Zgodnie z planem, pierwszy
strzał w wieżę narożną. Chłopaki z plutonu
"Felek", pod dowództwem "Kuby", to były
wspaniałe chłopaki; nie czekając drugiego strzału z czołgu,
ruszyli do ataku. Od drugiego pocisku jeden z nich dostał
cegłą w głowę.
Natarcie poszło jak błyskawica, te chłopaki runęli biegiem,
szturmowo, nieomal nie zatrzymując się dla osłony, jednego
widziałem na rowerze. Pedałował z całej siły środkową
aleją obozu, myślałem, że lada moment padnie, ale
szczęśliwie pod koniec alei rzucił rower i zaczął razić
Niemców z pistoletu maszynowego. Wszystkie punkty ogniowe
Niemców znalazły się pod bepośrednim naszym ostrzałem z
czołgu. Obsługa działa naszego czołgu, celowniczy
"Bajan" i zamkowy "Wiktor-Kadłubek",
rozbiła wszystkie wieże wartownicze, jedną po drugiej, skąd
szedł ogień, kończąc wypędzanie Niemców z "białego
domu", zamykającego obóz od strony wschodniej. Siedząc w
czołgu, czułem wtedy przyjemność myśliwego z tego
strzelania. Po walce w pierwszych dwóch wieżach znaleźliśmy
zabitych i rannych Niemców.
W pewnym momencie ogień ustaje i uwięzieni Żydzi, którzy byli
przekonani, że to już koniec, że już śmierć, raptem widzą,
że to jest oswobodzenie. Wszyscy oni wychodzą na zewnątrz, a
ja zdaję sobie sprawę z tego, że nie wiem, gdzie są nasi
chłopcy, że jesteśmy najsłabsi w tym pierwszym momencie.
Amunicji już nie mamy, za chwilę Niemcy mogą kontratakować i
nie tylko, że naszych wybiją, ale tych wszystkich Żydów też.
Zjawiają się nasze nowe oddziały.

Otwieram właz, krzyczę do nich, nie pomaga, wyciągam pistolet
i strzelam nad głowami, nic nie pomaga, oni podchodzą,
całują, euforia straszna. Są wolni. Nasi chłopcy krzyczą do
nich po polsku i niemiecku, próbują usuwać ich z pola walki,
bo nie mogą strzelać do uciekających Niemców. I batalia się
kończy. Straty baonu były niewielkie: dwoje zabitych i kilku
rannych.
Wszyscy byliśmy zaczadzeni, bo w czołgu nie działał
wentylator. Kiedy już się uspokoiło, potłuczony, wylazłem z
czołgu, żeby spokojnie odetchnąć. Wtedy dopiero człowiek
czuje zmęczenie. Wychodzę, a tam z tyłu, na środku
Appelplatzu stoi dwuszereg pasiaków w doskonałym szyku
wojskowym. Wyprostowałem się zaczerpnąłem tchu, podchodzę
tam. Na czele stoi jeden pasiak i krzyczy: - "Baaaczność!,
Na leewo patrz!". Podchodzi do mnie i mówi: - "Podchorąży
Henryk Lederman z takiego a takiego pułku piechoty melduje
batalion żydowski gotowy do boju." Za gardło mnie
chwyciło. Ci ludzie, natychmiast gotowi do walki, ze stu ludzi
dobra kompania bojowa! Powiadam do niego - "Poruczniku!
Trzymać kompanię do mego rozkazu" - i biegnę do
"Jerzego" i "Jana". Oni mnie uścisnęli, że
nam się udało. Mówię do nich: - "Słuchajcie, ja mam
tutaj kompanię, oddział żydowski, co z tym fantem
zrobić?"
Idziemy do "Radosława". Jak tylko weszliśmy, to on
krzyczy: - Cholera, ale mieliście szczęście.
Potem rozczulił się, uściskał nas. Mówię do niego: - Panie
pułkowniku, mam prośbę. Tam jest oddział żydowski, to
bohaterscy ludzie, dobry żołnierz. Niech mi Pan pozwoli
dowodzić tym oddziałem.
