WYMORDOWANIE RANNYCH
W SZPITALU POWSTAŃCZYM NA UL. DŁUGIEJ 7

Dochodziała już godzina 8, kiedy pierwsi żołnierze niemieccy
dotarli do szpitala. Posuwali się bardzo wolno i ostrożnie
Podwalem, przeskakując od domu do domu, w każdej chwili
oczekując powstańczych strzałów. Nie jest zresztą
wykluczone, że pojedynczy powstańcy, zdesperowani i gotowi
polec z bronią w ręku, stawiali im opór, a ich likwidacja
wymagała trochę czasu. Niemcy dotarli na teren szpitala bramą
przez Podwale. Równocześnie przez Kilińskiego znaleźli się
na Długiej. Spotkanie z tą czołówką relacjonuje
sanitariuszka ,,Blanka" (Barbara Greloff), z 5 kompanii
baonu "Kiliński". Przeniósłszy 1 września wieczorem
powierzonych jej opiece rannych do szpitala na Długą 7, sama
spędziła tę noc w kamienicy przy Długiej 8, gdzie zajęła
się przygotowaniem herbaty i jakiegoś posiłku.
"W bramie frontowej domu Długa 8 stoją lokatorzy. Pytam
ich:
- Jak tam, spokojnie?
- Spokój - odpowiadają - i cisza.
Powoli wychylam się z bramy i sama badam teren. Oglądam się w
lewo i w prawo, ulica pusta i przeraźliwie cicho. Kilka szybkich
kroków do przodu i nagle w połowie jezdni zamieram z
przerażenia. Są, widzę ich, z ulicy Kilińskiego kiwają do
mnie ręką. Jest ich trzech . Niemcy czy Ukraińcy? Nie
strzelają, dają znaki, ale karabiny mają gotowe do strzału.
Mierzę wzrokiem odległość do bramy szpitala. Nie przeskoczę.
Przed wejściem skwerek, duża przestrzeń niczym nie
osłonięta. Z powrotem do bramy - nie a mowy, jestem w polu
ostrzału. Na mój jeden ruch do przodu lub tyłu będą
strzelać. Dochodzi mnie szept czy syk:
- Idi siuda, idi.
To Ukraińcy. Myślę błyskawicznie. Jestem po cywilnemu. Mam na
sobie czerwoną sukienkę, w której rozpoczęłam Powstanie i
pewnie w niej zakończę. Opanowuję w sobie piekielny,
przeraźliwy strach. Idę w ich stronę.
- Bandit? - pytają.
- Nie Bandit - odpowiadam po polsku - w tym szpitalu
jest mój mąż. Niosę dla niego herbatę... .
Butelka, którą trzymam w ręku, leci z brzękiem na bruk.
Rewidują mnie bardzo wprawnie i błyskawicznie zabierają
zegarek, pierścionek, odchylają bluzkę przy szyi i zdzierają
jednym ruchem złoty łańcuszek z medalikiem. Z głębi ulicy
Kilińskiego idzie w naszą stronę oficer Wehrmachtu. Ukraińcy
usłużnie stanęli z boku, z mojej prawej strony.
- Banditen, Banditen, wo sind die Banditen? - pyta.
Odpowiadam niepewną, szkolną niemczyzną:
- Kein Banditen. Mein Man hier in Krankenhaus -
pokazuję ręką na szpital.
- Banditen, nie ma? - zatacza ręką duży łuk - n
i e m a ? Powtarza po polsku, widać ma wątpliwości do
mojej znajomości języka niemieckiego. Nadlatują samoloty,
dużo, nie liczę ich, słyszę szum, patrzę przez sekundę do
góry, a potem znowu podnoszę bezczelnie wzrok na oficera.
- Schnell sag! - krzyczy, patrząc również na
pikujące samoloty - Schnell!
Schnell! Keine Banditen? - znowu ruch ręką dookoła.
- Keine - mówię głośno - keine!
Wystrzela szybkim ruchem w powietrze trzy rakiety. Samoloty
robią jeszcze jedno okrążenie nad szpitalem, nad nami i
odlatują. Oficer podsuwa mi pod oczy rękę z zegarkiem.
- Eine Stunde - mówi - Alle raus!
Kolejny, nie wiem już który ruch ręki dookoła. Palcem drugiej
ręki puka w zegarek.
- Nach eine Stunde alle erschossen!
- Rostrelajem! - podpowiada usłużnie Ukrainiec.
Oficer popycha mnie w kierunku bramy, z której przed chwilą
wyszłam. Nie oglądam się za siebie. Nie strzelają mi w plecy.
Dochodzę żywa i cała do bramy Długa 8".
Wejście Niemców do szpitala dobrze zapamiętała
"Ala", która znajdowała się wtedy na podwórzu wraz
z kilku innymi sanitariuszkami. Weszli bramą od strony ul.
Długiej z bronią gotową do strzału. Byli to zapewne ci sami
Ukraińcy, którzy chwilę przedtem obrabowali
"Blankę". Zapewne towarzyszył im również wspomniany
już oficer Wehrmachtu. Jedna z sanitariuszek odruchowo
spojrzała na zegarek i głośno powiedziała:
- Za dziesięć ósma.
Oficer rozkazał sanitariuszkom, aby pozostały w miejscu, nie
wracały da pomieszczeń szpitalnych. Kiedy nadbiegli następni
Ukraińcy i grupa esesmanów, wydał im polecenie, aby
natychmiast rozpostarli na podwórzu wielką czerwoną flagę z
czarną swastyką. Był ta znak dla samolotów, że ten budynek
jest już w rękach niemieckich i że nie można tu zrzucać
bomb. Zaraz patem Niemcy przystąpili da szczegółowych
oględzin szpitala. Chcieli zorientować się, czy nie znajdują
się tam powstańcy, gotowi jeszcze walczyć. Nie mieli natomiast
wątpliwości, że jest ta szpital wojskowy. Po miesiącu walk o
Stare Miasta trudna była przypuszczać, że został się jakiś
szpital przeznaczany wyłącznie dla cywilów. Jeśli teraz
przebiegali sale, ta przede wszystkim po to., by uzyskać
oczywiste potwierdzenie swoich domysłów. Nie znaleźli
wprawdzie broni ani niemieckich części umundurowania, ale
zobaczyli kilku młodych ludzi z ranami, które musiały być
odniesione w walce, a nie w wyniku bombardowania, zasypania
gruzami czy też poparzenia od bomb zapalających.
