Zdobycie Elektrowni na Powiślu 1.08.1944

W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia, od godziny 8 wieczór do 8 rano, kpt. "Cubryna" (inż. Stanisław Skibniewski) ma służbę w Elektrowni Miejskiej na Powiślu, której był dyrektorem. Około godziny 7 mjr "Noster" (Antoni Łocz) komendant Okręgu Warszawskiego Wojskowej Służby Ochrony Powstania (WSOP), któremu podporządkowany jest oddział bojowy Elektrowni Warszawskiej, zawiadamia o wyznaczeniu godziny "W".
Kpt. "Cubryna" jest pełen złych przeczuć. Zdaje służbę por. "Kowalskiemu" (Tadeusz Kahl) i udaje się na Piękną, aby omówić sytuację z mjr. "Nosterem " i kpt. "Blondynem" .
Według jego głębokiego przekonania moment wybuchu powstania jest zupełnie nieodpowiedni. W oddziałach AK brak broni, nieprzyjaciel w stolicy nie da się zaskoczyć, ponadto jest wciąż silny. W chwili wybuchu powstania przerzuci z pobliskiego frontu liczne jednostki wojskowe.
- Jaki panowie przewidujecie wynik powstania? - pyta "Cubryna". - Czy wybuch powstania został uzgodniony z dowództwem Armii Radzieckiej i aliantami?
Mjr "Noster" i kpt. "Blondyn" są zaskoczeni tymi pytaniami, patrzą na niego z nie ukrywanym zdziwieniem. O sposobie podejmowania tej decyzji nie wiedzą nic konkretnego, przypuszczają jednak, że Komenda Główna AK zapewne brała pod uwagę wszystkie okoliczności. "Cubryna" w dalszym ciągu nie jest przekonany. Oficerowie oświadczają, że oficer dyskutujący w decydujących chwilach z rozkazem dowództwa zasługuje na kulę w łeb.
Po przeszło godzinnej dyskusji, obfitującej w bardzo gorące momenty. kpt. "Cubryna" - w dalszym ciągu nie wierząc w słuszność tej decyzji - oświadcza. że jako żołnierz podporządkowuje się rozkazom Komendy Głównej AK.
Powraca więc do elektrowni i zwołuje na godzinę 12 odprawę dowódców plutonów i ich zastępców w mieszkaniu jednego z pracowników przy Smulikowskiego. Na odprawę przychodzą: por. "Kowalski" i podporucznicy - "Lech" (inż. Antoni Zych), "Kalina" (inż. Mirosław Czajkowski), "Jur" (inż. Walery Cieśliński), "Sulimczyk" (Stanisław Cendrowski), "Wierciński" (inż. Aleksander Rondthaler). Kpt. "Cubryna" odczytuje rozkaz płk. "Montera" o wyznaczeniu godziny "W". Lakoniczny rozkaz wywołuje ogromne wrażenie. "Cubryna" zapoznaje zebranych z treścią swojej rozmowy z mjr. "Nosterem" i kpt. "Blondynem" i wydaje rozkazy.
- Podporucznik "Lech" wraz z dwoma ludźmi natychmiast uda się samochodem do lokalu przy Poznańskiej i tam pobierze materiał wybuchowy do sporządzenia miny, którą zostaną wysadzone w powietrze koszary niemieckiej załogi elektrowni. Wszystko ma już przygotowane. Hasło, odzew i plan orientacyjny.
Kierownik Sztarmak wydobędzie ze skrytek broń. Każda placówka przeniesie dla siebie broń z warsztatów samochodowych na Solcu na poddasze budynku "Transformatorów i Liczników". Wszyscy panowie dowódcy natychmiast udadzą sit( do swoich oddziałów i przystąpią do wykonania zadania. Porucznika "Lecha" proszę o pozostanie. Kiedy wszyscy wyszli, "Cubryna" powiada do "Lecha":
- Zapadła decyzja, aby pan porucznik objął dowództwo nad oddziałem bojowym Miejskiej Elektrowni.
"Lech" patrzy na niego zdumiony. Tą wiadomością jest tak zaskoczony, że przez chwilę nie może nic powiedzieć. Nie rozumie tej decyzji. Zmiana dowódcy tuż przed rozpoczęciem walki?!
