
Natarcie na Dworzec Gdański 21/22.08.1944
Pierwszą próbę połączenia
oddziałów staromiejskich z żoliborskimi podjęto w nocy z 16
na 17 sierpnia jednak nie udało się zgrac szturmu oddziałów
"Zośki" i "Czaty 49" z Muranowa i ruin getta
ze zgrupowanie kampinoskich oddziałów leśnych mjr
"Okonia" (Alfonsa Kotowskiego). Drugią próbe, tym
razem z kierunku Żoliborza, wykonały oddziały mjr
"Okonia" w nocy z 20 na 21 sierpnia. Staromiejskie
oddziały dowodzone przez mjr "Jana" miały wesprzeć
Żoliborz atakiem z rejonu getto - Muranowska - Bonifraterska -
Jan Boży - Konwiktorska. Zgrupowanie mjr "Okonia"
zaatakowało po północy, lecz po około godzinie spłynęło na
podstawy wyjściowe tracąc około 100 zabitych i rannych. Tym
razem "Starówka" nie ruszyła i żoliborskie uderzenie
nie otrzymało koniecznego wsparcia... Boleśnie ujawnił się
brak łączności i synchronizacji działań w dwóch
sąsiadujących ze sobą - lecz odgrodzonych liniami niemieckimi
- dzielnicach.
Płk "Wachnowski" zdając sobie należycie sprawę z
tego, że jedynie połączenie sił i przestrzeni Żoliborza ze
Starym Miastem może uratować Grupę "Północ",
zdecydował powtórzyć natarcie, wzmacniając je najlepszymi
oddziałami Żoliborza i Starego Miasta.
W tym położeniu płk "Wachnowski" zamierzał
wesprzeć główne natarcie od północy silnym uderzeniem po obu
stronach ul. Bonifraterskiej ku Stawkom oraz z linii ul.
Konwiktorskiej przez boisko "Polonii" i park Traugutta
na bok i tyły fortu Traugutta. Wykonanie tego zadania dowódca
Grupy "Północ" powierzył pododdziałom wydzielonym z
baonów AK "Zośka", "Czata 49" oraz kompanii
AL pod ogólnym dowództwem szefa sztabu Kedywu mjr
"Bolka". Dowódcy pozostałych odcinków, mjr
"Sosna" i mjr "Róg", otrzymali polecenie
wydzielenia z odwodów wypróbowanych oficerów i szeregowych do
oddziału por. "Trzaski". Oddział ten miał przejść
kanałami na Żoliborz. Żołnierze ci, zmieszani z oddziałami
kampinoskimi, mieli podnieść ich postawę bojową. Ppłk
"Żywiciel" otrzymał rozkaz ubezpieczenia skrzydeł
natarcia swoimi najlepszymi oddziałami.
Początek natarcia zaplanowano na 22.VIII.1944 godz. 3:10 - czyli
na godzinę przed świtem. Miały być to dwa równoczesne
uderzenia skierowane z północy na Dworzec Gdański, i z
południa na fort Traugutta.

Na Żoliborzu
Na odprawie przed atakiem gen. "Grzegorz" i ppłk
"Żywiciel" ustalili następujący skład oddziałów i
plan natarcia z Żoliborza:
1. zgrupowanie "Żaglowiec" miało związać załogę
Cytadeli.
2. kompania "Żniwiarz" por. "Szeligi" ze
zgrupowania "Żaglowiec" uderzała z ul. Gen. Zajączka
- rozwinięta na odcinku od ul. Mickiewicza do ul. Felińskiego -
w kierunku Dworca Gdańskiego w celu ubezpieczenia oddziałów
mjr "Okonia
3. zgrupowanie mjr "Okonia", z pozycji wyjściowych na
południe od al. Wojska Polskiego przez spalone baraki miejskie,
przez tory klejowe na zachód od Dworca Gdańskiego w kierunku
Muranowa i Stawek.