Krystyna Brudzińska, która pełniła służbę w jednej z sal
pierwszego. piętra, pamięta, że znajdowała się tam trzech
rannych. Byli ta: piętnastoletni chłopiec z twarzą rozbitą
pociskiem rozpryskowym, leżący na jedynym łóżku, ppor.
"Bulian" (NN) z przestrzałem klatki piersiowej, oparty
a przewrócone krzesła, co pozwalała mu siedzieć, oraz
leżący abak niego. na padł adze sierż. "Duży" (NN)
z ciężką. raną nagi. Tych trzech Niemcy zastrzelili zaraz po
wejściu da szpitala.
Oficer dowodzący pierwszymi grupami Niemców i Ukraińców
(były ta jakieś pododdziały brygady Dirlewangera i zapewne
pułku "Azerbejdżan") rozkazał zebrać personel
medyczny na podwórzu, wokół rozciągniętej już flagi.
Przeprowadził coś w rodzaju przesłuchania, dopytując się a
to, co stało się z powstańcami i czy w tym szpitalu leżą
ranni powstańcy. Dr Kowalski - wiedząc doskonale, że
mistyfikacja ze szpitalem cywilnym nie może się udać -
odpowiedział, że jako lekarz czuł się w obowiązku udzielać
pomocy wszystkim, którzy jej potrzebowali, w tym także rannym
jeńcom niemieckim.
W tym czasie Niemcy wypędzali już ludność cywilną z
zajętych przez siebie ulic, a więc z Podwala, Kilińskiego i
Długiej. Rzecz zdumiewająca, ale w tym morzu gruzów, jakim
była Stare Miasta, przetrwała da 2 września wielu jego.
mieszkańców i uchodźców z innych dzielnic. Ich liczbę ocenia
się na 35 tys. Nie ulega wątpliwości, że kilka tysięcy
takich cywilów znalazła się na Podwalu, gdzie sformowano.
kolumnę marszową, a następnie bijąc i przeklinając,
popędzana ich w kierunku pl. Zamkowego.
Oficer dowodzący w szpitalu na Długiej 7 wydał rozkaz
natychmiastowego opuszczenia gmachu personelowi medycznemu i
lżej rannym. Uczyniła ta większość sanitariuszek, kierując
się na Podwale i dalej ku pl. Zamkowemu. Wraz z nimi wyszła
grupa kilkudziesięciu takich rannych, którzy mogli poruszać
się o własnych siłach. Podobnie była zresztą z
sanitariuszkami i lżej rannymi ze szpitali "Pod Krzywą
Latarnią" i "Czarnym Łabędziem".
Oficerowi niemieckiemu zameldowano jednak, że w pobliskich
budynkach, m. in. po parzystej stronie Długiej i na Podwalu,
pozostała wielu ciężka rannych. Po chwili namysłu oficer ten
wydał rozkaz ściągnięcia ich na Długą 7. Być może
zresztą nie był ta formalny rozkaz dołączenia owych rannych
da szpitala, a tylko zezwolenie sanitariuszkom, aby - jeśli już
tego. bardzo. pragną - przeniosły na Długą 7 rannych i
chorych z okolicznych domów.
W szpitalu pozostał kapelan ksiądz Tomasz Rostworowski. Kiedy
powiedziano mu, że pojawili się już Niemcy, wyszedł do nich w
ornacie, w nadziei, że w ten sposób skłoni ich do zachowywania
się w sposób cywilizowany. Teraz, kiedy zaczęto ściągać
rannych z okolicy, udał się do domu przy Kilińskiego 1, gdzie
mieścił się niewielki szpitalik baonu "Wigry". Był
przecież także kapelanem tego oddziału. Zastał tam trzy
sanitariuszki: "Wisię" (Jadwigę Konopacką),
"Pająk" (Barbarę Piotrowską) i "Jankę"
(Janinę Gruszczyńską). "Pająk" i "Janka"
w ostatniej chwili zdecydowały się pozostać na Starówce i 2
września około godziny 3 nad ranem powróciły na Kilińskiego
spod włazu, do którego właśnie wchodzili ich koledzy. Po
prostu uznały, że nie można pozostawić na pastwę losu
rannych "wigierczyków", którzy do tej pory byli
powierzeni ich opiece. Trzeba tu jasno powiedzieć, że na coś
takiego nie zdecydowały się sanitariuszki innych powstańczych
oddziałów.
Na ul. Kilińskiego Niemcy weszli godzinę wcześniej niż na
Długą 7. Natychmiast też zaczęli wyganiać ludność cywilną
kierując ja ku pl. Zamkowemu i zapowiadając ze tam będzie
szczegółowa rewizja. Najwidoczniej spodziewali się jeszcze
walk z powstańcami i sami nie czuli się na tyle bezpiecznie, by
zajać się przede wszystkim rabunkiem. Pod opieką trzech
"wigierskich" sanitariuszek znajdowało się pięciu
rannych. Nie było mowy, aby którykolwiek z nich mógł
samodzielnie chodzić. Każdy wymagał stałej pomocy,
nieustannego podtrzymywania i tylko w takich warunkach miałby
szanse dojść do pl. Zamkowego. Kiedy dziewczęta zastanawiały
się, co począć, nadszedł ks. Rostworowski i poradził im, aby
zaniosły rannych na Długą 7.