- Dlaczego? Skąd taka decyzja? Co będzie z panem kapitanem i porucznikiem "Kowalskim" ?
- My będziemy znajdować się w budynku administracyjnym. Tego wymaga sytuacja, jaka się wytworzyła w ostatniej chwili. Nie pora na jej wyjaśnianie. Na wypadek niepowodzenia naszej akcji w elektrowni będziemy mogli coś zaradzić.
- Zgoda, panie kapitanie, ale pod jednym warunkiem. Tak nagła zmiana na stanowisku dowódcy mogłaby wpłynąć deprymująco na ludzi. Uważam, że do pewnego czasu należy utrzymać tajemnicę. Pan kapitan wyda rozkazy naszym oddziałom.
- Dobrze - mówi kpt. "Cubryna".
"Lech" udaje się na trzecie piętro budynku administracyjnego, gdzie znajduje się jego pluton liczący 18 ludzi. Każdemu wyznacza zadanie i stanowisko w walce. Ppor. "Kalina" przygotuje wszystko, co jest potrzebne do założenia miny: a więc klucze zapasowe do drzwi warsztatów, liny i drabinę, poza tym ma zawiadomić wtajemniczonych ludzi z warsztatów naprawczych "Transformatorów i Liczników", aby przybyli na czas.
Ppor. Wincenty Szantyr i pchor. Feliks Wodzyński, obydwaj saperzy, przeprowadzą wybuch miny. W jego pokoju biurowym mają oczekiwać na materiał wybuchowy.
Odchodząc, "Lech" mówi Szantyrowi i "Kalinie" o wyznaczeniu go na dowódcę całego oddziału bojowego elektrowni, ale prosi, aby o tym nikomu nie wspominali.
Samochód ciężarowy elektrowni pędzony gazem drzewnym, jak niemal wszystkie prywatne wozy w czasie okupacji, stoi przed budynkiem. Kierowca, chłopak odważny, kręci się przy samochodzie, coś jeszcze sprawdza i dogląda. Obok stoi dwóch ludzi z oddziału AK, którzy jako monterzy mają rzekomo dokonać wymiany transformatorów przy ulicy Wiktorskiej, co poświadczone jest odpowiednim pismem dyrekcji elektrowni.
Na wozie znajduje się skrzynka wypełniona suchymi kawałkami drewna przeznaczonymi do opalania kotła. W niej zostanie ukryty materiał wybuchowy. Przychodzi inżynier "Kaptur" (Józef Himner). W ostatniej chwili "Lechowi" udało się uzyskać zgodę, aby mu towarzyszył w tej ryzykownej eskapadzie.
Samochód rusza z miejsca i szybko jedzie przez główne ulice. Mimo licznych patroli żandarmerii na motocyklach i samochodach - udaje się jednak chłopcom przyjechać na Poznańską koło Wspólnej. "Lech" i "Kaptur" wchodzą do bramy domu. Zastają tutaj młodego człowieka w letnim płaszczu, mówią hasło i kryptonim oraz oznajmiają cel swojego przybycia.
- Przyjechaliście panowie za późno. Cały materiał wybuchowy został już rozdany oddziałom powstańczym.
- Co pan przez to rozumie, co to znaczy?! Cała akcja opanowania elektrowni weźmie w łeb! .
- Jedźcie natychmiast na Chocimską, willa koło Instytutu Higieny. Oto hasło i szkic.
- Czołem! - Czołem!
"Kaptur" powraca do elektrowni, zaś "Lech" nakazuje kierowcy, aby jechał w stronę Mokotowa. W czasie jazdy orientuje się, że posuwa się za nimi motocykl z trzema żandarmami. Należy możliwie jak najprędzej oderwać się od patrolu. Nie zważając na przepisy ruchu drogowego, szofer kluczy po różnych ulicach. Po kilkunastu minutach takiej jazdy udaje się ujść z oczu Niemców. Aby upewnić się, czy zmylili pogoń, zatrzymują się przed domem przy Skorupki. Rozglądają się. Niemców nie ma. Jadą więc dalej. Przy zbiegu Puławskiej i Rakowieckiej patrol niemiecki zatrzymuje samochód. Niemcy każą wszystkim wyjść na chodnik, zabierają im dokumenty i udają się do sąsiedniego domu, gdzie mieści się jakaś komenda niemiecka. Jeden z żandarmów stoi z peemem przy samochodzie.