4. oddział wydzielony ze zgrupowań "Żyrafa" i
"Żbik" pod dowództwem kpt. "Sławomira miał
zaatakować z okolicy klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek przy ul.
Krasińskiego Instytut Chemiczny i baterie niemieckie na
Burakowie.
Razem siły powyższe wynosiły ponad 950 żołnierzy.
O godz. 2:00 gen. "Grzegorz" sprawdził przygotowania
do walki, obchodząc odcinek wraz z płk "Hellerem" i
ppłk "Żywicielem". Oddziały otrzymały rozkaz do
wyruszenia o godz. 2:30.
Natarcie żoliborskie nie rozpoczęło się jednocześnie we
wszystkich oddziałach, gdyż nawet poszczególne drużyny
ruszyły według zegarków a nie na ogólny sygnał. Niemcy
jednak szybko zauważyli powstańców. Całe przedpole pokryli
ogniem zaporowym licznych ciężkich i lekkich karabinów
maszynowych z kilku stron, stwarzając pułap pocisków tuż nad
ziemią. Załoga Cytadeli skierowała ogień wzdłuż al. Wojska
Polskiego i wzdłuż torów. Wkrótce zaporę ogniową
uzupełniły liczne wybuchy granatów.
Usiłowania czynione w celu poderwania do ataku przez dowódców
plutonów i drużyn kończyły się najczęściej ich śmiercią.
Wkrótce od Cytadeli zbliżył się pociąg pancerny, bijąc z
ckm-ów na przedpole, z dział na budynki przy ul. Gen. Zajączka
i Lisa-Kuli. Piechota niemiecka ze stanowisk wzdłuż toru
gorączkowo ostrzeliwała wysunięte do przodu nieliczne grupy
powstańców. Dowódca kompanii "Żniwiarz" po godzinie
leżenia pod ogniem, zarządził odwrót, straciwszy 10
poległych i tyluż rannych.
Z baonu por. "Witolda" tylko część żołnierzy por.
"Dana" dobiegła do przejazdu łączącego ul.
Felińskiego z ul. Kłopot i zdobyła tam bunkier
nieprzyjacielski. Żołnierze następnie przekroczyli tory,
przedzierając się pod fort Traugutta; inna grupa dotarła do
ruin remizy tramwajowej na Muranowie. Tam jednak dostali się pod
morderczy ogień ckm-ów
W sąsiednim batalionie, jedynie kpt. "Mścisław" z
kilkunastoma żołnierzami przedarł się przez tory, lecz w
dalszym ruchu ku Stawkom większość tego oddziału zginęła.
Większość baonu przydusił ogień wroga i plutony wycofały
się wśród krwawych strat.
Pluton ppor. "Zawiei" (Zygmunt Raczkowski) z
prawoskrzydłowej kompanii, zaatakował Niemców w Instytucie
Chemicznym. Granatami wysadził bramę, lecz został odrzucony
ponosząc straty.
Oddział kpt. "Sławomira", nacierający w kierunku
baterii niemieckich na Burakowie, gdy te otwarły ogień z
kilkunastu dział, przeleżał godzinę pod ich stanowiskami po
czym wycofał się na pozycje wyjściowe.
Krwawe straty oddziałów nacierających z Żoliborza wyniosły
około 290 zabitych i rannych, w tym poległo 3 dowódców
kompanii i wielu dowódców plutonów.
Na Starówce
Natarcie ze Starego Miasta miało wykonać zgrupowanie
"Radosław", a na jego dowódcę wyznaczono szefa
sztabu Kedywu KG mjr "Bolka". W skład grupy
uderzeniowej weszły dwie kompanie baonu
"Zośka":"Maciek" i "Giewonta" oraz
kompania AL kpt. "Hiszpana" i dwie kompanie z baonu
"Czata 49" dowodzone przez por. "Motyla".
Razem siły te liczyły około 350 żołnierzy.