Sanitariuszki przeniosły kolejno do szpitala
"Stasiuka" (Stanisława Olejnika), "Roberta"
(Tomasza Russanowskiego), "Klechę'''' (Tadeusza Suskiego) -
wszyscy trzej byli "wigierczykami" z kompanii
szturmowej - "Ikara" (Jerzego Szymańskiego) z baonu
"Zośka" oraz Kazimierę Świderską, zaprzyjaźnioną
z poległą kilka dni wcześniej Ewą Faryaszewską. Całą
piątkę umieszczono na pierwszym piętrze, w sali na wprost
wejścia z klatki schodowej, po przejściu hallu. Dziś w
pomieszczeniu tym, podzielonym po wojnie na dwa mniejsze,
urzęduje kierownik Pracowni Naukowej AGAD.
Rannych ulokowano jak najdalej od drzwi, a to dlatego, by nie
rzucali się w oczy Niemcom. Sanitariuszki "wigierskie"
miały teraz dłuższą chwilę spokoju, którą starały się
wykorzystać na znalezienie jakiegoś pożywienia.
"Pająk" i "Janka" - wyraźnie odważniejsze
i bardziej przedsiębiorcze w tych wyjątkowo trudnych warunkach
- zaczęły krążyć po szpitalu, a nawet po jego najbliższej
okolicy. Miały na sobie cywilne ubrania - panterki zrzuciły
jeszcze w nocy - a ktoś dał im "na wszelki wypadek"
białe fartuchy i opaski z czerwonym krzyżem PCK. W czasie tych
poszukiwań - ku swemu zaskoczeniu, ale również uldze -
parokrotnie spotykały się z życzliwością żołnierzy
Wehrmachtu. Byli to w większości Ślązacy, którzy wtykali im
jakieś suchary czy słodycze, paczki papierosów, a nawet
butelkę wina ze słowami "Fur Kranken". Kilku takich
Ślązaków zaprowadziło je na Kilińskiego 5, gdzie znajdował
się rozbity punkt opatrunkowy. Tu mogły zabrać do fartuchów
lekarstwa, bandaże i watę. "Szkoda, aby to się spaliło,
a dla rannych się przyda" - powiedział jeden z nich. Inny,
kiedy nie było obok kolegów, stwierdził: "Ja jestem
Ślązak, też Polak, niech się pani nie martwi, Polska i tak
będzie".
Kiedy "Pająk" i "Janka" wróciły na Długą
7, spotkały tam znowu ks. Rostworowskiego. Wyraźnie
przygnębiony, jakby bezradny wobec przytłaczających go
wydarzeń, powiedział im, że na Kilińskiego 3 znajduje się
jeszcze grupa rannych z baonu "Gustaw", którymi do tej
pory nikt się nie zajął. Ranni leżą w oficynie, której
górne piętra już płoną. On sam próbował tam dotrzeć, ale
nie pozwolili mu na to Niemcy.
Obie sanitariuszki biegną więc na Kilińskiego 3. Przez
dłuższą chwilę muszą przełamywać opór esesmanów, którzy
mają najwyraźniej ochotę dobić rannych. "Janka",
która dobrze znała niemiecki, potrafiła jednak wymusić na
nich zgodę na zabranie rannych. Teraz wchodzą ostrożnie do
pomieszczeń parterowych, a potem piwnic. Ewakuacja ma
dramatyczny przebieg. Tak oto opisuje ją "Pająk":
"Ogień na Kilińskiego 3 dociera już do pierwszego
piętra. W piwnicach jest jeszcze kilkunastu harcerzy od
"Gustawa", a w sąsiednim domu trzy osoby, między nimi
łączniczka "Kozak" z amputowaną nogą. Ta ostatnia w
bardzo kiepskim stanie na skutek zakażenia tężcem. Dojście do
niej jest zawiłe, poprzez kręte, ciemne korytarze, opustoszałe
piwnice.
Na szczęście napatoczył się jakiś podoficer Wehrmachtu z
latarką. Oświetla nam drogę. Pierwsze trzy osoby pozostawiamy
w bramie wychodzącej na Podwale. W następnej kolejności
wynosimy chłopców od "Gustawa". Leżą w piwnicach
oficyny. Z podwórza schodzimy w dół. Zapalona zapałka
oświetla mroczne wnętrze. Piwnice jedna za drugą ciągną się
wzdłuż długiego korytarza. Ranni, pozostawieni wśród naj
głębszych ciemności, zachowują grobowe milczenie. Nie chcą
zdradzić swojej obecności przed Niemcami. Dopiero po chwili,
słysząc nasze nawoływania, odzywają się. Zjawienie się
polskich sanitariuszek w białych fartuchach, z opaskami
Czerwonego Krzyża na rękawie traktują jako wybawienie. .
Każdy chce jak najprędzej dostać się do szpitala. Obchodzimy
wszystkie piwnice, aby sprawdzić, ilu ich jest. Okazuje się,
że kilkunastu. Wszyscy ciężko ranni z postrzałami brzucha,
nóg, piersi. Jednym słowem ci, którzy nie mogli być
ewakuowani do Śródmieścia. Wynosimy ich po kolei. Prawie po
omacku układamy na noszach. Zapałki zapalają się i zaraz
gasną. Zdarza się, że chwytamy właśnie za zranioną
kończynę. Dochodzi nas wtedy syk bólu, a czasem przekleństwo.
Staramy się, jak najmniej urażać, ale czy to jest w tych
warunkach w ogóle możliwe? Na szczęście Niemiec z latarką
znowu zjawia się w pobliżu i tym razem nie odmawia pomocy.
Najcięższe do przejścia są schody. Podczas gdy pierwsza idzie
prawie przygięta do ziemi, druga stara się windować rannego
jak najwyżej, aby się nie zsunął z noszy. .