- Jeśli Niemcy nie oddadzą papierów - mówi "Lech" do szofera - a każą jechać pod eskortą na Szucha lub na Pawiak, to niech pan powoli opuszcza głowę. Będzie to znak, że jest z nami źle i trzeba się ratować, jak kto może. Przez okienko w ścianie szoferki będę pana obserwował.
Po chwili dwóch żandarmów podchodzi do samochodu i nakazuje szoferowi wygasić kocioł.
- Tego się nie da zrobić.
- Dlaczego?
- Wóz jest opalany gazem drzewnym i nie da się od razu wygasić. Elektrownia musi mieć wozy na chodzie. Co będzie, gdy nastąpi awaria na linii?
Żandarmi naradzają się chwilę, po czym jeden siada obok szofera. Wszystkim każą wejść na wóz, obok nich usadawia się drugi żandarm z peemem.
Kierowca rusza ostro. "Lech" obserwuje przez okienko. Po ujechaniu kilkudziesięciu metrów szofer powoli opuszcza głowę. Powtarza to kilka razy.
- Ja pryskam! - mówi "Lech" do kolegów. - Zróbcie osłonę.
Szofer tymczasem zwiększył szybkość wozu. Przy jednej z bocznych ulic tak gwałtownie zahamował, że wszyscy wpadli na siebie. Ten moment "Lech" wykorzystuje i wyskakuje na ulicę. Pada na trawnik. Przez chwilę nie podnosi się. Szofer daje gazu i znika szybko za zakrętem. Na wozie żandarm nie zauważył nawet, że "Lech" gdzieś się ulotnił.
Samochód z Niemcami i pracownikami elektrowni dojeżdża do Centralnych Zakładów Oczyszczania Miasta. Żandarmi zatrzymują tutaj samochód, a ludziom nakazują powrót do elektrowni.
Tymczasem "Lech" dochodzi pod wskazany adres przy Chocimskiej, przedstawia cel swego przybycia i wkrótce otrzymuje 10 podłużnych lasek angielskiego plastiku, zawiniętego w biały pergamin. Ważą około 2,5 kilograma. Jest to jednak o wiele za mało.
Po długich targach "Lechowi" udaje się wydębić jeszcze 10 kilogramów szeditu. Otrzymuje również 3 spłonki detonacyjne, 4 metry lontu Picforta i lont prochowy.
Ponieważ pierwszy raz ma do czynienia z materiałem wybuchowym, jeden z oficerów Kedywu wyjaśnia mu sposób przygotowania i podpalenia miny. "Lech" wkłada wszystko do teczki skórzanej.
- Zapewne ma pan samochód? - pyta ktoś z obecnych.
- Miałem, ale już go nie mam. I w dużym skrócie "Lech" opowiada całą historię z samochodem.
- Daleko stąd do elektrowni. Niebezpieczna pora.
- Dajcie mi jakąś broń.
- Z bronią jest u nas krucho.
- Co będzie, gdy patrol żandarmerii mnie zatrzyma?
- Nic nie będzie. Rzuci pan teczkę o ziemię i będzie po wszystkim - mówi ktoś z wisielczym humorem.
Jest godzina 1 po południu. O tej porze Puławska jest zwykle rojna, lecz tym razem dziwnie na niej pusto. Zapewne grasują Niemcy. "Lech" ogląda się na wszystkie strony. Od strony Mokotowa nadjeżdża tramwaj. Jest załadowany i obwieszony "winogronami" do ostatnich granic. Trzeba się jednak do niego dostać. Udaje mu się stanąć na desce ochraniającej koła i uczepić jedną ręką ramy okiennej. Mimo woli uświadamia sobie, co by było, gdyby ze ścierpniętej ręki wypadł ten piętnastokilogramowy ładunek? Na dłuższe rozmyślania nie ma jednak czasu, bo przy placu Zbawiciela motorniczy oznajmia, że wóz dalej nie jedzie. "Lech" idzie Mokotowską, a potem Kruczą. Tutaj spotyka swoją narzeczoną, Krystynę Telesińską. Dziewczyna prosi, aby zatrzymał się na chwilę.