Natarcie to ruszyło ponad godzinę po żoliborskim - ok. 3:40.
Podstawą wyjściową do natarcia był szpital Jana Bożego i
Zakłady "Fiata".
Ugrupowanie oddziałów przedstawiało się następująco:
- w Zakładach "Fiata" stanęły dwie kompanie
"Czaty 49" stanowiące prawe skrzydło natarcia,
- u Jana Bożego wzdłuż ul. Konwiktorskiej pozycje zajęła 3.
kompania "Giewonta", stanowiąca centrum natarcia,
- u Jana Bożego, w blokach wychodzących na ul. Bonifraterską -
1. kompania "Zośki" stanowiąca lewe skrzydło.
Ruszając do ataku żołnierze
"Czaty 49" i "Zośki" przeskoczyli ul.
Konwiktorską i biegli w kierunku Klubu Sportowego
"Polonia". Posuwali się ostrożnie, aby Niemcy jak
najdłużej nie odkryli ich ruchu. Jednak przesunięte w czasie
rozpoczęcie natarcia spowodowało, że ruch posuwających się
oddziałów został zauważony...
Mimo niemieckiego ostrzału żołnierze dobiegli do muru
okalającego od północy boisko, skąd mieli przeprowadzić
właściwe natarcie. Niemcy zwiększyli ostrzał z broni
maszynowej. Do walki po ich stronie włączyły się granatniki,
których ogień zaczął razić powstańców na boisku
"Polonii".
W czasie, gdy niemiecki ogień masakrował powstańców na boisku
"Polonii"- kompania "Maciek" nadal czekała
na rozkaz do natarcia. Wreszcie ruszyli do ataku i po
przeskoczeniu Bonifraterskiej przeszli przez dziurę w murze i
przedostają się na teren dawnego getta. II pluton 1. kompanii
"Maciek" pod dowództwem pchor. "Skalskiego",
grupa AL kpt. "Hiszpana" i IV pluton 1. kompanii
dowodzony przez pchor. "Zdzisia-Misia" posuwał się
szybko - na razie Niemcy nie reagowali. Z marszu grupa zdobywa
dwa budynki - pierwszą linię niemieckiego oporu.
"Zośkowcy" zajmowali kolejne ruiny domów i wtedy
dostają się pod boczny ogień z kamienic na Muranowie. Teren
getta Niemcy pokrywają gęstym ogniem broni maszynowej i
granatników. Stanowi to zaporę nie do pokonania. Oddział
tracąc zabitych i wielu rannych zalega w gruzach...
Orientując się w tej sytuacje mjr "Bolek",
zadecydował przerwanie ataku i odwrót. W pierwszym etapie
wycofało się skrzydło prawe - "Czata 49" i
"Giewont".
Rano, na boisko "Polonii" wjechał niemiecki czołg,
gąsienicami miażdżąc leżących na murawie rannych
powstańców, których nie zdołano wynieść spod morderczego
ognia...
Przyczyną niepowodzenia było zbyt pośpieszne podjęcie natarcia, wskutek czego było ono źle zorganizowane; nie wykorzystano poważnej siły ognia posiadanych środków walki, oddziały Żoliborza nie związały na skrzydłach nieprzyjaciela, silniejszego od nacierających, nie obezwładniono ciężką bronią fortu koło Dworca Gdańskiego. Najważniejszym skutkiem nieudanych natarć było ze strony polskiej zaniechanie ponownych prób przebicia niemieckiej zapory między Żoliborzem a Starym Miastem. Oznaczało to ostateczne zamknięcie w kotle Starego Miasta.