Rannych układamy wprost przed wejściem do budynku, na usypisku
gruzów. Niema czasu na transportowanie każdego z osobna do
szpitala. Trzeba się spieszyć, gdyż ogień rozprzestrzenia
się coraz bardziej. Pali się już pierwsze piętro. bym
kotłuje ,się nad leżącymi, iskry sypią się na ich głowy. A
oni w okrwawionych bandażach, w bieliźnie, niektórzy do
połowy nadzy nawet nie proszą o pomoc, sami próbują się
czołgać, byle dalej od nieznośnego żaru. Jedni podciągają
się na łokciach, drudzy w jakiś inny sposób popychają
ciało, jak kto może. Są między nimi piętnasto -
szesnastoletni chłopcy, dzieci prawie.
Serce się łamie na ten widok. Cóż za ogrom ludzkiego
nieszczęścia. Ale Niemców to nie wzrusza. Natrząsają się z
nich, wymachują pistoletami, wymyślają od bandytów. Na razie
nie strzelają. Może ich powstrzymuje nasza obecność? Po
kolei, częściowo na kocach, częściowo na noszach, przenosimy
wszystkich do bramy na Kilińskiego 1. Stąd do szpitala już
niedaleko. Ten ostatni etap wydaje się nam najłatwiejszy , mimo
że jesteśmy nieludzko zmęczone. Czujemy drżenie wszystkich
mięśni, dłonie mamy popuchnięte od dźwigania. Serce wali jak
młotem, podchodzi do gardła, zatyka oddech",
"Pająk" i "Janka" przeniosły najpierw na
teren szpitala najciężej rannego "Firleja" i chcąc
zyskać na czasie złożyły go w bramie wjazdowej przy Długiej
7. Wróciły następnie po "Kruka" i jeszcze jednego
rannego, którego nazwiska nie sposób już ustalić. Ów nie
znany nam ranny został zaniesiony na noszach, natomiast
"Kruk" nie chcąc dłużej czekać, kuśtykał obok
trzymając się ramienia jednej z sanitariuszek. Wiedząc że
Niemcy i Ukraińcy zabijają wszystkich u których znajdą
jakiekolwiek wojskowe wyposażenie, nie wdział butów i zszedł
tylko w skarpetkach. "Kruka" i tego drugiego złożono
w bramie szpitalnej od strony Podwala. Dziewczęta wróciły na
Kilińskiego 3, ale dalszą ewakuację rannych przerwały
dramatyczne wydarzenia w samym szpitalu. . .
Ściąganie rannych na Długą 7 objęło również inne
okoliczne punkty. "Janka" (Janina Kwiatkowska) była
sanitariuszką w niewielkim szpitaliku przy Długiej 16. Kiedy
powstańcy odchodzili ze Starówki, zdecydowała się pozostać
ze względu na ranną siostrę, Irenę, ("Joannę"),
sanitariuszkę z kompanii "Anna" baonu
"Gustaw". Wobec tego powierzono jej także opiekę nad
dwoma innymi szpitalikami przy Długiej 10 i Długiej 20.
Wieczorem 1 września przystąpiła więc do zacierania wszelkich
śladów wojskowego charakteru tych szpitalików. Rannym odebrano
broń, ukryto ich dokumenty, zamieniono mundury na ubrania
cywilne. Sprowadzono dwie rodzące kobiety, przyjęto grupkę
chorych i rannych cywilów. Nad wejściem do kamienicy przy
Długiej 16 umieszczono napis: "Rejonowy Szpital
Ubezpieczalni Społecznej" z odpowiednim tłumaczeniem w
języku niemieckim.
W nocy z 1 na 2 września szpitalik zaczął się palić od
eksplozji pocisku z granatnika. Rannych trzeba było wynieść na
zewnątrz, chwilowo ułożono ich na bazaltowej kostce ul.
Długiej. Rankiem 2 września "Janka" uzyskała zgodę
na ulokowanie swoich rannych - w liczbie 30 - w szpitalu przy
Długiej 7. Kiedy jednak zaczęła tam kierować swoich
pacjentów, w bramie pałacu Raczyńskich stał już niemiecki
wartownik.
Niemcy zezwolili "Jance" na rozmieszczenie rannych w
salach pierwszego piętra, gdzie znalazła się też
"Joanna", Zwrócili jednak uwagę na "Bobika"
(Leona Bąkiewicza) kilkunastoletniego chłopca, spełniającego
do tej pory rolę noszowego w jednym ze szpitali, który był
najwidoczniej ranny od kuli. Kazali zostawić go na noszach w
bramie wejściowej, po lewej stronie sklepionego przejazdu.
To ściąganie rannych z okolicy trwało co najmniej do godziny
12.30. W tym czasie w samym szpitalu przy Długiej 7 sytuacja w
pewnym sensie ustabilizowała się. Nie było nowych przypadków
mordowania rannych, choć oczywiście panował stan napięcia.
Około godziny 12 "Mila" otrzymała zgodę na rozdanie
rannym przygotowanego właśnie obiadu. Co pewien czas przez sale
przechodzili oficerowie niemieccy z różnych jednostek, które
zmieniały się w najbliższym sąsiedztwie. Jedni dosyć
pobieżnie interesowali się leżącymi, najwyraźniej nie
zajmował ich problem szpitala. Być może szukali pomieszczenia
na zakwaterowanie swoich oddziałów. Inni przeciwnie, starali
się znaleźć "oczywiste dowody" udziału rannych w
walce, tak aby cały szpital można było uznać za wojskowy - a
więc "bandycki" - i tym samym poddać eksterminacji.
Niektórzy z Niemców, odpowiadając na nerwowe zapytania
sanitariuszek, zapewniali, że szpital "będzie
ewakuowany" i że w najbliższym czasie dostarczone zostaną
odpowiednie środki transportowe i medyczne.