- Nie mogę... Później opowiem ci wszystko. Bądź zdrowa.
"Lech" idzie bardzo ostrożnie. W bocznych uliczkach Powiśla czuje się już nieco pewniej. Bez przeszkód dochodzi do budynku administracyjnego elektrowni. Wita go gromada urzędników i urzędniczek. "Lech" przypomina sobie, że dzisiaj wydają miesięczne przydziały żywnościowe, a on przecież jest delegatem wydziału.
- Gdzie się włóczysz? Wszyscy zabrali rąbankę, a my czekamy nie wiadomo na co.
- Bądźcie spokojni. Wszystko w porządku - odpowiada "Lech". - Zabrałem już dla was wszystkich. Mam w teczce...
Chłopcy w plutonie patrzą na niego ze zdumieniem. Byli przekonani, że wpadł w ręce Niemców i że z całej akcji będą nici. Wygląda, jakby wyszedł z wody. Nie ma jednej chwili czasu na odpoczynek. Udaje się do kpt. "Cubryny".
- Panie kapitanie, melduję posłusznie, że otrzymałem wszystko, co potrzeba do założenia miny.
- Dzielnie się pan spisał. Byłem bardzo niespokojny o pana.
- Przystępuję teraz do przygotowania i założenia miny.
Łącznicy niosą rozkaz do dowódców plutonów, że sygnałem uderzenia na załogę niemiecką będzie wybuch miny w budynku koszar.
W pokoju "Lecha" oczekuje ppor. Szantyr i pchor. Wodzyński. Są ogromnie zdenerwowani. "Lech" zamyka swój pokój na klucz, wyjmuje z teczki całą zawartość i kładzie na rajzbrecie. Możliwie jak naj dokładniej objaśnia im, jak mają przygotować minę i spowodować jej wybuch.
Pokój "Lecha" posiada małe okienko do sąsiedniego pomieszczenia, w kórym pracuje inż. Ewaryst Kozłowski, długoletni profesor Politechniki Warszawskiej. "Lech" dostarczał mu stale prasę podziemną. Teraz profesor zagląda w okienko i mówi:
- Otwórzcie! Co się u was dzieje?
- Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia.
Profesor zerknął na stół i od razu zorientował się, o co chodzi. Był przecież oficerem rezerwy, w dodatku saperem.
- Szczęść wam Boże, chłopcy.
Trzy pokaźne bloki z materiału wybuchowego zostają umieszczone w skrzynce po gwoździach. Teraz wyłania się zagadnienie, jak przenieść skrzynkę do warsztatów naprawczych.
Przy wejściu do elektrowni Niemcy wszystkich rewidują. Dzisiaj wyjątkowo dokładnie i brutalnie. W głowie "Lecha" rodzi się świetny pomysł. Trzeba wykorzystać możliwości wydawania przydziałów dla pracowników elektrowni. Przynoszą duży kosz, skrzynkę z miną układają na jego dnie i starannie okładają rąbanką, słoniną, puszkami konserw, torbami z kaszą i mąką. W pokoju jest kilku ludzi z plutonu AK.
- Kto na ochotnika niesie kosz do wytwórni? - pyta "Lech".
Nikt się nie zgłasza.
- Pójdę sam - decyduje "Lech". - Winek, idziesz ze mną?
- Oczywiście.
"Lech" i Szantyr biorą kosz i idą pewnie ku wejściu do wytwórni. Posterunki niemieckie stoją przed bunkrami. W tym momencie grupa kobiet zbliża się do "Lecha" i Szantyra.
- Gdzie niesiecie to mięso? - krzyczą. - Musimy już iść do domu. Dzieci czekają głodne... Jakieś szachrajstwa urządzają z mięsem! Idziemy ze skargą do dyrekcji.
- Za chwilę wrócimy - uspokajają chłopcy.

Właśnie samochód ciężarowy podjeżdża pod bramę wytwórni. Posterunki niemieckie obskakują go dookoła i sprawdzają jego zawartość. Po chwili samochód wjeżdża na teren elektrowni.