Opracował Whatfor
Tak atak opisany został w wspomnieniach żołnierzy "Zośki":
I znów nastąpiło denerwujące
czekanie. Dopiero około godziny 3.40 prawe skrzydło i centrum
otrzymują rozkaz, aby ruszyć. Żołnierze "Czaty" i
3. kompanii "Zośki" (dwa plutony, jeden pod
dowództwem pchor. Stanisława Kozickiego "Howerli",
drugi pod dowództwem pchor. Stanisława Kujawskiego
"Brzozy" przeskakują ul. Konwiktorską i biegną w
kierunku klubu sportowego "Polonia". Biegną dość
wolno, tyralierą. Starają się dotrzeć, nie zauważeni, do
muru otaczającego stadion od północy, by tam zająć dogodne
stanowiska dla karabinów maszynowych, które mają ostrzelać
Fort Traugutta. Niestety, zaczynał już ustępować mrok nocy,
zbliżający się wschód słońca zwiększał
niebezpieczeństwo.
"Już, już dobiegliśmy zbawczego, jak się nam zdawało,
muru - opisuje łączniczka "Renata" - gdy nagle w
panującej dotąd zupełnej ciszy wybuchł szczekot maszynowej
broni. Jednocześnie zobaczyliśmy całe serie pocisków
świetlnych ciężkich karabinów maszynowych niemieckich,
przesuwających się wachlarzowato w prawo - w lewo - po naszym
lewym skrzydle. Natężenie ognia, gęstość kul, które
mogliśmy widzieć w postaci pędzących mas światełek, była
przerażająca. (...) A więc stało się coś najgorszego, czego
można było oczekiwać. Niemcy zauważyli nas przed czasem, nim
dobiegliśmy miejsca, skąd mieliśmy przeprowadzić
uderzenie." 124
Jednakże żołnierze dobiegli muru, skąd mieli przeprowadzić
właściwe natarcie. Mur ten, według uprzednich przewidywań,
powinien stanowić pewną osłonę przed pociskami niemieckimi.
Niemcy zauważyli ruch powstańców i zwiększyli ogień
granatników w kierunku muru. Zaczęli padać ranni i zabici.
Ginie sierż. pchor. "Howerla", pada ciężko ranny
"Brzoza". Giną sierż. pchor. Henryk Dąbrowski
"Alfred", sierż. pchor. Jerzy Wypych
"Mnich". st. strz. Tadeusz Grzeszczyk
"Zając", st. strz. Jerzy Michałowski
"Jurek".
W tym czasie, gdy Niemcy walą z granatników po boisku
"Polonii", 1. kampania w dalszym ciągu czeka na
podstawie wyjściowej. Wspomina "Kmita":
"Powinniśmy - zdaje nam się - ruszyć, a jednak tkwimy w
miejscu, niecierpliwiąc się. Nieba szarzeje [u.] Dowódcy
drużyn i dowódcy plutonów z gwizdkami w ustach sterczą przy
przełazach i szczebli. nach .obserwacyjnych. Każdy z nas zdaje
sobie sprawę, ze moment zaskoczenia już dawna minął. [...]
Wobec tej niezwykłej sytuacji decyduję się dotrzeć da
dowódcy całości natarcia, mjra Bolka, znajdującego się w
suterynie szpitala Jana Bożego, bliżej Sapieżyńskiej. Mijam
biegiem paru rannych niesionych na kocach, nie ma czasu pytać
się a rezultaty. Łączniczka Urszula szybka wprowadza mnie do
majora Bolka. Nieśmiała interwencja, przyśpieszająca wydanie
decyzji, kończy się twardym rozkazem: czekać i nie pouczać
przełożonych."
A więc w dalszym ciągu trwa męczące czekanie. Gdy w końcu
przybiega łączniczka, nie przekazuje rozkazu wyruszenia z
podstawy wyjściowej, lecz polecenie wysłania patrolu
rozpoznawczego w gruzy getta. "Kroita" typuje trzech
ludzi: plut. Mieczysława Kurowskiego "Miriama", pchor.