Ten na mnie skoczył: - Nie czytałeś rozkazu? Generał
"Bór", dowódca naczelny, wydał rozkaz, żeby
zwalniać z pierwszej linii wszystkich ludzi, którzy nie mają
broni. Żołnierz bez broni na pierwszej linii to straszna
demoralizacja. Skąd tę broń wziąć?
- "Panie pułkowniku, broni to zdobyliśmy dosyć dużo
na tych "bocianach". Oczywiście nasi przyjaciele z
plutonu byli tam pierwsi, to naszabrowali, ale nam też coś
zostało. A jeśli nie będzie broni, to ja muszę mieć oddział
mechaników, który będzie utrzymywał czołgi na chodzie. One
chodzą od rana do nocy, a w nocy trzeba je naprawiać."
"Radosław" zgodził się. Do plutonu pancernego
wziąłem tylu ludzi, ilu mogłem, i w ten sposób zostałem
dowódcą nie tylko plutonu pancernego, ale i oddziału
żydowskiego, który był chyba jedynym zwartym oddziałem
Żydów w Armii Krajowej.
Na "Gęsiówce" wzięliśmy wielu jeńców niemieckich.
To było Sicherheistsdienst, tzw. "czarni". To była
najgorsza swołocz. Ja ich pamiętam, bo siedziałem w więzieniu
Gestapo we Lwowie, na Łąckiego. Natychmiast odesłaliśmy ich
do tyłu i nie wiem, co się z nimi stało, ale sąd polowy był
jedyną rzeczą, którą można było zastosować wobec tych
ludzi.
Stanisław Romanowski "Kajtuś" i Józef
Nowocień "Konrad"
[...]. Rano 5 sierpnia rozstawiono żołnierzy dwóch drużyn,
"Karola" i "Konrada" z III kompanii
"Giewont", którzy dostali rozkaz natarcia na obóz.
Dla ubezpieczenia akcji obu drużyn mieliśmy jeden rkm, który
obsługiwał "Kajtuś".[...]
Przez wyłom w bramie, wybity przez nasz czołg, wtargnęliśmy
do środka obozu. Drużyna "Karola" poszła prawą
stroną obozu, a drużyna "Konrada" lewą. Jako pierwsi
szli "Karol" i "Konrad", którzy mieli
osłaniać ogniem innych żołnierzy III kompanii.
Przeglądaliśmy każdy barak, z których pierwsze były puste.
Nagle, jakieś dwa czy trzy baraki przed nami, otworzyły się
wszystkie drzwi i okna i wybiegł z nich w naszą stronę tłum
około 300 ludzi, ubranych w pasiaki, z głośnym krzykiem i
płaczem. Podejrzewając, że mogli to być Niemcy,
próbowaliśmy ich zatrzymać, jednak oni, nie zważając na
nasze rozkazy, biegli dalej, wołając, że są Żydami polskimi,
choć w krzyku tym słychać było wielojęzyczne nawoływania.
Od nich dowiedzieliśmy się, że Niemcy wycofali się do
części zajmowanej przez dowództwo i że było ich około 90
żołnierzy.
Posuwając się dalej, znaleźliśmy rkm i trzy skrzynki
amunicji, pozostawione na stanowisku, z którego Niemcy w
popłochu, zostawiając nawet broń, ratowali się ucieczką.
Silny ostrzał z jednej z wieżyczek powstrzymał nas na chwilę,
jednakże nasz ogień pokrył skutecznie i ten punkt oporu.
Dopadliśmy wreszcie do muru, oddzielającego drugą część
obozu od trzeciej. "Kajtuś" zajął stanowisko z rkm,
a drużyny wykonały pojedynczo skoki w kierunku budynku
dowództwa. Torując sobie drogę granatami, przeszukano go
cały, ale część Niemców zdołała wycofać się wwalce w
kierunku Stawek i Pawiaka. "Dąb", który zawsze
twierdził, że najpewniejszą bronią jest kb, miał teraz
dobrą okazję do brania na cel pojedynczych uciekinierów
niemieckich. Jakiś esesman został ranny. Por.
"Giewont" 35) nakazał sanitariuszce "Krysi".
założyć mu opatrunek. Ta, aczkolwiek niechętnie, wykonała
rozkaz dowódcy. Wzięliśmy wielu jeńców niemieckich. W
pomieszczeniach dowództwa, w sali jadalnej, zastaliśmy stoły
zastawione do śniadania czy obiadu, z ciepłą jeszcze zupą.