Sytuacja zmieniła się radykalnie wczesnym popołudniem.
Dokładnej godziny nie sposób już ustalić. Jedne relacje
mówią, że nastąpiło to około godziny 13, inne przesuwają
tragiczne wydarzenia na 14. Wtedy właśnie od strony pl.
Krasińskich ul. Długą przybył rozwścieczony do najwyższego
stopnia oficer SS, którego - według relacji ks."Tomasza"
podkomendni nazywali kapitanem Kotschke. Miał dwa krzyże i dwie
baretki na piersi. Wbiegł na dziedziniec pałacu Raczyńskich i
donośnym głosem nakazał "oczyszczenie budynku" w
ciągu 10 minut. Natychmiast też esesmani i Ukraińcy rozbiegli
się po wszystkich kondygnacjach, brutalnie usuwając na
podwórze pozostałe jeszcze nieliczne sanitariuszki. Te,
zorientowawszy się w mgnieniu oka, że za chwilę stanie się
coś strasznego, próbowały zabrać ze sobą takich rannych,
którzy byli w stanie ~ z ich pomocą zejść na dół. W ten
sposób "Janka" wyprowadziła na dziedziniec swą
siostrę "Joannę". Takich przypadków było
oczywiście więcej, a wliczywszy w to rannych, którzy wyszli o
własnych siłach, można powiedzieć, że na podwórzu znalazło
się ich kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu.
Irena Faryaszewska, która opiekowała się ranną Kazimierą
Swiderską, zeszła na podwórze, by umyć basen. Zdołała
jeszcze wrócić na górę i wejść do sali, gdzie leżała
Kazia. Sama ranna, nie była w stanie zabrać jej czy też może
nie miała na to dosyć odwagi. "Podeszłam do Kazi, która
z uśmiechem spytała: "Co, ciociu?". Pocałowałam ją
w czoło, zrobiłam leciutko znak krzyża i powiedziałam:
"Nic, Kaziu, muszę zejść na dół".
Po chwili Niemcy - zapewne na rozkaz Kotschkego - zablokowali
wejście z bramy wjazdowej na górne kondygnacje pałacu.
Niektóre sanitariuszki desperacko próbowały tam wedrzeć się.
Reakcja Niemców była różna. Niektórzy pozwalali na to, inni
zagradzali drogę ramionami i stanowczo, ale też z pewnym
współczuciem, nakazywali, aby dziewczęta wracały na
podwórze. Jeszcze inni brutalnie odpychali je, nie szczędząc
kopniaków.
Teraz zaczęły się strzały, właściwie na wszystkich
kondygnacjach równocześnie. Niemcy i Ukraińcy byli już
wszędzie, w piwnicach, na parterze, na pierwszym i drugim
piętrze. Wszędzie też dochodziło do tych samych zbrodni -
zabijania rannych strzałami z pistoletów i schmeisserów.
Odbywało się to w szczególnie brutalny sposób, z oczywistą,
zwierzęcą chęcią zadania dodatkowych cierpień, wywołania
przerażenia i poniżenia w ostatnich chwilach życia.
"Do sali pierwszego piętra, w której leżeli ranni,
przylegał pusty pokoik - wspomina "Janka" - Byłam
nieludzko zmęczona i mimo niepewnej sytuacji postanowiłam
chwilę odpocząć. Położyłam się na rozłożonym na
podłodze kocu. Na moje szczęście nie zdążyłam zasnąć, sen
ten mógłby być wieczny. Na dole zaczęło się coś dziać.
Oprzytomniałam natychmiast i podeszłam do okna. Przed sobą
miałam widok na całą ulicę Długą. Od Kilińskiego prawie do
Miodowej - jedno wielkie morze ognia. Najbliższy dom na Długiej
9 wyglądał jak płonąca żagiew. Płomienie dotykają niemal
naszych murów, zaglądają dusznym oddechem do okien. Leżąca
przy oknie ranna kobieta krzyczy nieludzkim głosem. Oceniając
sytuację z okna pierwszego piętra, spostrzegam nagle
przybyłego nie wiadomo skąd oficera SS. Nie widzę insygniów,
wnioskuję jednak z jego zachowania, że jest wyższy szarżą i
podporządkowuje sobie wszystko i wszystkich. Spod typowo
oficerskiej czapy wymykają się kosmyki rudych włosów.
Wyciągnął rękę i spojrzał na zegarek. Odgadłam raczej,
niż dosłyszałam, groźny dla nas rozkaz. Zbiegłam na dół do
bramy. Niemal potknęłam się o leżącego na ziemi
"Bobika". Ominęłam go. W tym samym momencie
zatrzymał mnie jakiś żołnierz z SS, żądając świecy.
Dziwiąc się w duchu, po co mu jest potrzebna, odpowiedziałam,
że nie rozumiem, i odeszłam szybką w głąb dziedzińca
Zatrzymałam ..się przy murze, oniemiała ze strachu i
zdumienia.
W środku czworokątnego podwórza szpitalnego leżała
rozłożona na ziemi ogromna czarna swastyka na czerwonym tle.
Materiał był naciągnięty jak struna. Dookoła flagi spędzono
siostry z całego szpitala i ustawiono szeregiem. Pomyślałam,
że teraz będą pewnie rozstrzeliwać. Jednocześnie
spostrzegłam, jak żołnierze formacji SS zaczęli rzucać
granaty do piwnic. Zrozumiałam nagle, w jakim celu potrzebne im
były świece. Piwnice, mimo dnia, były mroczne.
Zrzuciłam biały fartuch i wróciłam do swoich rannych na
pierwsze piętro. Tu już rozgrywała się ostatnia tragedia.