Tadeusza Kieliszczyka "Technika" i pchor. Stanisława
Sadkowskiega "Czarnega" - tego ostatniego jako
dowódcę patrolu. Po dojściu do barykady na rogu
Bonifraterskiej, Konwiktarskiej i Muranowskiej patrol zastaje
obrzucany granatami i ostrzelany - Niemcy są tuż. Pada
"Czarny", sanitariuszka "Ewa" biegnie, by go
opatrzyć; "Czarny" jest już w stanie agonalnym.
W chwilę po powrocie patrolu łączniczka od mjr.
"Bolka" przynosi wreszcie upragniony rozkaz wyruszenia
do natarcia. Pluton II kampanii "Maciek" pad
dowództwem pchor., "Skalskiego" wybiega pierwszy, za
nim grupa AL pad dowództwem kpt. "Hiszpana" i za nimi
pluton IV kompanii "Maciek" pad dowództwem pchor.
"Zdzisia-Misia".
Przez dziury wybite w murze żołnierze przedostają się na
teren getta, Natarcie posuwa się szybka, niemiecki ogień nie
jest na razie zbyt groźny. Pierwsza zastaje ranna Maria Urbaniec
"Myszka" - najmłodsza łączniczka 1. kampanii.
Opisuje żołnierz II plutonu Wojciech Szymanowski
"Synon": "Mamy do przebycia okoła stu metrów
otwartej przestrzeni. Pierwszym impetem na. tarcia zdobywamy dwa
budynki, które stanowiły pierwszą linię oporu niemieckiego.
Szkopi zostawiają kilku zabitych i wynoszą się do tyłu.
Zatrzymujemy się chwilę pod osłoną zdobytych budynków,
dołączają spóźnieni koledzy i szykujemy się do drugiego
skoku. Skalski pokazuje mi "wzgórze", które mam
opanować, dzieli mnie ad niego około stu metrów. Szkapy
otwierają silny ogień obronny, następuje gwałtowna wymiana
ognia i idziemy."
"Posuwamy się naprzód - wspomina inny żołnierz tego
plutonu, pchor. Stanisław Rybka "Tur" - mijamy na
pół rozwaloną kamienicę, bunkier betonowy, osiągamy linię
wagoników. Przed nami większe zwałj1 i góry gruzów, zza
których wyraźnie strzelają granatniki. Ostrzeliwani jesteśmy
nadal z boku, z okien kamienic Muranowa. Są zabici i ranni,
padają "Virtus", sanitariuszka "Ewa",
"Sęp", ranni są "Szczerba" i
"Szary". Mimo to natarcie posuwa się naprzód. Przy
likwidacji nieprzyjacielskiego stanowiska moździerza, ukrytego
za jednym z wyższych wzgórz gruzu, zostają ranni w nogi
"Synon" i "Tur"."
Wprawdzie wsparcie broni maszynowej kompanii "Rudy" z-
budynku szpitala Jana Bożego było "względnie
skuteczne", jak określił to w swoim opisie natarcia
"Kmita", lecz znacznie bardziej skuteczny był ogień
niemiecki. Ogień ten w całym znaczeniu tego słowa przydusił
powstańców do ziemi.
Na skutek zwiększających się strat mjr "Bolek"
wysyła gońców do obu członów natarcia z rozkazem -
wycofywać się!