Ulokowaliśmy się w tym budynku, który z workami z piaskiem w
oknach wyglądał na możliwą do obrony twierdzę. W zajętych
budynkach gospodarczych nasi żołnierze, znaleźli duże zapasy:
żywność, beczki z masłem, cukier, makaron, stosy butów.
Wyzwoleni Żydzi ze wzruszeniem mówili nam, że wszyscy zostali
nagle uratowani, że byli przygotowani na śmierć, bowiem
nazajutrz mieli zostać rozstrzelani. Z szeregu Żydów
wystąpili czterej lekarze, którzy chcieli podjąć pracę na
rzecz powstańców. Por. "Giewont" polecił
"Krysi" udać się z nimi do szpitala Karola i Marii na
Lesznie. Por. "Giewont", zwracając się do wyzwolonych
Żydów, pozostawił im wolny wybór: mogli wstąpić w szeregi
walczącego oddziału lub opuścić teren "Gęsiówki"
na własną rękę. Każdy z Żydów został zaopatrzony w
jedzenie, buty, ubranie lub mundur poniemiecki. Spośród
ocalonych Żydów pewna grupa wstąpiła w szeregi batalionu
"Zośka", walcząc wraz z nami aż do kapitulacji
Powstania. Była wśród nich np. Żydówka imieniem Marysia,
która przeszła czały szlak bojowy III kompanii: Wola, Stare
Miasto, kanały, Śródmieście, Czerniaków, kanały, Mokotów,
kanały, Śródmieście. Nieznane są jej dalsze losy, ani
prawdziwe imię i nazwisko.
W natarciu na "Gęsiówkę", zginął
"Piotruś", który dostał śmiertelny postrzał w
piersi kulą dum-dum. Strzał oddał broniący się na wieżyczce
esesman. Sanitariuszki "Lusia" i "Lidka"
założyły jeszcze rannemu opatrunek, jednakże
"Piotruś" wkrótce zmarł, odmawiając modlitwę
"Zdrowaś Mario" i prosząc, żeby powiadomić o jego
śmierci jego narzeczoną - Magdę. Por. "Giewont"
zarządził uroczysty pogrzeb, prowadzony przez kapelana
batalionu "Zośka" - "Ojca Pawła".
Tadeusz
Zuchowicz "Marek"
[...] Obóz żydowski znajdował się przy ul. Gęsiej i
składał się z szeregów drewnianych baraków, zielono
malowanych. Otoczony był wysokim betonowym murem z wieżyczkami
strażniczymi z bronią maszynową. Ciężka, żelazna brama
stanowiła jedyne wejście na jego teren. W białym, murowanym
domku, otoczonym murowanymi bunkrami, była wartownia esesmanów
i Ukraińców.
Kiedy przez wyłom w murze wjeżdżała powoli nasza zdobyczna
Pantera, my sunęliśmy za jej potężnym cielskiem, od strony
bunkrów doleciał nas radosny okrzyk po niemiecku: Unsere
Panther! - Niemcy myśleli, że to był ich czołg. Czołg
podjechał blisko i wywalił ze swego działa w bunkier. Zewsząd
padały strzały broni maszynowej i wybuchały granaty, na które
odpowiadaliśmy ogniem, mierząc i wyłapując stanowiska
niemieckie. Mimo silnego oporu, parliśmy naprzód, wspierani
ogniem naszego czołgu.
Jeszcze nie ustał zgiełk bitewny i jazgot broni maszynowej,
kiedy wśród dymu i pyłu zaczęły wyłaniać się postacie
ubrane w pasiaki. Przybywało ich coraz więcej, otaczali nas
zwartą gromadą. Błyszczącymi ze zdziwienia, pełnymi lęku
oczami, spoglądali na nas, a my przyglądaliśmy się im z
równym zdumieniem, jak zdołali oni przetrwać wybuchy granatów
i strzelaninę z kaemów.