"Lech" i Szantyr idą śmiało za samochodem. Niemcy, widząc rąbankę, nie rewidują ich. Przechodzą koło budynku niemieckiej załogi elektrowni. Niektórzy Niemcy leżą na ławkach i opalają się. "Lech" spogląda na Szantyra i uśmiecha się. Będzie im tutaj gorąco. Bez przeszkód wchodzą do warsztatów naprawczych działu "Transformatorów i Liczników". Oczekuje tu na nich ppor. Wojciech Bobiński, młody inżynier, uczestnik całej akcji.
Materiał wybuchowy zostaje złożony we wnęce między skrzynią z piaskiem a okutymi drzwiami, za którymi znajdują się kwatery Niemców. Lonty i spłonki zostają przygotowane do wybuchu.
Ppor. "Lech" (Antoni Zych) i por. inż. Wincenty Szantyr powracają do budynku administracji w Miejskiej Elektrowni na Powiślu. Jest tutaj zebrany cały pluton. Obok starych konspiracyjnych działaczy znajduje się grupa młodych chłopców z bokserskiego koła sportowego z Fabryki Czekolady, Kakao i Cukrów Franciszka Fuchsa przy Topiel 12. Sprowadził ich tutaj przed kilkoma dniami trener, Stanisław Cendrowski. Otrzymali "lipne" legitymacje i czapki pracowników elektrowni.
"Lech" każdemu przypomina zadanie, po czym rozkazuje, aby pojedynczo wychodzili na teren wytwórni. Wszyscy mają dostać się niepostrzeżenie na poddasze budynku" Transformatorów i Liczników".
Jest tutaj już broń i amunicja. Na wszelki wypadek, gdyby Niemcy usunęli pracowników z terenu elektrowni, broń i amunicja były zmagazynowane na terenie garażu w elektrowni przy ulicy Solec.

Z mieszkania jednego z pracowników, przy Zajęczej, przyniesiono tutaj szesnaście pistoletów. Przenoszono je w trójfazowych licznikach, z których usunięto część mechanizmów, a na ich miejsce włożono pistolety.
Więcej kłopotu sprawiało przeniesienie dwu Błyskawic z dużymi drewnianymi kolbami. "Kalina" (Mirosław Czajkowski), wykorzystując niepogodę, przenosi je szczęśliwie pod płaszczem. Przy wejściu głównym posterunek niemiecki więcej uwagi zwraca na plik papierów, który "Kalina" trzyma w ręce, niż na nieco zdeformowaną sylwetkę. Na punkt koncentracji dostarczono także 60 filipinek i 4 granaty obronne.
"Lech" dzieli swój pluton na dwie grupy. Jedna pod dowództwem ppor. "Sulimczyka" (Stanisław Cendrowski) uderzy przez południową klatkę schodową na koszary niemieckie. Druga grupa w sile dwunastu ludzi pod jego dowództwem uderzy na główne wejście do koszar.
Ppor. Szantyr i pchor. Wodzyński udadzą się do piwnicy budynku, gdzie znajdują się lonty. Punktualnie o godzinie 5 po południu mają je podpalić i uciec jak naj dalej od miejsca wybuchu. Dla własnej obrony otrzymają pistolet i 2 granaty, które dostarczy im łącznik. Po dokładnym uzgodnieniu zadań i sprawdzeniu zegarków odchodzą na stanowiska. "Lech" tymczasem rozdziela broń między chłopców stojących w szeregu. Każdy otrzymuje pistolet, peem, granat lub butelkę.
Największą filipinkę, ważącą około dwa i pół kilograma, kładzie na stole, a ze skrzynki wyjmuje pistolet i mówi:
- To będzie moje uzbrojenie.
Jeden z powstańców ładuje magazynek do Błyskawicy i niechcący puszcza całą serię. Chłopcy stoją zaniepokojeni, bo te przypadkowe strzały mogą naprowadzić Niemców. "Lech" usiłuje poprawić ten nastrój, więc żartuje i opowiada kawały, które co chwila przerywa telefon. To kpt. "Cubryna" pyta, czy już wszystko gotowe i czy można zaczynać. Jaka szkoda, że nie ma żadnej łączności z Szantyrem i Wodzyńskim, którzy siedzą przy lontach. "Lech" daje łącznikowi dwa granaty, pistolet i posyła go do piwnicy. Niemal równocześnie rozlegają się niemieckie głosy. Alarm! Cendrowski wygląda dyskretnie przez okno poddasza i mówi:
- Niemcy z pełnym uzbrojeniem wychodzą z koszar.
