
DESANT KANAŁOWY NA PLAC BANKOWY - 30 SIERPNIA
30 sierpnia dla żołnierzy oddziałów
"Czaty" upłynął pod silnym wrażeniem wczorajszej
-wiadomości o planowanym przebiciu się ze Starego Miasta na
Śródmieście. Nie znano jeszcze żadnych szczegółów tego
przedsięwzięcia, więc wszystkie dyskusje na ten temat oparte
były wyłącznie na domysłach. Nieprzyjaciel zachowywał się
na tym odcinku spokojnie, poprzestając tylko na silnym ostrzale
naszych pozycji obronnych i na bombardowaniu, które najbardziej
dotknęło pozostałe resztki stanowisk w zakładach montażowych
Fiata przy Zakroczymskiej i na Sapieżyńskiej.
Około godziny 10. wezwano por. "Szczęsnego" na
odprawę do dowództwa zgrupowania. Odprawa trwała prawie dwie
godziny. Równocześnie z jego powrotem Niemcy przystąpili do
natarcia, kierując je na pozycje sąsiednie (idąc od strony
Jana Bożego) i PWPW, z zamiarem likwidacji stanowisk
powstańczych na Zakroczymskiej i w zbombardowanych zakładach
Fiata. Natarcie zostało odparte przy zachowaniu całej
dotychczasowej linii obronnej.
Gdy się trochę uspokoiło, por. "Szczęsny" zwołał
naradę oficerów oddziałów "Jerzyków",
"Torpedy" i "Niedźwiedzi", aby poinformować
o wynikach odprawy zwołanej przed południem przez dowództwo
zgrupowania, na której ustalono, kto weźmie udział w akcji
desantowej, a kto pozostanie na zajmowanych dotychczas pozycjach
obronnych Starówki. Z batalionu "Czata" wytypowano
trzy obsady lkm-ów z oddziału por. "Torpedy",
drużynę por. Jana Byczkowskiego "Cedro", pluton
"Jędrasów" por. Zygmunta Jędrzejewskiego
"Jędrasa", i oddział kpt. "Piotra"
(głównie pluton "Jerzyków"). Pluton
"Juliusz" ze zgrupowania "Sosny" miał
dołączyć do oddziału desantowego już przy włazie. Mjr
"Witold" ustalił na naradzie kolejność marszową w
kanale, a tym samym kolejność wychodzenia. Miała ona być
następująca: przewodnicy, trzy lkm-y z oddziału
"Torpedy", oddział por. "Cedro", oddział
"Jędrasów", oddział "Jerzyków" z kpt.
"Piotrem", a na końcu oddział "Juliusz"
oraz dowódca - kpt. "Motyl" z gońcami.
Dowództwo zgrupowania zostało poinformowane przez ppłk. Jana
Lamersa "Floriana", że:
- plac Bankowy miał być wolny od nieprzyjaciela. Niemcy mieli
zajmować tylko szpital Maltański (przy Senatorskiej) i pozycje
w Ogrodzie Saskim;
- na placu Bankowym były trzy włazy. Należało przez nie
wyprowadzić w pierwszej kolejności 3 obsady karabinów
maszynowych, które zaryglowałyby wlot na plac, a następnie
wyprowadzić całą grupę uderzeniową.
Por. "Szczęsny" mocno podkreślał, że jednocześnie
z wyruszeniem wymienionych oddziałów na desant kanałowy,
konieczne będzie pozostawienie na obecnych stanowiskach obrony
Starówki, oddziałów zabezpieczających front Starego Miasta
przed atakami niemieckimi. Poinformował również, że akcję
desantową trzeba będzie rozpocząć po wyjściu z kanałów
punktualnie o godzinie 1.00 w nocy, dając znak rakietą o
rozpoczęciu walki. Kierunek natarcia miał iść wzdłuż
Senatorskiej w stronę szpitala Maltańskiego. Zadaniem
powstańców było, po wyjściu na powierzchnię, uderzenie na
Niemców celem zdezorganizowania ich zaplecza obronnego na
południowo-zachodnim kierunku natarcia jednostek powstańczych
Starego Miasta. Wyboru ludzi do grupy desantowej i tych, co
pozostaną, mieli dokonać poszczególni dowódcy oddziałów. Na
dowódcę grupy desantowej wyznaczono kpt. Zbigniewa
Ścibor-Rylskiego "Motyla". Wejście do kanału miało
nastąpić o godzinie 22.00 na placu Krasińskich. Na tym naradę
zakończono.