Otarłam się o żołnierza z pistoletem w dłoni, który
dobijał naszych rannych. Na sali zobaczyłam teraz Ninkę przy
rannym mężu, podchorążym "Turze" i
"Monikę" obok mjr. "Zdana". "Trzeba
szybko wynosić kogo się da" - powiedziała
<<Monika", taszcząc rannego w nogę majora. Podbiegł
tam do "Tonanny", dźwignęłam ją rozhisteryzowaną z
bólu i strachu.
Jednocześnie zobaczyłam najtragiczniejszą scenę tego dnia.
Maleńka Ninka, broniąca męża przed hitlerowską kulą.
Uczepiła się ręki Niemca, nie pozwalając mu strzelać.
Wreszcie padł strzał, przeznaczony dla leżącego
"Jura", drugi strzał otrzymała wierna żona. Martwe
ciało Ninki osunęło się na zwłoki męża. Wychodząc,
musiałam przejść obok leżących. Minęłam ich szybko,
wydostałam się jakoś z tego piekła na klatkę schodową,
którą Niemcy już podpalali, rzucając szmaty nasycone
benzyną".
"Klima" (NN) ze 104 kompanii syndykalistów, która z
grupą rannych znalazła się na Długiej 7 wieczorem 1
września, przebywała w tym czasie na drugim piętrze z dwiema
młodymi sanitariuszkami. Personelowi lekarskiemu i siostrom
rozkazano zejść na podwórze. Ona sama pozostała jednak
wśród rannych. Po chwili z podwórza zaczęły dochodzić
krzyki Niemców, wymyślających zgromadzonym. Jeszcze później
zaczęły się eksplozje granatów, ,,Klima" zorientowała
się, że są głuche, dochodzą więc z zamkniętych
pomieszczeń piwnicznych. Rozlegały się też krzyki rannych,
nie było wątpliwości, że Niemcy przystąpili do likwidacji
szpitala.
"Na sali było zupełnie cicho, wszyscy mieliśmy
przeczucie, że oto już zaraz nastąpi to najstraszniejsze. W
tej ciszy szczególnie głośno rozległ się na schodach tupot
podkutych żołnierskich butów. Niemcy biegli już na górę. Do
naszej sali wpadło kilku żołnierzy, dwu esesmanów, Ukraińcy
i własowiec. Kilkakrotnie krzyknęli po polsku:
"Wstać".
Nie było nikogo na sali, kto mógłby ten rozkaz wykonać. Tylko
tu i tam ledwie uniosła się czyjaś głowa i zaraz opadła
bezwładnie. Jeden z esesmanów z pistoletem w ręku ruszył
między leżących na podłodze rannych. Przyglądał się
każdemu. Zatrzymał się obok jednego, znajdującego się już w
agonii wobec wielkiego upływu krwi. Kopnął go, pochylił się
i dwukrotnie strzelił z pistoletu w otwarte usta konającego.
Podszedł do następnego i również kopnął go. Ranny
zajęczał. Esesman strzelił do niego, prosto w twarz. Wówczas,
nie poznając własnego głosu, krzyknęłam:
- Um Gottes willen, nicht erschagen!
Esesman odwrócił się i przyskoczył do mnie. Zobaczyłam
nalane krwią oczy. - Bist du eine Deutsche?
- Nein, ich bin eine Polin - odpowiedziałam stanowczo.
Gardło miałam zupełnie wyschnięte. Z trudem poruszałam
językiem.
- Raus, du verfluchte Banditin - krzyknął Niemiec.
Schwycił mnie za kark i kopnąwszy z całej siły wyrzucił na
schody. Potoczyłam się po schodach, uderzyłam się o poręcz i
ściany, lecz nie czułam bólu. Stoczyłam się na pierwsze
piętro. Ktoś podtrzymał mnie, ktoś prowadził dalej.
Obejrzałam się i trochę oprzytomniałam dopiero na
podwórzu".
"Klimę" i dwie inne sanitariuszki wzięli Ukraińcy,
by opatrzyły ich rannego kolegę, leżącego na Kilińskiego.
Potem odesłali je pod eskortą nad Wisłę, gdzie też zbierał
się tłum cywilów.
"Popatrzyłam w kierunku ulicy Długiej - wspomina dalej
"Klima". - Mniej więcej w tym miejscu, gdzie
znajdował się nasz szpital, podnosił się wysoko ku niebu
czarny słup dymu. Jeden z konwojentów, Ukrainiec, też
spojrzał w tamtym kierunku i spytał drugiego:
- A szto tam?
Tamten odpowiedział:
- Ta, obłeły benzinom i spałyły".
Tymczasem resztki personelu medycznego szpitala i
kilkudziesięciu ciężko rannych, podtrzymywanych przez
sanitariuszki oraz przygodnych cywilów, wyprowadzono pod
eskortą na Podwale. Tu właśnie zobaczyły tę grupę
"Pająk" i "Janka", stojące w bramie przy Kilińskiego
1, przygotowujące się do przeniesienia na Długą 7 kolejnych
rannych od "Gustawa". "Wisia", prowadząca
"Ikara", podpierającego się kijem od szczotki, sama
oszołomiona, ledwie mogła zrelacjonować im w paru słowach to,
co się stało. Pobiegły wprawdzie do szpitala, próbując
zabrać stamtąd choćby jednego z rannych
"wigierczyków", ale Niemcy odepchnęli je brutalnie i
zawrócili do oddalającej się grupy.
Ten odcinek Podwala między bramą szpitalną a pl. Zamkowym był
prawdziwą Golgotą. Niemal na każdym kroku stali tu Niemcy i
Ukraińcy z najprzeróżniejszych formacji, starając się
wyłowić tych, których można byłoby uznać za powstańców,
rannych w walce. Każdy pretekst był dobry. Widoczna rana
postrzałowa, zbyt ciężki stan, zaawansowany wiek, jakieś
części wojskowego wyposażenia. Zdarzyło się nawet, że jeden
z rannych został zastrzelony tylko dlatego, iż rewidujący go
Niemiec znalazł przy nim ziarenko kawy, które "mogło
pochodzić z niemieckich magazynów żywnościowych".