W tym momencie potężny wstrząs zachwiał murami. Nastąpiła straszliwa eksplozja. Moment konsternacji... Dopiero za piętnaście minut. Co się stało? "Lech" przypomina sobie, że wybuch miny miał być znakiem do uderzenia powstańców na koszary.
W kłębach gęstego kurzu wychodzi na klatkę schodową i opierając się o ścianę schodzi ostrożnie, oglądając się przy tym za siebie. Nie może chłopcom wydać głośno rozkazu, aby nie zdradzić swej obecności. Znakami przywołuje ich do siebie lecz oni tego nie widzą. Schodzi więc samotnie do drugiego piętra. Kurz tymczasem nieco opadł. Na podeście pierwszego piętra stoi duża grupa Niemców w pełnym uzbrojeniu. Patrzą w dół, skąd spodziewają się uderzenia powstańców. "Lech" zbliża się niepostrzeżenie do poręczy i opierając się mocno o balustradę schodów, rzuca ciężką filipinkę w zbitą gromadę Niemców.
Potworna eksplozja zatrzęsła murami; straszliwy pęd powietrza rzuca go na ścianę, a odłamek filipinki trafia w ucho i skroń. "Lech" patrzy w górę schodów, gdzie stoją jego ludzie. Eksplozja wyrwała ich z chwilowego zamroczenia.
- Dawajcie granaty! Prędko! - krzyczy.
W ciemną czeluść rzuca jeden granat za drugim. Eksplozje mieszają się z jękiem rannych Niemców. Gdy "Lech" z kilkoma powstańcami zbiega na dół, cały korytarz zasłany jest poszarpanymi ciałami i zalany krwią. Trudno chłopcom przejść przez tę krwawą miazgę. "Lech" rzuca w nią wielką słomiankę leżącą opodal i prowadzi pluton na kwatery Niemców. Do otwartych pokoi rzucają granaty.
Oddział SA, tak zwanych "żółtków", przeważnie młodych volksdeutschów, kwaterujący na pierwszym piętrze, zostaje szybko zlikwidowany. Ledwie kilkunastu wyskoczyło przez okno pierwszego piętra na Wybrzeże Kościuszkowskie. Najmłodsi, jak dzieci, chronili się pod prycze, stoły i ławki. Powstańcy wyciągali ich na wpół przytomnych. Oberleutnanta, dowódcę oddziału, znaleźli ukrytego pod materacem.
W drzwiach jakiegoś pokoju leży ranny Ukrainiec. Ma oberwane obydwie nogi. - Dobijcie mnie, dobijcie - skamle rozpaczliwie.
"Lech" jest gotów spełnić jego prośbę, lecz oczy rannego przeczą jej, żebrzą o darowanie życia... "Lech" odchodzi.
Powstańcy schodzą na parter. Dopiero teraz widzą rezultat wybuchu. Gdzie spojrzeć - zwały cegieł, strzaskane drzwi, okna, rozwalone ściany, meble rozbite i wtłoczone w ciała zabitych lub rannych żołnierzy.
Żelazne drzwi magazynów broni otwarte szeroko. Wewnątrz sterty skrzynek z amunicją. Ciężki karabin maszynowy stoi na środku. Powstańcy ustawiają go na stanowisku bojowym przy otworze wentylatora. Stąd mogą ostrzeliwać całe Wybrzeże Kościuszkowskie aż do mostu Kierbedzia.
Równocześnie z uderzeniem na koszary załogi niemieckiej w elektrowni inna grupa powstańców likwiduje obsady bunkra od strony Tamki i wartowni od ulicy Elektrycznej. Trwają tutaj ciężkie walki. Jakiś oddział powstańczy przychodzi w sukurs załodze Miejskiej Elektrowni.