Na godzinę 14 por. "Szczęsny" zarządził
wewnętrzną odprawę "Jerzyków" w oficynie domu
Sapieżyńska 23. Odprawa trwała krótko, ponieważ wyznaczono
tylko tych, którzy pozostaną na miejscu: Czesława
Malinowskiego "Czesława", Ryszarda Mirkowskiego
"Wircha", Barbarę Miszczak "Baśkę",
Krystynę Frankowską "Joannę Krystynę" oraz pchor.
Edmunda Baranowskiego "Jura", jako dowódcę.
Pozostający mieli bronić odcinka Sapieżyńska 21 i 23,
posiadając jako całe uzbrojenie 2 kb i 1 pm oraz 1 pistolet
kaliber 8 mm w posiadaniu łączniczki "Joanny
Krystyny". W tym samym czasie ppor. "Torpeda"
zdecydował pozostawić ze swojego oddziału w obsadzie na
Sapieżyńskiej ppor. "Marsa" z pięcioma
żołnierzami.
Wieczorem, gdy oddział desantowy odchodził do kanałów,
oddziały zgrupowania "Radosław" znalazły się na
linii ulic Sapieżyńska - Franciszkańska - Kościelna, z
pozostawioną tam słabą placówką "Jerzyków",
patrolem ppor. "Marsa" i z plutonem
"Niedźwiedzi" pchor. "Niemego". Parę minut
przed godziną 22 desantowcy żegnali się z pozostającymi
kolegami. Dziwne to było pożegnanie, gdy jedni zazdrościli
drugim, a w rzeczywistości obie grupy czuły się z góry - w
jakimś stopniu - przeznaczone na zagładę.
Punktualnie o oznaczonym czasie desantowcy stawili się przy
wejściu do kanału. Pluton "Juliusz" w ogóle nie
wszedł (później okazało się, że wszedł z godzinnym
opóźnieniem, ale zabłądził i zawrócił na Stare Miasto).
Patrol łączności, który miał ciągnąć linię telefoniczną
za oddziałem, w ogóle nie został wpuszczony do kanału przez
żandarmerię.
Desantowcy szli pod Miodową i Krakowskim Przedmieściem, a
następnie weszli do wąskiego i niskiego kanału (90 cm) pod
Trębacką i Senatorską. Przewodnikiem był doświadczony
pracownik kanalizacji miejskiej. Poinformował, że trzeba
będzie wychodzić trzema włazami. Około godziny 24. oddział
znalazł się przy pierwszym z włazów, ale próba otwarcia go
nie dała żadnych wyników, gdyż był przyciśnięty jakimś
ciężarem (prawdopodobnie stał na nim jakiś pojazd). Przy
drugim włazie było to samo. Otworzono dopiero trzeci właz.
Pierwszy wyjrzał przewodnik, oznajmiając po zejściu, że są
już na placu Bankowym niedaleko od namiotu, gdzie prawdopodobnie
śpią Niemcy. Prawie na wprost wylotu Senatorskiej znajdowała
się fontanna z cokołem, który mógł służyć za schronienie.
Natomiast przy rogu Senatorskiej stała figurka św. Antoniego i
trochę krzaków. Do umówionej godziny rozpoczęcia akcji, to
znaczy do godziny 1.00 brakowało jeszcze kilkunastu minut.

Powstańcy przy włazie słyszeli wyraźnie rozmowy w języku
niemieckim na placu Bankowym i zgrzyt podkutych butów
żołnierskich na rozbitym szkle. Aby zorientować się w
terenie, kpt. "Piotr" (zastępca kpt.
"Motyla") wyszedł po klamrach na górę, ramieniem
odepchnął powoli ciężką pokrywę włazu i wychylił
ostrożnie głowę na powierzchnię. Wokół na placu zobaczył -
zupełnie zaskoczony - jasne namioty. Właz znajdował się
właśnie w samym środku namiotów, obok fontanny, niemal na
wprost ul. Elektoralnej. Grupy żołnierzy niemieckich kręciły
się wśród namiotów. Okazało się, że informacja udzielona
dowództwu zgrupowania przez ppłk. "Floriana", że
plac Bankowy jest wolny od wojsk niemieckich, okazała się
całkowicie fałszywa. Kpt. "Piotr" zszedł szybko na
dół do kanału i wraz z kpt. "Motylem" zastanawiali
się, czy wogóle można wyjść. Odbyła się gorączkowa narada
dowódców poszczególnych jednostek, na której pod wpływem
bojowego stanowiska por. "Cedro" uznano za konieczne
zaatakowanie oddziałów niemieckich. Por. "Cedro"
sugerował, że powinien wyjść na wierzch, schować się za
cokołem fontanny i zaczekać, aż wyjdzie cała jego drużyna i
wtedy rozpocznie walkę, która powinna odwrócić uwagę
nieprzyjaciela od włazu, dzięki czemu pozostali będą mogli
wyjść na powierzchnię. Kpt. "Piotr" zgodził się na
takie przeprowadzenie ataku i wydał rozkaz: "Strzelcy z
pistoletami maszynowymi na czoło, strzelcy uzbrojeni w kb do
tyłu!" Chłopcy zaczęli się w kanale przeciskać. Jako
pierwszy wyszedł po
klamrach na plac por. "Cedro", a za nim jego
żołnierze: podchorążowie bracia Perzyńscy
"Kawecki" i "Winnicki", Marek Gadomski
"Kurier Marek", Wiesław Knast "Kujawiak",
plut. "Leon", "Makina" i dalszych czterech -
razem dziesięciu.