Rannych zabijano wprost na ulicy, najczęściej jednak
odprowadzano na międzymurze. Tam zresztą zastrzelono
większość rannych i chorych z powstańczego szpitala
"Czarny Łabędź" i wielu ze szpitala "Pod
Krzywą Latarnią". Zwłoki te, w liczbie kilkudziesięciu,
podpalono, a kiedy w styczniu 1945 roku pierwsi warszawiacy
wrócili na Starówkę, znaleźli całą wannę napełnioną
ludzkimi prochami.

Tymczasem na Długiej 7 Niemcy kończyli likwidację szpitala.
Grupami po dwu, trzech bądź czterech przechodzili z sali do
sali, strzelając z pistoletów, z karabinów, z broni
maszynowej. Potem - by być pewnym, że nikt nie ujdzie stąd
żywy - strzelali jeszcze w głowy tym wszystkim, którzy dawali
znaki życia albo wzbudzali podejrzenia, że nie zostali
skutecznie dobici. Żaden z powstańców, którzy znajdowali się
na parterze oraz pierwszym i drugim piętrze, nie ocalał z tej
masakry. Do wszystkich pomieszczeń można było łatwo dostać
się, a ukryć się nie było gdzie.
Inaczej - na szczęście - było w rozległych piwnicach,
ciągnących się pod głównym korpusem pałacu, wzdłuż
Długiej. Tych piwnic było kilkanaście, a biegły one dwoma
ciągami - od ulicy i od wewnętrznego podwórza. Nic się tu nie
zmieniło od XVIII wieku, przejścia z jednego pomieszczenia do
drugiego były sklepione i wąskie. Przede wszystkim jednak
większość piwnic była pozbawiona otworów okiennych, tylko w
niektórych znajdowały się zsypy na węgiel, przykryte z góry
żelaznymi klapami. Panowały tu więc ciemności albo tak
głęboki półmrok, że stosunkowo łatwo było ukryć się w
jakimś zakamarku, pod łóżkiem, pod materacem, pod ciałem
zabitego kolegi. .
Kiedy zaczęła się akcja mordowania rannych, jedna z kobiet
zdołała jeszcze wydostać się na zewnątrz. Nie wiadomo
zresztą, czy nie zginęła na podwórzu. Zaraz potem u wejścia
z piwnic na schody stanął rosły esesman, który brutalnie
zepchnął kilku powstańców, próbujących także wyjść z
podziemi. Najwidoczniej otrzymał rozkaz, aby nikogo nie
wypuszczać, bo wszyscy przeznaczeni już są do likwidacji.
Jednym z tych, co zostali odepchnięci, był "Rusek"
(Jerzy Chybowski), żołnierz 104 kompanii syndykalistów.
Esesman uniósł go w powietrze, a następnie rzucił na ziemię
z taką siłą, że "Rusek" stoczył się wzdłuż
ściany i zaklinował między nią a powstańcem, który miał
obie nogi w gipsie. Wkrótce z góry zeszło dwu młodych
esesmanów. Jeden świecił latarką, a drugi strzelał z
karabinu. Pierwsze pociski przeznaczone były dla rannego z
gipsowym opatrunkiem nóg. Mózg z jego roztrzaskanej głowy
ochlapał "Ruska", który nie mogąc się ruszyć
postanowił udawać martwego. Niemiec był jednak dokładny w
swej zbrodniczej robocie. Zszedł kilka stopni w dół i
przykładając niemal lufę do twarzy Chybowskiego strzelił doń
trzykrotnie, wybijając zęby, raniąc w rękę i w płuco. Krew
trysnęła mu ustami i - jak sam przypuszcza - widok ten był tak
wstrząsający, że esesmani wycofali się z piwnic, wołając,
iż "trzeba tu kogoś ze schmeisserem, bo karabinami nie
dadzą rady" .
Zmobilizowawszy resztki sił, pamiętając, że w dalszych
pomieszczeniach znajduje się kubeł z resztką wody, Chybowski
przeczołgał się w głab piwnic. Tu odnalazł go kolega z tej
samej kompanii, "Mały Henio" (Henryk Kleniewski),
który, choć także ranny, solidnie się nim zaopiekował. Po
pewnym czasie zdali sobie sprawę, że żywych jest tu więcej. W
najdalej położonej piwnicy, gdzie normalnie sanitariuszki
umieszczały najciężej rannych, takich, którzy nie rokowali
już nadziei, natrafili na księdza Bronisława Pągowskiego
("Chrobaka") i na jego gospodynię "Andzię".
Byli tam także podchorąży "Mira" (NN) i por.
"Sęp" (NN). W piwnicy, gdzie leżały kobiety,
ocalało cztery czy pięć dziewcząt.
Niemcy i Ukraińcy jeszcze wielokrotnie schodzili do piwnic. Tym
razem jednak w celach rabunkowych. Szukali zegarków,
kosztowności, a być może także spirytusu. Ci nie zajmowali
się zabijaniem, chociaż zdarzało się, że strzelali do
rannych. Na wszelki wypadek jednak ranni, słysząc jak schodzą
w dół po kamiennych stopniach, chowali się w najciemniejsze
zakamarki. "Mały Henio" - rzeczywiście niewielkiego
wzrostu - znalazł sobie jakąś studzienkę kanałową, z
której korzystał parokrotnie.
Warunki egzystencji w tych piwnicach - niezależnie od stałego
zagrożenia - były makabryczne. Przede wszystkim panował tu
trudny do zniesienia swąd. Niemcy oblali benzyną koce,
podpalili je i wrzucili do piwnic przez zsypy na węgiel. Koce te
nie paliły się, ale tliły, co zabierało resztki tlenu. Przy
wysokiej temperaturze, jaka panowała w podziemiach, zaczęły
też rozkładać się zwłoki. Ranni cierpieli niesamowicie na
brak wody, w o wiele mniejszym stopniu uskarżali się na brak
pożywienia.