To byli Żydzi. Po krótkiej chwili wahania rzucili się ku nam i
różnojęzyczną gwarą zaczęli wyrażać swoją radość i
wdzięczność. W potoku słów rozróżnialiśmy język polski,
niemiecki, czeski, a niezrozumiały bełkot okazał się potem
językiem greckim. Krzyczą, Ściskają nas, całują, śmieją
się, dziękują za wyzwolenie. Częstujemy ich papierosami,
które chciwie zapalają, a po kilku zaciągnięciach się,
wybuchają jeszcze większą radością i żywiej gestykulują.
Wychudzeni, zarośnięci, z zapadłymi policzkami, tylko szeroko
otwarte oczy, w których błyszczą łzy radości z
niespodziewanego ocalenia. Opowiadają, że uratowaliśmy ich od
pewnej śmierci, gdyż Niemcy mieli ich w najbliższych godzinach
rozstrzelać. Kiedy dowódca kompanii "Rudy" - por.
"Andrzej Morro". wszedł do zebranej gromady i Żydzi
dowiedzieli się kim on był, wiwatom nie było końca.
Wśród Żydów wyróżniał się śmiałością mały, może
pięcioletni chłopiec - Czech. Interesował się czołgiem,
wdrapywał się na niego i zaglądał ciekawie do wnętrza. Potem
pobiegł do baraku, skąd wrócił z porcelanową figurką,
wyobrażającą panterę. Wręczył ją jednemu z naszych
czołgistów, mówiąc: "miałem ją cały czas w obozie,
ale panu dam na pamiątkę". "Kadłubek" wziął z
rąk chłopca porcelanową figurkę i czule go uściskał.
Figurka ta stała się maskotką czołgu. Jakiś stary, siwy Żyd
ze łzami w oczach przemawiał coś do mnie, ale nie zrozumiałem
go wiele. Wyciągnąłem z kieszeni garść kostek cukru i
włożyłem mu w drżące, wychudzone dłonie. Zresztą każdy z
nas starał się czymś zrobić przyjemność tym ludziom,
którzy zapewne zwątpili już byli w dobroć i ludzkość. My
wszyscy, mimo że straciliśmy kilku towarzyszy broni,
cieszyliśmy się ich szczęściem i tym, że wyrwaliśmy ich z
rąk hitlerowskich zbrodniarzy.
Zmrok już zapadał, kiedy nasze sanitariuszki i łączniczki
przyniosły tym Żydom kolację. Wygłodniali, połykali chciwie
chleb z marmoladą, konserwy mięsne i czarną kawę z cukrem.
My, widząc ich wygłodzenie, odstąpiliśmy im jeszcze część
naszych porcji. [...]
Z ochotników Żydów, którzy byli mechanikami i elektrykami,
sformowano drużynę obsługi czołgów. Inni mechanicy żydowscy
zostali przydzieleni do warsztatów rusznikarskich, prowadzonych
przez chorążego "Rafała" w szkole św. Kingi przy
ul. Okopowej. Większość wyzwolonych Żydów spełniała
pomocnicze czynności, np. transport rannych, noszenie wody,
sprzętu, zdobycznych mundurów. Zajmowali się gaszeniem
pożarów, naprawianiem barykad. Wszyscy oni otrzymali
powstańcze opaski i byli równoprawnymi żołnierzami Armii
Krajowej. Kilkunastu młodszych i silniejszych, którzy chcieli
wziąć bezpośredni udział w walkach, zostało wcielonych do
oddziałów bojowych. Z bronią w ręku walczyli oni wraz z nami,
ramię przy ramieniu. Wszyscy oni wykazywali wiele hartu, odwagi
i poświęcenia. [...]
Stanisław Sieradzki "Świst"
5 sierpnia rano prawym skrzydłem poszła kompania
"Giewont", lewym kompania "Rudy". Z plutonem
"Felek" kompanii "Rudy" posuwała się moja
sekcja karabinu maszynowego, a ulicą dojazdową, dzisiaj
Anielewicza, jechał do bramy obozu nasz czołg. Niemcy jak
zobaczyli czołg, to krzyczeli unsere Panzern. A unsere Machine
stanęła naprzeciw bramy, gruchnęła w nią i nasz czołg
wjechał na teren obozu. Wpadliśmy do obozu za czołgiem.