Tuż po nich wyszli żołnierze "Torpedy": plut.
"Łata", dowódca drużyny, "Marek",
"Sowa", "Horski", "Gabryś" i
"Kamiński". Łącznie za por. "Cedro"
wyszło szesnastu żołnierzy. W pierwszej chwili było
spokojnie, ale już po paru minutach, gdy na plac wyskoczyli
"Gabryś" i "Kamiński" - pozostali, którzy
czekali w kanale i mieli za nimi wyjść, usłyszeli pierwszą
serię z automatu. Zaraz po niej Niemcy oświetlili teren
rakietami, co pozwoliło im na wykrycie włazu, na którym zaraz
skupiła się cała siła ich ognia.
Gdy por. "Cedro" wyszedł z włazu, a za nim jego
ludzie, jakiś Niemiec z namiotu odezwał się do niego: "Hans,
komm zu mir!" Zamiast odpowiedzi, por.
"Cedro", wściekły, posłał mu krótką serię.
Niemiec zwalił się na ziemię i zewsząd rozległy się głosy
i krzyki, a chłopcy od "Cedry" zaczęli natychmiast
strzelać. Zerwała się gwałtowna wymiana ognia. Niemcy byli
całkowicie zaskoczeni, po chwili jednak zasypali powstańców
huraganowym ostrzałem.
Mroki nocy prysnęły. Z różnych stron wystrzelone jasne
rakiety zalały cały plac martwym, seledynowym światłem,
stwarzając niebywałe efekty świetlne. Widno było jak w
dzień. Właz został przez Niemców wykryty i na nim skupiła
się teraz cała siła ognia. Wywiązała się gwałtowna walka.
Przewaga nieprzyjaciela była ogromna. Zewsząd padały granatx.
Ranny w rękę "Kurier Marek" skoczył w stronę
włazu. Mając w zdrowej ręce błyskawicę, nie mógł zejść
do kanału po klamrach, zeskoczył więc na głowy stojących na
dole. Na domiar złego, jego błyskawica wypaliła w kanale sama.
Na szczęście nikogo nie zraniła. Tuż po nim skoczył do
włazu, ranny w głowę i zalany krwią, podchorąży
"Winnicki". Za chwilę do włazu wpadł plut.
"Leon", który wystrzelał całą amunicję ze swojego
bergmana. Któryś z nich krzyknął z rozpaczą, że por.
"Cedro" został zabity.
Kilku chłopców usadowiło się w szalecie miejskim na placu
Bankowym i stamtąd rzucało granaty. Podchorąży
"Makina" klęczał przy samym włazie i rąbał ze
stena w ulicę Elektoralną. Wszyscy, którzy znaleźli się na
placu, mieli pełne ręce roboty. Przy włazie szalał
"Łata". Korzystając z krótkiej przerwy w wymianie
ognia, poderwał się, dobiegł do fontanny i skoczył do
betonowego baseniku. Obok niego ostrzeliwali niemieckie pozycje
"Marek" i "Sowa". Kilka pocisków z gwizdem
trafiło w fontannę.
- Hallo - usłyszeli chłopcy tubalny głos - wer
ist da?
- Hier sind Deutsche - krzyknął "Łata".
- Hier auch sind Deutsche - ryknął bas.
Od strony skweru słychać było kroki, ktoś przedzierał się
przez krze
wy. "Łata" nie wytrzymał i posłał w tym kierunku
serię z peemu.
- Verfluchter Mensch, wer ist da? - pytał ten sam
głos.
- Hier sind Deutsche - powtórzył "Łata".
- Hier sind auch Deutsche. Warum schiessen Sie? -
denerwował się Niemiec. Dwie postawne sylwetki wyłoniły się
z krzaków. "Łata" tym razem celował spokojnie i nie
patrzył, jak padają.