Po dwu dniach takich męczarni niektórzy odchodzili już od
zmysłów, tracili poczucie rzeczywistości, zawodził ich
instynkt samozachowawczy. Jedna z kobiet, słysząc niemiecki
patrol przechodzący ul. Długą, zaczęła wołać po niemiecku:
"Kameraden, wir sind hier". Wszyscy zamarli w
przerażeniu, kiedy usłyszeli, jak Niemcy dopytują się, o kogo
chodzi i ,jak wielu jest tam was?" Wyciągnęli ową
kobietę i choć wiedzieli, że jest Polką, zanieśli ją do
klasztoru karmelitów na Krakowskim Przedmieściu, gdzie od
pierwszych dni Powstania znajdował się punkt sanitarny,
obsługujący zresztą także Niemców.
Był to punkt zwrotny w sytuacji tych, co ocaleli w piwnicach.
Kobieta poinformowała personel medyczny, że w podziemiach
pałacu Raczyńskich znajduje się jeszcze duża grupa ocalałych
z zagłady. Lekarze zaczęli nalegać na dowództwo niemieckie,
aby wydało zgodę na ewakuację nieszczęśliwych. Dowodzący tu
płk: Willi Schmidt - zresztą mający na sumieniu liczne
zbrodnie, popełnione przez jego podkomendnych na Woli i
Starówce - tym razem zezwolił na akcję ratunkową. Być może
była to też zasługa wojskowego lekarza, dr. Mullera.
4 września późnym popołudniem na Długą 7 dotarła ekipa
PCK. W jej skład wchodziło kilka pielęgniarek i grupa
kleryków - jako noszowych - z klasztoru ojców karmelitów.
Eskortowało ic kilku esesmanów.
"Kiedy podeszli pod budynek szpitala, zaczęli krzyczeć:
"Jak do was zejść?" - relacjonuje Jerzy Chybowski. -
Schody były zawalone gruzem, belkami i innym śmieciem. Wejść
można było tylko którymś ze zsypów-okienek. znajdujących
się od strony Długiej, lub przez klapę włazu. Tym ostatnim
było łatwiej, bo, o ile dobrze pamiętam, pod nim były klamry.
Poznaliśmy głosy sanitariuszek z naszego szpitala.
Kilka osób zeszło do nas. "Mały Henio" i paru innych
zaraz się ujawnili. Wyciągali ich po kolei tymi małymi
okienkami od Długiej. Okienka były dość wysoko, więc z dołu
podawano rannego, a z ulicy ktoś go chwytał za ręce i
wyciągał. Wyciągniętą osobę owijano w koc i kładziono na
ziemi. Ja, podejrzewając, że jest to jakiś podstęp Niemców,
nie ujawniłem się. Prawie przez cały czas stał obok mojego
łóżka jeden z esesmanów. Przyświecał latarką. W pewnym
momencie krzyknął: "Słuchajcie! Ktokolwiek jeszcze żyje,
niech się ujawni. Zaraz opuszczamy pomieszczenie i nikt z nas
już się tutaj więcej nie zjawi".
I wtedy do mojej świadomości dotarło to, że nie będzie Henia
i co ja tu sam zrobię? Nikt mi nawet wody nie poda! I w tym
momencie powiedziałem: "Ja jeszcze żyję".
Niemiec zdębiał, był przekonany, że stoi obok trupa.
Dużo krzywd i okrucieństw wyrządzili nam hitlerowcy przez te
lata okupacji, ale ten Niemiec zachował się nie jak wróg, ale
jak najserdeczniejszy przyjaciel. Wyglądałem obrzydliwie. Mało
że krewi resztki mózgu zabitego obok mnie powstańca
.zakrzepły na mojej twarzy i tworzyły skorupę, podobną do
maski, ale byłem cały usmarowany odchodami, miałem biegunkę i
leżąc na łóżku cały czas robiłem pod siebie. Nie miałem
siły wstawać i kucać na ziemi. I takiego obrzydliwego i
śmierdzącego ten Niemiec chwycił w pół, przytulił do
siebie, przeniósł pod okienko i podał do góry. Wyobrażałem
sobie, jak po tym wszystkim musiał wyglądać jego mundur i jak
musiał śmierdzieć!"
Ponieważ był już wieczór, ekipa PCK mogła zabrać do
klasztoru karmelitów tylko część rannych. W tej pierwszej
grupie ewakuowanych znalazł się "Mały Henio",
ksiądz Pągowski i jego gospodyni "Andzia". Jerzy
Chybowski wraz z innymi pozostał na jezdni ul. Długiej pod
strażą esesmanów. Ta straż była konieczna m. in. ze względu
na pijanych Ukraińców, którzy grasowali po Starym Mieście,
przeszukując ruiny w nadziei zdobyczy. Kiedy następnego dnia
ekipa PCK przyszła po rannych i niosła ich potem przez Podwale,
z pobliskich ruin rozległy się strzały. To właśnie Ukraińcy
zabawiali się palbą na wiwat. Trzeba było położyć się na
jezdni, a dowodzący eskortą esesman wezwał posiłki z pl.
Zamkowego, by można było otoczyć i uspokoić strzelających.
Ogółem z piwnic pałacu Raczyńskich, a także z okolicznych
ruin 4 i 5 września uratowano około 50 osób. Jedne relacje
mówią o 47, inne o 51, jeszcze inne o 54. Wszyscy oni zostali
ewakuowani w następnych dniach do Milanówka i rozlokowani w
tamtejszych szpitalach.
Źródło: fragment książki Roberta Bieleckiego "Długa 7 w Powstaniu Warszawskim"