"Lech" tymczasem "dochrapał" się już ponad trzydziestu jeńców, dwa lub trzy razy tyle zabitych i rannych. Wie jednak, że to jeszcze niekompletna załoga elektrowni. Reszta musiała zbiec lub ukryć się na terenie elektrowni. Wkrótce okazało się, że około 50 Niemców, Ukraińców i własowców ukryło się w piwnicy budynku" Transformatorów i Liczników". Tylko jedno wejście prowadzi do tej piwnicy. Powstańcy otaczają cały budynek główną uwagę skierowując na wyjście i okna. '
Przez uchyloną klapę otworu do piwnicy, który zwykle służy do przesuwania transformatorów, rzucają kilka butelek z benzyną i dwie filipinki. Po chwili otwór pełen jest dymu: zapalił się olej w transformatorach.
Powstańcy stoją z bronią gotową do strzału. Nikt nie wychodzi z piwnicy. Ppor. "Kalina" podchodzi do schodów piwnicy i słyszy płacz kobiety.
- Kto tam płacze? - pyta.
- To ja, Szandrachowa.
- Po co pani tam siedzi? Niech pani natychmiast wychodzi!
Od niej powstańcy dowiadują się, że w sąsiedniej piwnicy znajdują się żołnierze Wehrmachtu, a w następnej Ukraińcy i kilku żołnierzy SA.
- Co oni robią?
- Modlą się i płaczą.
Na prośbę "Kaliny" Szandrachowa schodzi do piwnicy, aby powiedzieć tym młodym Niemcom z SA, że jeśli natychmiast wyjdą z piwnicy, powstańcy darują im życie. Po chwili wychodzi siedmiu bladych jak płótno "żółtków" z rękami wzniesionymi w górę. Mówią, że w piwnicy jest jeszcze kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu i Ukraińców. Znający język ukraiński por. Szantyr wzywa Ukraińców do poddania się i wyjścia z piwnicy. Żądają, aby ich zapewniono, że nie zostaną rozstrzelani. Po chwili wychodzi czterech żołnierzy z podoficerem, są tylko w bieliźnie. Wybuch zastał ich w czasie spoczynku po służbie.
- Chcemy się poddać - mówią Ukraińcy - ale Niemcy nam nie pozwalają. - Powiedzcie im, że w przeciwnym wypadku wszyscy zostaną zabici.
- Niemcy mówią, że będą do nas strzelali.
"Kalina" i por. Szantyr schodzą do piwnicy. "Lech" ubezpiecza ich. Zaledwie zrobili kilka kroków, z piwnicy pada granat tuż pod nogi "Lecha", który nie tracąc przytomności kopie go i stacza w dół schodów po których "Kalina" i Szantyr biegną w górę. Odłamek eksplodującego granatu rani w nogę por. "Kalinę".
"Lech" wydaje rozkazy, ażeby założyć hydranty i motopompy z wrzątkiem. Uwinięto się szybko. Strumienie gorącej wody lunęły do piwnicy, zmuszając Niemców do wyjścia. Najpierw wychodzi młody Ukrainiec, mający rękę oberwaną po łokieć; zdrową ręką podtrzymuje słaniającego się towarzysza, który ma strasznie poharatany brzuch.
Grupy jeńców odprowadzane są na górę. Młodzi butni żołnierze teraz w śmiertelnym strachu, jedni pokazują medaliki i obrazki świętych, inni mieszaniną różnych języków proszą o życie.
Teraz dopiero "Lech" dowiaduje się, co spowodowało wcześniejszy wybuch miny. Dwadzieścia minut przed godziną 5 Szantyr i Wodzyński usłyszeli w koszarach wołanie na alarm. Obawiając się że lada chwila załoga może opuścić koszary wówczas wybuch bomby nie spełni zadania - ppor. Szantyr podpala minę i zaczyna uciekać wraz z Wodzyńskim w stronę budynku wytwórni. Przeraża ich świadomość, że nie posiadają absolutnie żadnej broni... Gdy wypadają z budynku, widzą o kilka kroków przed sobą Niemca, składającego się do nich zza węgła budynku. Szantyr ma przy sobie butelkę wódki, którą mieli wypić dla kurażu tuż przed podpaleniem lontu. Rzuca w Niemca butelką jak granatem. Niemiec cofa się, ale i tak dosięga go kula z pistoletu Piotrowskiego, który przyszedł w sukurs minerom.