Z drugiej strony fontanny zaczęły pękać granaty.
Strzelanina przybierała na sile. Pociski biły gęsto w
fontannę, w asfalt, w pokrywę włazu. Szesnastu śmiałków
tkwiących na placu wiedziało już, że nikomu nie uda się już
wyjść z kanału. Było im bardzo trudno. Lada moment Niemcy
mogli zmieść ich koncentrycznym ogniem. Po oświetleniu placu
rakietami wzmagał się ostrzał z broni maszynowej.
Padł martwy por. "Cedro", wycofał się ranny
"Kurier Marek" i "Winnicki". Niemcy
podchodzili coraz bliżej. Odłamki granatów trafiły
"Łatę" w szyję, nie tracił jednak przytomności.
Widząc, że "Marek" i "Sowa" przygotowywali
granaty, rzucił i swój. Po detonacji popędzili w stronę
włazu. Tuż przy wejściu do kanału wybuch rzucił ich o
ziemię. Klapa włazu zatrzasnęła się, przycinając ręce
"Marka". Wyszarpnął je z całych sił, poderwał
klapę i skoczył w dół. "Łata" osunął się z
klamer i spadł na głowę, na błotniste dno. Za nim wciskali
się do otworu dalsi uczestnicy grupy wypadowej. Kanał był dla
nich teraz jedynym miejscem ratunku!
Stojący w kanale odsunęli się szybko od włazu, chcąc się
naradzić, co czynić dalej, gdy przez otwór włazu wpadł
pierwszy granat, a może nawet wiązka, ale na szczęście nikt
nie odniósł obrażeń. Pozostanie na miejscu nie miało sensu,
a z rozmów i zachowania ludzi widać było, że nerwy wszystkich
napięte są do ostatnich granic wytrzymałości. Tymczasem w
kanale zaczął rozchodzić się wyraźny zapach benzyny.
Wyobraźnia zaczęła podsuwać najrozmaitsze domysły, co może
stać się za chwilę.
Chcąc uniknąć paniki kpt. "Motyl" i kpt.
"Piotr" dali rozkaz odwrotu. Rozładowało to trochę
napiętą sytuację. Każdy w wąskim kanale starał się
przyjąć pozycję, w jakiej będzie mógł się posuwać do
przodu, w odwrotnym kierunku niż dotychczas. Jedni szli na
kolanach, drudzy w kucki lub zgięci w pasie i tak po kilku
godzinach dobrnęli do kolektora pod Krakowskim Przedmieściem, u
zbiegu z Trębacką. Nad nimi słychać było chrzęst gąsienic
i warkot motorów - to chyba przejeżdżały czołgi. Kanał pod
ścianami bocznymi miał ławy ponad poziomem ścieków, na
których można było usiąść, a nawet położyć się. To
sprawiło, że po chwili słychać było w kanale wyraźne
odgłosy chrapania. Widać było, że ludzie byli nieludzko
zmęczeni, wyczerpani nerwowo i nie nadawali się do żadnej
akcji bojowej. Wśród nich wielu było rannych. Cała szarża
oficerska zebrała się na naradę. Postanowili powiadomić płk.
"Radosława" o zaistniałej sytuacji i czekać na
miejscu na odpowiedź. Powstał problem, kto przekaże ten
meldunek: rozwiązał go ppor. "Igor", zgłaszając
się na ochotnika. Była godzina 5.30 31 sierpnia.
Z żołnierzy, których wyprowadził na
plac Bankowy por. "Cedro", a którym nie udało się
wskoczyć z powrotem do kanału, jeden tylko uszedł z życiem -
amunicyjny Jan Pęczkowski "Kamiński" z plutonu
"Torpedy".
Kiedy kilku chłopców dobiegło do fontanny (w tym miejscu stał
później pomnik Dzierżyńskiego) i schroniło się w jej
betonowym basenie, "Kamiński" skoczył w pobliskie
krzaki i wpadł... prosto na dwóch Niemców z obsługi
granatnika. Nim się zorientowali w sytuacji, zastrzelił obu i
zajął ich stanowisko.
"Kamiński" widział, jak padł martwy por.