Już w obozie zalegliśmy w gruzach naprzeciw baraku, z którego
ostrzeliwali nas Niemcy. Bunkier ten szybko zdobył chłopak z
mojej sekcji, Jurek Zastawny "Pręgus". Nie wiem nawet,
kiedy "Pręgus" znalazł się pod tym bunkrem, kucnął
schowany, żeby go Niemcy nie ustrzelili i rękami pokazywał,
że nie wie, co ma robić dalej. Ja zza tych gruzów,
krzyknąłem do niego - "Wal granaty do środka, przez
dziury". Wrzucił trzy granaty, w tym jeden
"gamon" przeciwczołgowy. Huknęło, ścianę wyrwało
i bunkier ucichł. Wpadliśmy do jego wnętrza, na podłodze
leżało ich czterech - Niemców. Z okienka tego bunkra
ujrzałem, a jak uwolnieni Żydzi wysypywali się z baraków, jak
całowali naszych chłopców, nawet po rękach, chcieli ich
nosić na ramionach. Wyszedłem z bunkra na podwórze obozu.
Po chwili jeden z młodych polskich Żydów przyniósł skądś
wiadro pełne miodu i powiedział do mnie: "Panie
podchorąży - to dla pana w podzięce!". Rzuciłem
się na ten kubeł z miodem, zjadłem chyba cztery czy pięć
łyżek, więcej już nie mogłem. Koledzy moi też.
Wielu Żydów uwolnionych z "Gęsiówki" wstąpiło do
naszych oddziałów. Byli zbrojmistrzami, mechanikami. Świetni
fachowcy, bo przecież tylko Żydów-fachowców Niemcy tak długo
trzymali przy życiu - po prostu potrzebowali ich. Była także
specjalna kolumna kwatermistrzowska, pod dowództwem
"Fila", która gotowała nam zupę i kawę; była
specjalna ekipa tzw. grabarzy, którzy zbijali z desek trumny, w
których chowano naszych poległych.
Juliusz Bogdan Deczkowski "Laudański"
5 sierpnia stałem oparty o mur jednej z wież strażniczych
"Gęsiówki", na przedpolu zdobytym przez nas już
wcześniej. Z uszkodzonego bunkra przy bramie getta wyszli: mjr
"Jan", kpt. "Jerzy" i por. "Andrzej
Morro" . Andrzej zwrócił się do mnie: - "Chodź,
będziesz nas ubezpieczał".

Przeszliśmy przez dziurę w murze otaczającym
"Gęsiówkę". Dalej, w murze tym była wysoka,
szczelna brama, pokryta blachą, za którą byli SS-mani i
więźniowie. Przed ostatnią wieżą-bunkrem na przedpolu
pozostałem na dole, a moi przełożeni weszli na górę. Po
chwili zobaczyłem w podłużnym oknie trzy ich głowy. Nagle,
obłoczki dymu wytrysnęły tuż przy nich. To seria z karabinu
maszynowego. - "Dostali!" - pomyślałem przerażony.
Już chciałem biec w ich kierunku, gdy znowu wysunęła się
czyjaś głowa. Rozpoznanie trwało jeszcze przez chwilę.
W miejsce zasłonięte przed SS-manami z "Gęsiówki"
zaczęły uderzać kule, niecelne, ale zaniepokoiły one
wszystkich. Niemcy mogli strzelać do nas tylko z wieży
kościoła św. Augustyna. Po chwili nasza "pantera", z
biało-czerwoną szachownicą na pancerzu i harcerską lilijką
na wieży, dowodzona przez por. "Wacka" , skierowała
działo w górną część wieży kościoła. Dwukrotnie pociski
trafiały w cel.
- "Nacierać!" - padł rozkaz
"Kołczana", dowódcy plutonu "Alek".
Minęliśmy czołg, żegnani okrzykami i ruchami rąk przez mjr.
"Jana" i kpt. "Jerzego". Biegliśmy w
kierunku kościoła św. Augustyna, wśród zwałów ruin getta,
dwiema falami, ubezpieczając się wzajemnie. Głośne "Hurra!
Hurra!" dolatywało z "Gęsiówki". Inne
oddziały baonu "Zośka" atakowały obóz. W warkot
silnika czołgu wdzierały się serie broni maszynowej i
pojedyncze strzały. Z działa "pantery" wytrysnął
obłok dymu i rozległ się huk. Celny pocisk trafił w
niemiecką wieżę-bunkier.