Opanowanie koszar zostaje okupione ciężkimi stratami. Inżynier Wojciech Bąbiński, który przed rozpoczęciem akcji dołączył do oddziału, zostaje ciężko ranny. Już w czasie walki wyprawił się po granaty dla grupy szturmowej; w drodze powrotnej dostrzegli go Ukraińcy stojący przy bunkrze. Ciężko ranny Bąbiński jest skazany na śmierć, gdyż pod silnym obstrzałem nie można do niego dotrzeć, aby mu udzielić pomocy lub przenieść do punktu sanitarnego.
Kiedy wreszcie "Lech" dociera do niego, ranny jest nieprzytomny, wkrótce umiera.
Kilku Niemców z załogi ukryło się w hałdach węgla i zaczęło się stamtąd ostrzeliwać. Ppor. "Wierciński" usiłuje ich wypłoszyć. Niestety dosięga go cała seria. Syn stołecznego pastora, ppor. "Wierciński" (Stanisław Rondthaler), pochodził z patriotycznej rodziny polskiej wyznania ewangelicko-augsburskiego. Rondthalerowie, podobnie jak rodziny Lothów, Burschów, Gebethnerów i Evertów wiernie wytrwali przy Polsce, pomimo prześladowania hitlerowskich okupantów, wysyłania do obozów koncentracyjnych, gdzie wielu życiem okupiło wierność Ojczyźnie.
W czasie walki został ciężko ranny w nogi i w rękę ppor. "Sulimczyk", dowódca grupy szturmowej.
Radość zwycięstwa przyćmiewają tragiczne wiadomości z najbliższego terenu. Z różnych stron miasta bez przerwy dochodzą detonacje i głośna kanonada. Do oddziału elektrowni zgłaszają się liczni ochotnicy, wkrótce oddział liczy ponad 200 ludzi. Dowództwo przeprowadza organizację plutonów. Zostaje rozdana broń i amunicja. Na wypadek nagłego ataku nieprzyjaciela kpt. "Cubryna" organizuje obronę i stara się nawiązać łączność. Największe niebezpieczeństwo zagraża z domu Schichta na Nowym Zjeździe 1, mostu Kierbedzia, z Wybrzeża Kościuszkowskiego, Uniwersytetu i mostu Średnicowego.
Wszystkie maszyny i urządzenia Miejskiej Elektrowni na Powiślu dostały się w ręce powstańców bez najmniejszego uszkodzenia.
Ma to decydujące znaczenie dla rozwoju akcji powstańczej. Walcząca Warszawa ma na pierwsze dni powstania zapewnione światło i energię elektryczną. Radiostacje powstańcze mogą utrzymywać łączność ze światem i z całą Polską, mogą pracować warsztaty produkujące granaty i inny sprzęt wojenny, mogą pracować szpitale oraz drukarnie, drukujące odezwy i prasę powstańczą.
Dom firmy Schichta na Nowym Zjeździe należy do najsilniej umocnionych nieprzyjacielskich punktów oporu nad Wisłą. Strzeże on przyczółka przy moście Kierbedzia, otoczony jest żelbetowymi bunkrami i zasiekami drutu kolczastego, w oknach znajdują się strzelnice, na dachu mają stanowiska lekkie działka przeciwlotnicze i gniazda cekaemów. Cały czas czuwają silne posterunki.
Gdy w pobliżu oddział bojowy Miejskiej Elektrowni na Powiślu walczy z powodzeniem z załogą niemiecką - równocześnie kompania 103 z batalionu AK "Bończa" (rtm. Edward Sobecki) Zgrupowania "Róg" rusza do natarcia na dom firmy Schichta i most Kierbedzia. Z domów Powiśla kilkudziesięciu chłopców uzbrojonych jedynie w kilka pistoletów i granatów uderza z ogromną determinacją i odwagą. Zaskoczenie się nie udaje, nieprzyjaciel przyjmuje chłopców tak silnym ogniem, że natarcie z miejsca krwawo się załamuje. Nieomal wszyscy powstańcy z ppor. "Wilkiem" (Jan Sentkowski), dowódcą kompanii, ponoszą śmierć. Większość z nich to mieszkańcy Starówki.

Źródło: fragment książki Stanisława Podlewskiego "Wolność krzyżami się znaczy"