"Cedro", jak bronił się ranny "Winnicki",
jak "Marek", "Sowa" i "Łata",
rzucając w Niemców granatami, usiłowali wycofać się do
kanału. Ułatwiał im to odpędzając Niemców od włazu, waląc
do nich z ich granatnika. Uczestnicy grupy wypadowej, nieustannie
ostrzeliwani przez Niemców, cudem do stali się do otworu
włazu. Janek "Kamiński" był ostatnim, który chciał
jeszcze skorzystać z tej jedynej drogi ucieczki - ale nie
zdążył. Jeden z niemieckich granatów zatrzasnął klapę
włazu. Janek został na placu sam. Wrócił biegiem do
granatnika i przez jakiś czas trzymał jeszcze Niemców w
bezpiecznej - dla uciekających kanałem kolegów - odległości
od włazu. A potem pozostała mu już tylko minimalna szansa
ucieczki. Gdy zobaczył Niemców przeszukujących gwałtownie
teren placu, pobiegł środkiem jezdni w kierunku Ogrodu
Saskiego. W rękach trzymał broń gotową do strzału. Biegł
i... dziwił się, że stojący po obu stronach jezdni Niemcy nie
strzelają do niego. Zapomniał, że jest w niemieckim mundurze.
W jakimś momencie uświadomił sobie, że go chyba wzięli za
swojego łącznika, który spieszy z meldunkiem do dowódcy.
Chciał dobiec do Bielańskiej, do banku, gdzie wiedział, że
stacjonowali powstańcy, ale nagle drogę zagrodził mu potężny
żandarm.
Teraz nerwy go zawiodły; padł na ziemię, strzelił z dołu do
Niemca i zaczął się wycofywać w pobliskie ruiny na
Senatorskiej. Ostatkiem sil skoczył w piwnice Galerii
Luksemburg. Nie przewidział, że mogą one być zalane. Powoli,
pokonując opór wody, posuwał się jak najdalej od miejsca
ostatnich wydarzeń. Ogarnęło go wielkie zmęczenie. Bał się,
że utonie, zanim dotrze do suchego miejsca. Przypadkowo
natrafił na jakiś metalowy zbiornik, z trudem otworzył klapę,
wsunął się do wnętrza i chyba stracił przytomność.
Rankiem wydostał się ze zbiornika (pełno takich kotłów
znajdowało się w zalanej piwnicy) i próbował dalej rozpoznać
swoją kryjówkę. Na górnych piętrach częściowo zburzonej
galerii rozlokowało się kilkuset Niemców. Znalazł się więc
w pułapce: w Ogrodzie Saskim Niemcy i w pobliskim szpitalu
Maltańskim też. Kręcili się nieustannie, wyjątkowo czujni po
nocnych wydarzeniach na placu Bankowym. Kryjąc się po kątach,
Janek wrócił do swojego kotła i spędził w nim jeszcze dwie
doby, zanim mógł się swobodniej poruszać po piwnicach i
gruzowiskach.
Następnego dnia, skradając się wśród zwalonych domów na
obrzeżach Ogrodu Saskiego, zobaczył człowieka, który bardziej
może niż on potrzebował ratunku. Niemcy z przygotowanymi do
strzału karabinami prowadzili przed sobą Polaka. Janek
strzelił do Niemców ze swojego zaułka i kryjąc się
krzyknął do idącego na stracenie: "Uciekaj w gruzy!"
Człowiek przytomnie uskoczył do piwnicy galerii i przepadł.
Przez kilka dni "Kamiński" szukał go w znanych już
sobie zakamarkach, ale bezskutecznie. Jak się później
okazało, uratowany Józef Makowiecki nie dowierzał swemu
wybawcy, widząc go w niemieckim mundurze i dlatego nie ujawniał
się.
W którymś momencie "Kamiński" spotkał w piwnicy w
pobliżu kościoła Janusza Szwejka, właściciela małego
zakładu pogrzebowego przy kościele Św. Antoniego. Od czasu
zajęcia tego terenu przez Niemców ukrywał się on i
postanowił przetrwać w gruzach aż do wyzwolenia. Janek nie
miał tak dalekosiężnych planów, ale pozostał ze Szwejkiem:
we dwóch łatwiej się żyło w piwnicznych zakamarkach.
Niedługo potem zjawił się... Józef Makowiecki. Wygłodzony i
wycieńczony przyszedł do nich, gdy się już upewnił, że też
ukrywają się i że Janek nie jest Niemcem. Szwejk, który
dobrze znał teren, labiryntami zawalonych piwnic doprowadził
przyjaciół do pobliskiego kościoła Św. Antoniego pomiędzy
Senatorską a Ogrodem Saskim. W spalonej i zburzonej budowli
odkryli dla siebie "dom". Przeżyli tam ponad dwa
miesiące, po czym udało im się wyjść cichcem z Warszawy.
Źródło: fragment książki Leszka Niżyńskiego "Niemego" - >>Batalion "Miotła"<<