W pierwszym etapie wycofało się skrzydło prawe -
"Czata" i kompania ppor. "Giewonta". Pociski
granatników padające wokół dziesiątkowały wycofujących
się żołnierzy. To samo działo się na lewym skrzydle, które
załamało się nieco później. Silny i z bliska prowadzony
przez Niemców ogień broni maszynowej powoduje, iż 1. kompania
ponosi tej nocy najbardziej krwawe straty (szesnaście osób
poległych, w tym trzy zmarły z ran następnego dnia) Wśród
poległych znalazła się sanitariuszka Ewa Stefanowska
"Ewa", związana z oddziałem od czasów Grup
Szturmowych, dzielna, ofiarna uczestniczka wielu akcji
przedpowstaniowych. W bitwie o Dworzec Gdański nie miała brać
udziału, gdyż w ostatnich dniach uczestniczyła we wszystkich
niemal działaniach i była bardzo przemęczona. "Szef
dziewcząt 1. kompanii "Maciek" - Joanna - miała
wydać odpowiednie polecenie. Ewa nie wyobrażała sobie jednak,
aby jej chłopcy mogli nacierać bez sanitariuszki plutonu i w
ostatniej chwili weszła w akcję." Ogółem w natarciu na
Dworzec Gdański poległo dwudziestu jeden żołnierzy batalionu
"Zośka". Ranni, których nie zdołano ściągnąć z
boiska "Polonii", zostali w ciągu dnia zmiażdżeni
gąsienicami czołgów niemieckich, które wjechały na teren
bitwy, aby w ten sposób dobijać umierających.
Wśród nich znajdował się Eugeniusz Boguszewski
"Malarz", żołnierz kompanii "Maciek",
wypożyczony na czas bitwy ppor. "Giewontowi". Koledzy
widzieli go padającego i byli przekonani, że został zabity.
Tymczasem "Malarz", otrzymawszy potężną serię (6-8
przestrzałów), padł nieprzytomny, ale po jakimś czasie
przytomność odzyskał. Seria, którą otrzymał w lewą rękę
i lewą stronę klatki piersiowej, byłaby zapewne śmiertelna,
gdyby nie wywatowana marynarka, którą miał pod panterką. Ta
go uratowała. Gdy już był przytomny, zauważył czołgi
jeżdżące po pobojowisku i zrozumiał, co się dzieje.
Postanowił działać, prawą rękę miał sprawną.
Rozejrzał się wokół i podczołgał nieznacznie do dwóch
zabitych kolegów, którzy mieli filipinki. Zabrał je i
położył obok siebie. Zza pasa wydobył angielski granat
obronny, wyciągnął zębami zawleczkę, rękę z granatem
umieścił przy filipinkach. Teraz czekał na czołg. Plan jego
był prosty gdy czołg na niego najedzie, granat zdetonuje. Sam
"Malarz" zginie, ale czołg zostanie unieruchomiony.
Filipinki narobią huku, załoga czołgu, jeśli nawet nie
zostanie poraniona, ucieknie.
Czołg kilka razy przejechał koło niego, ale na niego nie
wjechał. Po pewnym czasie czołgi odjechały. A
"Malarz" został, coraz to słabszy na skutek upływu
krwi (chociaż na szczęście wata w marynarce zastąpiła
prowizoryczny opatrunek), kurczowo ściskając odbezpieczony
granat. Konstrukcja granatu angielskiego nie pozwalała na
powtórne zabezpieczenie, po wyciągnięciu zawleczki tzw.
łyżka uruchamiająca zapalnik odskakiwała daleko. Nie chcąc
dopuścić do wybuchu granatu, należało mocno go ściskać,
żeby nie zwolnić "łyżki". Ręka zaczęła
cierpnąć, "Malarz" wsadzi! granat pod brzuch. Ręka
trochę odpoczęła, właściciel jej nawet się zdrzemnął. Po
zapadnięciu zmroku i ochłodzeniu wieczornym poczuł się
lepiej. Ściskając z całej siły odbezpieczony granat w ręku,
używając łokcia tylko tej jednej ręki, czołgał się w
kierunku ul. Konwiktorskiej. Kilkakrotnie odpoczywał, kładąc
wypróbowanym sposobem granat pod brzuch. Gdy doczołgał się na
tyle blisko, że mógł już zawołać do swoich - nie miał
siły wstać, gdy wybiegł po niego patrol sanitarny. Tłumaczył
tylko, że granat, że odbezpieczony...
Źródło: Batalion "Zośka" - Anna Borkiewicz-Celińska
Szczegółowy opis natarcia wraz z relacjami innych uczestników takżew serwisie whatfora