Z prawej strony zobaczyliśmy budynek, nad którym powiewała
hitlerowska flaga. Dostaliśmy się pod ogień z tego budynku,
jednak szczęśliwie zajęliśmy skrzyżowanie dawnych ulic
Smoczej i Dzielnej, na którym dwa wysokie zwały gruzu tworzyły
wąwóz z wydeptaną na dnie ścieżką. Od kościoła św.
Augustyna byliśmy oddaleni jeszcze 60-80 metrów. Przed nami w
głębi znajdował się Pawiak.
Nagle okrzyk: - "Uwaga! Niemcy wycofują się z
Gęsiówki!". Szli pośpiesznie ulicą Dzielną w
naszym kierunku, w kierunku głównej bramy Pawiaka. Natychmiast
został wysłany goniec do "Andrzeja Morro".
- "Podpuścić, nie strzelać!" - padł
rozkaz. Oba karabiny maszynowe, obsługiwane przez
"Kolkę" i "Madejskiego", oraz ręczne
karabiny zostały skierowane w stronę zbliżającego się wroga.
Wreszcie padła komenda: "Ognia!"
Na SS-manów spadł jak gdyby niewidzialny drąg, który jednych
poprzewracał, innych roztrącił na obie strony. Ci z nich,
których nie dosięgły nasze kule, zajęli błyskawicznie
stanowiska i otworzyli ogień. Niemcy strzelali do nas z dwóch
stron i mogli nas jeszcze razić z wieży kościoła. To mogło
skończyć się dla nas tragicznie.
Od strony "Gęsiówki" biegła do nas "Zosia
Duża", sanitariuszka, ratować rannych, których się
spodziewała. Upadła. Wzmocniliśmy ostrzał. Nadbiegł
"Andrzej Morro". Błyskawicznie podniósł ranną na
ręce i wyniósł ją w bezpieczne miejsce. Wkrótce nasz czołg
podjechał w naszą stronę. Kilka strzałów z działa czołgu
do budynku z hitlerowską flagą uciszyło Niemców. Podjechała
sanitarka, która odwiozła Zosię do szpitala. Przybiegł do nas
mjr "Jan". Zapoznaliśmy go z sytuacją. Kazał nam
wycofać się na "Gęsiówkę".
Po wejściu do obozu ukazał się nam dziwny, ale wspaniały
widok. W tłumie żołnierzy z naszego baonu było pełno ludzi w
biało-niebieskich pasiakach. Radość uwolnionych więźniów
była olbrzymia, trudna do opisania. Twarze ich były
rozpromienione i podniecone, prawie każdy coś mówił, w
przeróżnych językach. Pamiętam, jak jedna z więźniarek
równocześnie śmiała się i płakała ze szczęścia.
Nagle zabaczyłem w tym tłumie kolegę z Pawiaka, Bronisława
Miodowskiego Podbiegł do mnie z okrzykiem radości, złapał za
szyję i zaczął całować. On w więziennym pasiaku, ja w
niemieckim hełmie i panterkowym mundurze, ale z biało-czerwoną
opaską na ramieniu i ze stenem w dłoni. Z grupy uwolnionych
więźniów przecisnął się także brat Bronka, Józef.
Baon "Zośka" uwolnił z "Gęsiówki" 348
więźniów, Żydów (324 mężczyzn i 24 kobiety), w tym 89
obywateli polskich. Każdy z nich miał swobodę decydowania o
swoim dalszym losie. Część z nich dołączyła do plutonu
pancernego baonu "Zośka". Brali oni udział w walkach
na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie. Kilku innych walczyło w
baonie "Parasol". Najwięcej żołnierzy z grupy
uwolnionych Żydów było w oddziale kwatermistrzowskim
"Fila" . Na Czerniakowie, z budynku przy ul.
Książęcej l, widziałem kilka razy kolumnę transportową,
wracającą nocą ze Śródmieścia przez nasze pozycje, w
której pełniło służbę 10-15 byłych więźniów
"Gęsiówki". W baonie AK "Parasol" z
uwolnionych więźniów "Gęsiówki", śmiercią
żołnierza polegli w Powstaniu: Henryk Poznański -
"Bystry", Peter Forrö - "Paweł", Soltan
Safijew - "Dr Turek".